Finanse | antifragile.pl https://antifragile.pl antykruchość w życiu i w biznesie Fri, 08 Feb 2019 10:20:52 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.4.7 https://antifragile.pl/wp-content/uploads/2018/05/cropped-samahydra_3glowy-32x32.png Finanse | antifragile.pl https://antifragile.pl 32 32 Jak dorobiłem się na nowojorskiej giełdzie? https://antifragile.pl/2016/07/jaki-system-inwestycyjny-nyse-nasdaq/ Tue, 05 Jul 2016 14:55:30 +0000 https://antifragile.pl/?p=6037 Dzisiaj spełniam wasze prośby i opisuję prosty system inwestycyjny, którego używam na co dzień. Na wstępie przyznam, że jak na porządnego blogera przystało, przesadziłem w tytule. Zarobieniu w kilka lat 28 000 PLN daleko jednak do miana „dorobienia się”. Z drugiej strony nie jest to też wcale tak mało i chyba warto podzielić się ze światem […]

The post Jak dorobiłem się na nowojorskiej giełdzie? first appeared on antifragile.pl.]]>
Dzisiaj spełniam wasze prośby i opisuję prosty system inwestycyjny, którego używam na co dzień.

Na wstępie przyznam, że jak na porządnego blogera przystało, przesadziłem w tytule. Zarobieniu w kilka lat 28 000 PLN daleko jednak do miana „dorobienia się”. Z drugiej strony nie jest to też wcale tak mało i chyba warto podzielić się ze światem moimi doświadczeniami.

Zanim przejdę do sedna i w szczegółach opiszę mój system inwestycyjny, przedstawię leżącą u podstaw mojego sukcesu zasadę:

Inwestycje: Keep it simple!

System ma być prosty, wymagać rzadkiego sprawdzania (2-4-8 tygodni) oraz niewiele pracy przy jego utrzymaniu i obsłudze. Głównym powodem wcale (chociaż to też nie jest bez znaczenia) nie jest to, aby nie trawić czasu na ślęczenie nad giełdowymi tabelami i wykresami. Kluczowe jest, by metoda broniła mnie przed mną samym. Przed zbyt częstymi i zbędnymi transakcjami, korektami i usprawnieniami. Zmianami, które moja babcia nazwałaby “świńskimi poprawkami”.

Pisaliście kiedyś egzamin, na którego końcu zostało wam trochę czasu? Jaka jest wtedy najważniejsza zasada? Wyjść z sali! Broń boże nie zaczynać przeglądać ponownie swoich odpowiedzi, bo wszelkie zmiany, jakie wtedy wprowadzicie, będą jednym wielkim strzałem w stopę. I dokładnie taką regułę stosujemy w przypadku inwestycji w papiery wartościowe. Decyzja na podstawie obiektywnych danych, ewentualna transakcja i na kolejne 31 dni koniec zajmowania się tematem. Zero czytania rekomendacji, studiowania wykresów oraz emocjonowania się wypowiedziami ekspertów, którzy wszystko zawsze umieją wytłumaczyć po fakcie Tylko prognozy wychodzą im jakby słabiej.

Nim zaczniemy na dobre, pewna oczywista-nieoczywista sprawa:

Ten tekst to nie uniwersalna i pewna recepta na dostatnie życie. Ze szczegółami opisuję jak zarządzam własnymi finansami, co wcale nie znaczy, że wkrótce nie doprowadzi mnie to na skraj bankructwa (już z resztą tam byłem). Jeśli postanowisz coś stąd wdrożyć, to wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Jasne? No, to zaczynamy.

Po pierwsze: skład portfela.

Czyli to, ile swoich pieniędzy możesz przeznaczyć na poszczególne rodzaje inwestycji. Najsampierw musimy wiedzieć ile mamy do podziału. Formuła jest bardzo prosta:

cała gotówka - poduszka finansowa - ew. fundusz na jakiś cel

Poduszka, czyli kilka krotności twoich miesięcznych wydatków. Tak na wszelki wypadek. Więcej znajdziesz o tym u Michała i Zbyszka. Pulę tę będziesz co miesiąc zwiększać o wartość:

mies. dochody - mies. koszty - składka na ew. fundusz celowy

Na przykład:

  • jeśli uciułałem pod bielizną w szafie, na lokatach i rachunkach bieżących 35 000 PLN;
  • 5000 z tego przeznaczam na fundusz na podróż po Azji;
  • moje miesięczne zarobki to 5500 PLN
  • moje stałe wydatki miesięczne (mieszkanie, jedzenie, kosmetyki, jakiś ciuch) to 2 500 PLN;
  • odkładam dodatkowo miesięcznie po 500 PLN na mój azjatycki fundusz;
  • postanawiam, że chcę finansowego zabezpieczenia na pół roku.

To w tej sytuacji na inwestycje mogę przeznaczyć od razu 15 000 PLN:

35 000 (uciułane) - 5000 (Azja) -  6 x 2 500 (poduszka)

A miesięcznie będę do tego dokładał i ew. inwestował 2 000 PLN :

5 500 (dochody) - 2 500 (koszty stałe) - 500 (na Azję)

Świetnie, ale jesteśmy dopiero w połowie drogi. Teraz przychodzi moment na decyzję o wiele bardziej kluczową – jaki procent tych pieniędzy przeznaczycie na poszczególnych rodzaje aktywów. Mówiąc prościej – ile z tego włożycie na nisko oprocentowaną, ale bezpieczną lokatę; ile w akcje; a ile np. w sztabki srebra bądź obrazy mało znanego artysty. Swoją drogą – dwa ostatnie typy inwestycji omijam z daleka.

O dobieraniu składu portfela napisano już wszystko i nie widzę sensu tego powielać, odeślę więc do Google i linkowanych wyżej blogów z poleceniem przeczytania na ten temat kilku sensownych artykułów. Jak wygląda to u mnie? Z racji mojej dość komfortowej (spłacone mieszkanie, w którym mieszkam) ów skład jest dość agresywny:

20% - gotówka / lokaty
20% - rynek obligacji i towarowy
30% - papiery wartościowe średniego ryzyka
30% - papiery wartościowe wysokiego ryzyka

U ciebie równie dobrze może to wyglądać tak:

50% lokaty
50% papiery wartościowe średniego ryzyka

Naprawdę dobry i bardzo prosty portfel!

Po drugie: jaka giełda?

Może zaskakujące, ale dla mnie absolutnie kluczowe pytanie. Osobiście działam wyłącznie na giełdach w Nowym Jorku (NYSE, NASDAQ), na których bardzo wygodnie pozwala mi handlować BOSSA – jeden z najstarszych i najlepszych domów maklerskich na naszym rynku.

I nie, nie robię tego, by w towarzystwie wystudiowanym, nonszalanckim gestem jedną ręką przeczesywać włosy, a drugą sięgać po telefon, rzucając od niechcenia:

Muszę sprawdzić, jak stoi Dow Jones.

Skusiła mnie większa stabilność (u nas wystarczy wypowiedź ministra o OFE, albo akcja większego banku inwestycyjnego, by porządnie tąpnąć całym rynkiem) oraz wysoka dostępność interesujących mnie instrumentów (patrz niżej).

Główną wadą na pewno są wyższe koszty transakcyjne (o czym niżej) oraz ryzyko walutowe – w końcu kupuję za złotówki coś, co wyceniane jest w dolarach. Prowizję przebolałem starając się kupować rzadziej i za większe kwoty, a ryzyko walutowe sprowadziłem do pewnego prostego modelu:

Jeśli dolar (a więc z nim moje aktywa) tracą w stosunku do złotówki, oznacza to zwykle wcale niezłą sytuację na giełdach – tamta strata powinna być więc z nawiązką wyrównana zwyżkami na rynkach. Jeśli zaś giełdy zaczynają lecieć w dół, złotówka zwykle traci w stosunku do obcych walut (czyli moje aktywa wyceniane dolarach, z polskiej perspektywy i tak zyskują). Długi termin uśrednia wszystkie te zjawiska i sprawia, że owo ryzyko jest dla mnie w granicach kontroli i akceptacji. Przynajmniej na razie.

A swoją drogą to muszę spróbować tej sztuczki z przeczesywaniem kłaków i sprawdzaniem notowań. Mam prawo, w końcu nawet byłem kiedyś na Wall Street.

jak inwestowac NYSE

Po trzecie: jakie papiery?

Żadne akcje, obligacje, albo opcje. Tylko i wyłącznie fundusze ETF. Po więcej informacji znowu także odeślę was do wyszukiwarek i blogów. Dodam tylko, że właśnie słaba pod tym względem oferta w Warszawie, była jednym z powodów, dla których zdecydowałem się na Nowy Jork.

Po czwarte: kiedy kupować, kiedy sprzedawać.

System, który wdrożyłem jest adaptacją metody opisanej w pracy A Quantitative Approach to Tactical Asset Allocation. Opiera się na podejmowanych raz na miesiąc decyzjach, podejmowanych w oparciu o 10-miesięczną średnią kroczącą (simple moving average). Wyznaczamy takową średnią dla interesujących nas papierów i patrzymy, czy cena na dany dzień jest od niej wyżej, czy niżej. W pierwszym przypadku jest to sygnał “trzymaj” (a jeśli masz wolne pieniądze także “dokup”), w drugim “ratuj się kto może”. Najlepiej będzie wyjaśnić to na przykładzie:

Załóżmy, że interesuje nas VOO, Solidny ETF na S&P 500. Załóżmy, że nasze “sprawdzam” robimy raz na miesiąc, piętnastego.

Jest 15 Listopada, za oknem leje, więc nie mamy nic lepszego do roboty. Wchodzimy na Yahoo Finance, odnajdujemy VOO i z działu historical prices spisujemy do arkusza kalkulacyjnego ceny zamknięcia na 15 Października, 15 września, 15 sierpnia itd. Jeśli danego 15-tego nie było sesji, biorę wartość z kolejnego sesyjnego dnia następującego po piętnastym. Na końcu wyciągam z tych wartości średnią. Załóżmy, że mój wynik to 189,78 USD. Teraz patrzymy na cenę zamknięcia, jaką VOO uzyskało na koniec tegoż dnia (15 listopada):

  • jeśli jest większa od 189,78 USD – następnego dnia kupujemy VOO
  • jeśli mniejsza – nie kupujemy nic, a jeśli jesteśmy już w posiadaniu VOO, sprzedajemy wszystko co mamy.

Oto takich arkusz dla mojego obecnego systemu:

system liczenia średniej kroczącej

I przy okazji w ten sposób wiecie już też jakie fundusze ETF wybrałem na kandydatów do swojego portfela. A właśnie…

Po piąte: jak wybrać te literki?

AGG, VTI, VOO, czyli na jakie fundusze się zdecydować? Tutaj znów pomoże nam zasada keep it simple. Nie przecwaniaj.

Dla podanego wyżej przykładowego portfela: 50% gotówki / 50% papierów wartościowych, jako część „papiery wartościowe średniego ryzyka” brałbym albo VOO na S&P 500, albo jakiś fundusz szerokiego rynku akcyjnego, np. VTI.

Gdyby chcieć zmodyfikować ów portfel i zwiększyć ryzyko, np. 40% gotówki / 30% średnio ryzykownych / 30% ryzykownych, to jako „średnie ryzyko” zostawiłbym VOO lub VTI, a w ramach wysokiego dołożył coś wedle własnego uznania. Np. popularny QQQ (ETF na NASDAQ-100, czyli 100 spółek z giełdy wysokich technologii), albo idąc już całkiem po bandzie – coś z biotechnologii np. XBI.

Znakomitą wyszukiwarka ETFów, wraz z artykułami na co zwracać uwagę przy ich wyborze znajdziecie tutaj.

Łączymy to w całość.

Czyli przykład na koniec, korzystając z danych użytych wyżej załóżmy, że:

  • mamy do dyspozycji 15 000 PLN,
  • decydujemy się na agresywny portfel 40% gotówki / 30% średnio ryzykownych ETF / 30% ryzykownych ETF.

W takim wypadku:

  • 6000 PLN umieszczamy na jakiejś lokacie, albo koncie oszczędnościowym,
  • 4500 PLN odkładamy na potencjalny zakup np. VTI,
  • 4500 PLN odkładamy na potencjalny zakup np. QQQ.

Odkładamy na potencjalny zakup, a nie kupujemy w ciemno, ponieważ jeszcze nie wiemy co powie nasz system. Najpierw musimy usiąść do naszego arkusza kalkulacyjnego, policzyć odpowiednie średnie i dopiero wtedy podjąć decyzję.

Weźmy na cel VTI i przyjmijmy, że na zamknięciu sesji 15 listopada kosztuje on 110,07 USD, zaglądamy do tabeli jego kursów historycznych i znajdujemy notowania sprzed kolejnych miesięcy, załóżmy (to nie prawdziwe dane!), że kształtują się one tak:

  • 17 Października (15 to sobota, pierwsza kolejna sesja to poniedziałek 17-ty): 115,27 USD
  • 15 września: 113,28 USD
  • 15 sierpnia: 110,99 USD
  • 15 lipca: 109,90 UD
  • 15 czerwca: 108,13 USD
  • 16 maja: 108,28 USD
  • 15 kwietnia: 107,12 USD
  • 15 marca: 102,10 USD
  • 15 lutego: 100 USD
  • 15 stycznia: 97,12 USD

Wyciągamy średnią z powyższych: 107,22 USD i porównujemy z obecną ceną. Jest wyższa, co oznacza sygnał „kupuj”. Więc kupujemy!

Załóżmy teraz, że w miesiąc później zostaje nam po naszych wydatkach i ewentualnych funduszach celowych (święta!) do rozdysponowania 1800 PLN. 15 grudnia (technicznie rzecz biorąc musiałby to być 15 grudnia późnym wieczorem, albo 16 grudnia rano, żeby znać kurs zamknięcia z Nowego Jorku) siadamy i wykonujemy comiesięczne ćwiczenie podobne do tego wyżej. Ignorując tym razem wartość ze stycznia, a wyciągając średnią z cen luty-listopad (10 miesięcy) i porównując z grudniową. Załóżmy, że wyniosła ona 107,12 USD.

W tym wypadku średnia wychodzi 108,58 nasza cena jest od niej niższa, więc pozbywamy się całego VTI i nie dokupujemy więcej. Uzyskane pieniądze możemy tymczasowo wpłacić np. na lokatę.

Oczywiście sytuacja jest wynikiem specjalnie spreparowanych przeze mnie danych i musielibyście mieć wyjątkowego pecha (ale to jak najbardziej możliwe!) aby musieć sprzedawać wszystko w miesiąc po wejściu.

Dwie ważne sprawy: koszty transakcyjne i ograniczanie strat.

Z inwestowaniem za granicą wiążę się jeszcze jeden, napomknięty wyżej problem – koszty transakcyjne. Prowizja w polecanym Domu Maklerskim BOŚ wynosi odpowiednio:

  • dla transakcji w Warszawie 0,38% (min. 5 PLN),
  • dla transakcji zagranicznych 0,29% (min. 9 EUR/38 PLN).

Proste obliczenia wskazują, że dla Warszawy „opłaca się” kupować akcje w pakietach wartych więcej niż 1 300 PLN. Dla zagranicy kwota ta rośnie do ponad 13 tysięcy. Dziesięciokrotnie więcej! Kupując akcji w Nowym Jorku za 1 000 PLN dużą część z tej kwoty zjadają nam koszty transakcyjne. Dlatego nawet przy pozytywnych sygnałach rzadko wykonuję transakcje jeśli kwota, za którą mam coś kupić nie oscyluje chociaż w okolicach 10 000 PLN. Jeśli najczęściej będziesz dysponować mniejszymi pieniędzmi i planujesz prosty system, na przykład bazujący wyłącznie na S&P 500, radziłbym ograniczyć się na razie do Warszawy. Nieco gorszy (ale i tak lepszy niż ponoszenie gigantycznych kosztów transakcji) ETF na ten indeks znajdziecie na rodzimej GPW.

Druga rzecz to ustawienie tak zwanego zlecenia stop loss. Warto, i tutaj znów odeślę was do Google, dowiedzieć się więcej na ten temat i poważnie rozważyć rozmaite możliwości. W skrócie chodzi o to, aby po nabyciu wybranych papierów złożyć jeszcze kolejne zlecenie. Takie, które sprawi, że jeśli cena spadnie poniżej ustalonego przez nas z góry progu, nasze biuro maklerskie bez żadnych konsultacji pozbędzie się za nas całego pakietu. Czyli:

Drogi maklerze, jeśli XYZ spadnie poniżej 123 USD – nie patrz, tylko sprzedawaj wszystko w Pireneje!

Ma nas to zabezpieczyć przed sytuacjami typu: panika i gwałtowne odwrócenie trendu, podczas gdy my akurat (jak ja) nie słuchamy wiadomości i nie czytamy gazet, albo słuchamy, ale akurat jesteśmy na Borneo bez dostępu do internetu i ze szwankującym roamingiem.

Kluczowe jest wyznaczenie owego progu tolerancji. Wyznaczysz za wysoki – za dużo stracisz. Za niski – twoje papiery zostaną sprzedane (ze stratą!) przy przypadkowej czkawce rynkowej, po której rynek radośnie wybije się w górę, a ciebie następnie będzie trafiał szlag. Mój własny stop loss wynosi 10%, co przy rodzaju kupowanych przeze mnie papierów i stosunkowej stabilności amerykańskiego rynku, dotychczas sprawdza się całkiem nieźle.

Prosty system inwestycyjny: podsumowanie.

  • Policz ile masz do zainwestowania, oraz ile miesięcznie włożysz do tego systemu.
  • Zastanów się nad składem swojego portfela.
  • Zdecyduj jaka giełda (zagranica niby fajna, ale pamiętaj o kosztach transakcyjnych!).
  • Wytypuj swoje ETFy.
  • Policz dla nich sygnały kupna/sprzedaży na podstawie 10 miesięcznej średniej kroczącej.
  • Określ swój stop loss.
  • Działaj i raz na miesiąc (nie częściej) sprawdzaj jak ma się całość i co robić dalej.
  • Z każdych dwóch rozwiązań wybieraj to prostsze. Keep it simple.

Dodatkowa rada wynikła z bolesnego doświadczenia: trzy razy sprawdź każdą wartość wpisywaną w formularz podczas transakcji!

Jeśli uważnie czytasz między wierszami, dostrzegasz że raczej nie ma co liczyć tu na krociowe zyski. Zadowalające mnie dochody zawdzięczałem osiąganym przez mój system skromnym, kilkuprocentowym (ale przynajmniej dwukrotnie wyższym niż na lokatach!) rocznym wzrostom wartości kupowanych funduszy, ale także regularnemu zasilaniu systemu nowymi oszczędnościami, a w jednym przypadku sporej dawce szczęścia w postaci gwałtownego skoku ceny amerykańskiego dolara.

To, co opisałem wyżej to prosty do zrozumienia i zastosowania, a w moim przypadku całkiem skuteczny system inwestycyjny. To nie gwarancja zysku bez ryzyka, ani tym bardziej recepta na szybkie bogactwo. Każdego, kto obieca ci coś takiego odeślij prędko tam gdzie jego miejsce.

Na drzewo.

The post Jak dorobiłem się na nowojorskiej giełdzie? first appeared on antifragile.pl.]]>
Precz z optymalizacją! https://antifragile.pl/2016/02/optymalizacja/ Tue, 23 Feb 2016 19:57:37 +0000 https://antifragile.pl/?p=5595 – Bardzo mi się podobasz. – mówi jej wzrok. – Kurcze, ty też, ale… strasznie spieszę się na spotkanie – odpowiadam swoim. Dobrze wykorzystać każdą minutę, złotówkę, rezerwę sił. Kiedyś wychodziłem na tramwaj odpowiednio wcześniej, albo wcale. Teraz – zawsze na ostatni moment. To samo ze spotkaniami, filmem w kinie i zajęciami fitness. Zwykle zdążam, […]

The post Precz z optymalizacją! first appeared on antifragile.pl.]]>
– Bardzo mi się podobasz. – mówi jej wzrok. – Kurcze, ty też, ale… strasznie spieszę się na spotkanie – odpowiadam swoim.

Dobrze wykorzystać każdą minutę, złotówkę, rezerwę sił. Kiedyś wychodziłem na tramwaj odpowiednio wcześniej, albo wcale. Teraz – zawsze na ostatni moment. To samo ze spotkaniami, filmem w kinie i zajęciami fitness. Zwykle zdążam, ale czy na pewno robię dobrze?

20% + 35% + 20% + 25% ≠ 100%

Jedna z najgorzej wspominanych praktyk realizacji projektów? Tak zwane „dzielenie zasobów”!

Sytuacja, gdy Janek czy Kasia nie pracują w jednym, najwyżej dwóch zespołach, tylko w kilku, albo (o zgrozo) kilkunastu. Wszyscy wiedzą, że to ciężkie komunikacyjnie, że frustrujące, że nieefektywne. Wszyscy wiedzą, a mimo to wciąż tak robią. Najczęściej ze strachu, aby u któregoś ze swoich pracowników nie zgubić, nie stracić tych kilkudziesięciu minut tygodniowo.

Staję więc na sali szkoleniowej i opowiadam, dlaczego to kompletnie bez sensu. Bo niedoszacowujemy naszych zadań, a później mając zbyt wiele do zrobienia lecimy po łebkach; bo ciągłe przełączanie się między różnymi działaniami jest wyczerpujące i nieefektywne; bo kiedy ludzie mają za dużo na talerzu, brakuje im zdrowej, samolubnej motywacji do zakończenia czegoś sprawniej –  bez sensu, skoro w kolejce i tak czeka na nich 215 innych spraw. A przede wszystkim dlatego, że te kilkadziesiąt wolnych minut, które może przydarzy im się od czasu do czasu, to jedyny czas, gdy mają szansę na usprawnienia, na wymyślenie czegoś naprawdę kreatywnego, nietypowego, wartościowego. Czegoś, o czym nie mają czasu pomyśleć w nieustającej bieżączce.

Tak opowiadam, a potem idę i popełniam w swoim życiu dokładnie ten sam błąd.

Mamo, pożycz stówę do pierwszego.

Na przykład ostatnio – zainspirowany spotkaniem z Michałem Szafrańskim, zoptymalizowałem moje zarządzanie finansami. Założyłem konto w innym banku i tam przelewam wszystko ponad twardo ustaloną, miesięczną „pensję”. W miarę stałą kwotę miesięcznych wydatków plus drobny bufor na coś nieprzewidzianego.

Podobno zabezpieczenia przeciw tsunami przy elektrowni w Fukushimie budowane były na podstawie danych historycznych. Tak, by wytrzymały najpotężniejszą falę, jaką zanotowano do tamtej pory. I tylko nikt nie pomyślał, że tamto ostatnie, największe, musiało przecież wcześniej zdetronizować jakieś poprzednie. Poprzednie też uznawano za „najgorsze, co tylko może się przytrafić”.

Póki nie przyszło większe.

I mniej więcej tak samo zadziałał mój zoptymalizowany system finansowy.

Kto mógł przewidzieć, że będę musiał wydać trzysta złotych na naprawę instalacji gazowej? Albo podobną kwotę zainwestować znienacka w sypialny na drugi koniec Polski? I, że w tych samym czasie zapomnę o czekających mnie dorocznych wydatkach na ubezpieczenie mieszkania i przedłużenia moich domen? Finał:

Yyy, cześć mamo, możesz mi przelać 100 z mBanku na mBank? Żeby doszło od razu. Bo wiesz, jest sobota, a właśnie zorientowałem się, że nie mam za co kupić jedzenia.

I coś takiego, wstyd przyznać, zaczęło przytrafiać mi się regularnie co dwa-trzy miesiące.

Optymalizacja, powiadasz? A właśnie, że nie, właśnie że:

Zdrowy zapas jest bardzo dobry!

Na przykład czasu. Też wypełniasz swój kalendarz po brzegi, a potem masz wrażenie, że cały dzień jest jednym, wielkim, nieustającym sprintem?

Spiesząc się gdzieś ostatnio, niedokładnie spojrzałem na zegarek i do wyjścia gotowy byłem o kilka minut za wcześnie. Ubrane buty, przedpokój i to irracjonalne uczucie: nie stracić tych siedmiu minut, spędzić je konstruktywnie. Autentycznie – poważnie rozważałem zdjęcie butów i zajęcie się czymś przez te kilka minut, byle tylko nie można było uznać ich za stracone.

A potem przypomniałem sobie – Fukushimę, moje bankowe optymalizacje, nieudane biegi na tramwaj i tę dziewczynę, do której nie zagadałem z braku czasu. I wyszedłem.

Idąc na przystanek i patrząc na dziwnie wiosenny w środku lutego dzień, obiecałem sobie, że gdy spotkam ją następnym razem – zaprawdę będę miał te dziesięć minut w zapasie.

The post Precz z optymalizacją! first appeared on antifragile.pl.]]>
Rok z życia „bezrobotnego” https://antifragile.pl/2015/10/rok-z-zycia-bezrobotnego/ Thu, 22 Oct 2015 13:28:40 +0000 https://antifragile.pl/?p=5080 Minął rok odkąd oddałem kartę otwierającą drzwi jednej z krakowskich korporacji. Co wtedy czułem? Jak przetrwałem?

The post Rok z życia „bezrobotnego” first appeared on antifragile.pl.]]>
Ciężko mi uwierzyć, ale 17 października minął dokładnie rok odkąd oddałem kartę otwierającą drzwi jednej z krakowskich korporacji. Co wtedy czułem? Jak przetrwałem rok „poza systemem”? Co mnie przez ten czas spotkało? Zapraszam na inspirujące podsumowanie.

Wymarzłszy na Gdańskiej plaży, dogrzewam się właśnie w Pendolino do Krakowa. Z premedytacją wyczekałem, aby ten tekst powstawał właśnie tutaj. Wszystko zaczęło się w pociągu, dokładnie 371 dni temu. Ostatnie pożegnania w firmie i obowiązkowy precel z makiem na drogę InterCity do Warszawy, skąd kolejnego dnia odlatywałem do Tokio.

Co czułem zaraz po odejściu z korporacji?

Biorąc pod uwagę mój zorganizowany i nieco asekurancki charakter, spodziewałem się, że dopadnie mnie (chociaż delikatny, możliwy do opanowania przez trzech pielęgniarzy) atak paniki. Nic z tych rzeczy. Słuchając składanki Los Angeles ’12 Markusa Schulza, machałem do drugiego Igora. Tego odbijającego się w ciemnej szybie, skrywającej przemykający za oknami wieczorny krajobraz. Nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.

uśmiechnięty człowiek po odejściu z korporacji
W dwanaście miesięcy później, w podobnych okolicznościach przyrody.

Może nie euforia, ale spokój, radość, spełnienie i wolność. Absolutnie, niepowtarzalnie abstrakcyjne poczucie wolności. Czułem się, jakbym miał 19 lat i odebrał właśnie świadectwo maturalne. Nie przeszkadzał mi kebab sąsiada, ani głośne pogaduchy pani siedzącej za mną. Byłem wolny. I wierzyłem, że sobie poradzę.

Co można zrobić w ciągu jednego, zupełnie odjechanego roku?

Nie opowiem ci, jak dać sobie radę bez etatu. Nie dziś. Dziś, za pomocą prostej wyliczanki opowiem ci, co może zdarzyć się, jeśli zdecydujesz się na podobny krok. Jeśli po przeczytaniu choć na sekundę zaświta ci myśl „a może by…” – będzie to moim sukcesem. Tylko błagam – gdy już zaświta – nie stwierdzaj, że 'fajnie, ale jeszcze nie teraz’. Deal?

A z czego mam żyć poza korporacją?

Tak naprawdę, to do dzisiaj wciąż zadaję sobie to pytanie. Przez ostatni rok:

  • Nie było lekko. Czasem przymierałem głodem, zwykle też jeździłem Polskim Busem, a nie Pendolino.
  • Przekonałem się za to, że bez jakichś ekstremalnych wyrzeczeń, mogę przeżyć za sporo mniej, niż dotychczas.
  • Popracowałem trzy i pół miesiąca dla pewnego startupu. Gdy okres próbny miał się ku końcowi, zadałem sobie pytania „czy chcę to kontynuować?”, „czy jest lepiej niż w korporacji?”. Odpowiedziałem uczciwie, bez namysłu i nie przedłużyłem umowy…
  • Efektem ubocznym flirtu ze światem startupów (a raczej wystawionych wtedy faktur), była możliwość całkowitej spłaty mojego mieszkania. Zrobiłem to. Wyszedłem z założenia, że pozostałe mi w takim wypadku skromne 5000 PLN oszczędności, skutecznie zmotywuje mnie do efektywniejszego poszukiwania nowych źródeł dochodu. Miałem rację.
  • Przekonałem się, że jestem jeszcze za cienki w uszach, aby skutecznie rozkręcić samemu własny, jednoosobowy biznes konsultingowy, z którego byłbym naprawdę zadowolony.
  • Zobaczyłem też jak zostaje się zarejestrowanym bezrobotnym.
  • Poza konsultingiem, zaliczyłem też falstart ze sklepem internetowym oraz drobnym biznesem usługowym. Te dwa ostatnie przedsięwzięcia zamierzam jednak wkrótce reanimować.
  • Zostałem, tak jakby, rentierem, przyjmując czasem u siebie turystów za pośrednictwem serwisu Airbnb.
  • Podpisałem kontrakt z agencją modeli, gdzie – poza toną zabawy na wielu sesjach – udało mi się ostatnio w końcu zarobić pierwsze konkretne pieniądze.
  • Wreszcie, niecały miesiąc temu, znalazłem bezpieczną przystań jako szkoleniowiec-freelancer związany z PM Experts, jednym z liderów wśród firm szkolących z zarządzania projektami. Wreszcie moja przyszłość zaczęła wyglądać nieco stabilniej. Mogę przestać rozważać wpraszanie się do czytelników na obiady.

Wolność finansowa oznacza podróże.

To jedno z moich marzeń. I jako, że do prawdziwej wolności jeszcze trochę mi brak, nie podróżowałem tak często i daleko, jak bym tego chciał. A mimo to udało się:

podroze wolnosc finansowaExit comfort zone

Wcześniej, w razie braku weny do wymyślenia nowej wymówki, mogłem zasłonić się zmęczeniem, bądź brakiem czasu. Odkąd rok temu straciłem tę możliwość:

  • Zrobiłem prawo jazdy.
  • Potroiłem ilość czytelników bloga i pojechałem na swoją pierwszą blogerską konferencję.
  • Poznałem więcej nowych, ciekawych ludzi, niż przez całe poprzednie pięć lat. Swoją drogą – m.in. właśnie dzięki blogowi.
  • Poszedłem pierwszy raz w życiu na aerobik.
  • Wziąłem udział w (nieudanym co prawda) castingu do TVN. Była u mnie w domu prawdziwa ekipa telewizyjna!
  • Ugotowałem rosół z gęsi.
  • Zrobiłem tatuaż, o którym myślałem chyba jeszcze od studiów. Minęło kilka miesięcy. Nie żałuję. Z każdym tygodniem lubię go coraz bardziej.
  • Wziąłem udział w kilku spotkaniach anglojęzycznego krakowskiego klubu ToastMasters. Przekonałem się, że to naprawdę fajny sposób, by przełamywać pierwsze lody w publicznym przemawianiu i szkolić swój angielski. Niestety trafiłem tam o kilka lat za późno, potrzebowałem czegoś o wyższym stopniu trudności.
  • Znalazłem go wygłaszając kilka publicznych wystąpień. Między innymi na konferencjach z cyklu InfoMeet. Wrażenie, gdy wchodząc na mównicę w swoim rodzinnym Wrocławiu, dostrzegasz na widowni kumpla z podstawówki – bezcenne.
  • Wpadając w malezyjskie bagno, odnalazłem niechcący swoją nową życiową mantrę: „the obstacle is the way”. Nic nie wskazuje bym planował ją zmieniać. Dawno nie byłem tak stały w uczuciach.
  • Skoro mowa o uczuciach to na poważnie wziąłem się za naukę ich okazywania. Ćwiczę na przykład… przytulanie się do ludzi. Uwierz, lub nie, ale to dla mnie abstrakcja. Jedna z największych zmian, nad jakimi ostatnio pracuję. Jest ciężko, ale niesamowicie satysfakcjonująco. Myślę, że jeszcze o tym napiszę.
  • A propos zmian i pracy nad sobą – dowiedziałem się też, że mój najlepszy kumpel nie bardzo wierzy w moje postępy.

Slow Life Style, czyli poza tym:

  • Przeczytałem kilkadziesiąt książek i obejrzałem podobną ilość filmów. Z całkiem imponującą kolekcją polskiej klasyki na czele.
  • Schudłem 8 kilo. Jako patyczak z wagą zdecydowanie poniżej 80 kilo, czuję się znakomicie!
  • Poprosiłem i dostałem (przy pomocy Agaty z Tokio) od firmy Panasonic nowy, wodo i wstrząsoodporny aparat.
  • Zorganizowałem dwie duże akcje charytatywne, wkrótce pora na kolejną edycję (ktoś z Krakowa chętny by się włączyć?).
  • Na fali uzależnienia od zajęć jogo-podobnych, zaliczyłem chyba wszystkie letnie plenerowe zajęcia w Krakowie i Warszawie.
  • Podobnie z resztą z plenerowymi seansami filmowymi…
  • Otrzymawszy, wysłane raczej pro-forma (odległość) zaproszenie na parapetówkę we Wrocławiu, zaskoczyłem wszystkich stawiając się o zadanej porze w progu mieszkania kumpla z obowiązkową flaszką wina w dłoni.
  • Pomogłem w remoncie stołówki Towarzystwa Brata Alberta przy Dietla w Krakowie.

zycie pelnia slow life zyciaNajważniejsze.

Im większą miałem w korporacji odpowiedzialność, im więcej zarabiałem, im więcej ceniono (i wykorzystywano) moje kompetencje, tym bardziej wyprany i wymaglowany czułem się każdego dnia po opuszczeniu biura. Spod półprzymkniętych powiek spoglądałem na świat z uczuciem pulsującego w mózgu bólu i absolutnej niemocy intelektualnej. Nazywałem to „whiskasem zamiast mózgu”.

Whiskas jest już przeszłością.

W zamian, coraz częściej przyłapuję się na odczuwaniu momentów bezwarunkowego szczęścia. Nie tylko biegnąc boso gdańską plażą w październikowe popołudnie, albo pedałując w rytm dobrej muzyki w drodze do znajomych. Zdarza się to też w deszczowym, jesiennym krajobrazie, kiedy idąc na autobus, omijam starannie kolejne kałuże.

Ostatnie, co napiszę zabrzmi może idiotycznie, ale mam wrażenie, że… wyprzystojniałem. Koniec worów pod oczami, rozluźnione mięsnie twarzy i – bez tej całej ciągłej adrenaliny oraz kortyzolu – stabilniejsza gospodarka hormonalna. Miły, interesujący i całkowicie nieoczekiwany efekt uboczny.

Czy żałuję?

A jak myślisz? Siedząc w biurze nie zrobiłbym, nie doświadczył, nie osiągnął tyle przez kolejnych kilka lat. Dlatego akceptuję wszystkie związane z moim nowym trybem życia niedogodności. Poza jedną.

Wkurza mnie, gdy wszyscy wokoło przekonani są, że cierpię na nadmiar wolnego czasu. Może powyższa lista przekona kogoś, że próba życia pełnią życia poza etatem nie oznacza wylegiwania się codziennie do południa. Oznacza za to, że jeśli chcę, to najprawdopodobniej mogę to zrobić!

The post Rok z życia „bezrobotnego” first appeared on antifragile.pl.]]>
Jak i po co spłaciłem szybko kredyt hipoteczny? https://antifragile.pl/2015/08/jak-wziac-i-splacic-kredyt-hipoteczny/ Thu, 27 Aug 2015 18:00:11 +0000 https://antifragile.pl/?p=4913 Właśnie dostałem z banku pismo z potwierdzeniem - wzięty na 45 lat kredyt hipoteczny spłąciłem w 4! Jeśli ciekawi cie jak tego dokonałem - czytaj dalej.

The post Jak i po co spłaciłem szybko kredyt hipoteczny? first appeared on antifragile.pl.]]>
– Jestem całkiem wypalony – zagaja kumpel. – Rzuć wszystko, odpocznij. Masz dobry zawód, oszczędności, stać cię – odpowiadam. – Ale kredyt… – brzmi odpowiedź. A gdyby udało się pozbyć bankowego wrzodu jak najprędzej?

Nie będę zgrywał finansowego geniusza. Do wszystkiego, co niżej spisałem, doszedłem samodzielnie metodą prób i błędów. Inspirowały mnie blogi (APP Funds – czytam od lat, z polecenia mamy; Jak Oszczędzać Pieniądze), książki oraz doświadczenia moje i innych. Dziś chcę podzielić się z tobą tym wszystkim, czego się nauczyłem.

Moja finansowa droga.

Początki były dość standardowe. “Zainwestowanie” całych oszczędności w fundusze dokładnie w szczycie hossy 2007 roku. Kredyt we franku wzięty na kupioną szybko i drogo kawalerkę. Wreszcie – wraz z rozwojem kariery – rozpuszczanie coraz większej ilości pieniędzy “bo przecież mnie stać”. Tak zaczynałem, by na końcu mojej drogi dostać… “dyplom uznania”.
“Dyplom”, czyli pismo dotyczące kredytu na moje drugie, o wiele droższe mieszkanie.

Zaświadczenie o spłaconym kredycie

Wzięty na 45 lat, a spłacony w cztery! Jeśli ciekawi cię, jak tego dokonałem – czytaj uważnie dalej. Zacznijmy jednak od początku, możliwe, że zastanawiasz się…

… po co spłacać kredyt hipoteczny szybciej?

Przecież poczytni guru głoszą, że to najlepsza forma finansowania. Że szybsza spłata nie ma sensu nawet, gdy mamy finansowe nadwyżki. Przecież to tani pieniądz, z którym lepiej zrobić coś innego!

Zgoda, ale pod warunkiem, że mieszkasz w USA, czyli kraju o gospodarce nieco stabilniejszej, niż ta w Rzeczypospolitej. Zawirowania na rynku pracy, wahania stóp procentowych i kursów walut, problemy sektora bankowego… Każde z tych całkiem prawdopodobnych wydarzeń, jest dla zadłużonego po uszy Kowalskiego potencjalnym gwoździem do trumny.

Liczy się też, co z owym tanim pieniądzem robisz. Wkładasz w swój, nieźle rozwijający się interes? W przemyślaną inwestycję w znanym ci sektorze? Świetnie i oby tak dalej!

Jeśli jednak inwestujesz raczej w SPA albo nowego iPhone’a – rozważ możliwość, że nie wszystko w życiu będzie zawsze układało się idealnie. Nikt z twoich znajomych nie stracił nagle pracy? Nie odszedł od niego partner? Nie zachorowało mu dziecko? Jak skończyłaby się taka sytuacja dla ciebie? A o ile łatwiej byłoby przetrwać, gdyby nie trzeba oddawać bankowi kilku tysięcy miesięcznie?

Na początek: czy na pewno stać mnie na to mieszkanie?

Pytanie, którego niestety nie zadaje sobie prawie nikt.

Czy odpowiednią miarą tego, na co cię stać, powinna być maksymalna wartość twojej zdolności kredytowej? I czy na pewno potrzebujesz 80 m² w “prestiżowej lokalizacji”? Nie zrozum mnie źle – sam jestem fanem mieszkania w centrum, ale te “prestiżowe lokalizacje”… Zwracasz na to uwagę? To wstań, idź do lustra i powiedz sobie w twarz:

Gdyby było mnie stać na naprawdę wypasione mieszkanie – ten 150 metrowy penthouse z prywatnym tarasem na dachu, to “prestiż” konkretnego budynku, czy osiedla byłby chyba bez znaczenia.

Kupując w tym samym budynku 69 m² dwa piętra niżej i z widokiem na betonowe podwórko, potwierdzasz tylko, że to twój maks. Maks, na który pozwolił ci bank. Tyle o prestiżu. A metraż?

Dlaczego z góry zakładasz “minimum 75 m²”? Może od tamtych 60 różni je dodatkowa powierzchnia przedpokoju albo przypominającej tramwaj, nieustawnej sypialni? Serio warto zadłużyć się z tego powodu na 100 tysięcy więcej?

Poluj cierpliwie i z głową.

Nie ukrywam – jestem fanem rynku wtórnego. Choćby z powodu dostępności od ręki i braku ryzyka plajty dewelopera. Przede wszystkim jednak widzisz co bierzesz. Jeśli na ścianach miał pojawić się grzyb – już się pojawił. Pękać sufit – już pękł. Po wyglądzie elewacji, klatki schodowej i drzwi sąsiadów zorientujesz się, kogo przez najbliższe lata będziesz mieć za ścianą, lub pod podłogą.

Znajoma kupiła mieszkanie. Pierwsze piętro nad sporym lokalem, w którym według dewelopera miało znaleźć się biuro. Tyle, że po oddaniu inwestycji powstał tam, rozbrzmiewający co wieczór głośną muzyką, klub fitness. Trzysta tysięcy kredytu i zumba w salonie gratis.

Inną zaletą omijania deweloperów jest możliwość upolowania prawdziwej okazji. Nim kupiłem obecne lokum, kilka miesięcy regularnie przeglądałem największe portale ogłoszeniowe. Większość ofert powtarzała się do znudzenia, ale pojawiały się też (znikające błyskawicznie) perełki.

Na ogłoszenie o moim mieszkaniu odpowiedziałem w kilkanaście godzin po jego opublikowaniu i nawet wtedy wylądowałem jako drugi w kolejce. W ciągu następnych dni za mną ustawiło się kilkanaście kolejnych osób. Im nie chciało się śledzić ofert na bieżąco, ja kupiłem to, co chciałem.

Jak mądrze wziąć kredyt na mieszkanie?

Niezbędne będą dwie rzeczy: wkład własny i podstawy matematyki finansowej.

Posiadając sensowny wkład własny uzyskasz najlepsze możliwe warunki kredytowania. Nie masz pieniędzy? Odpowiem ci tak, jak kumplowi, który żalił mi się, że sprzedawca zażądał od niego (zupełnie standardowo) 10% zadatku:

Przez sześć lat zbierania na mieszkanie nie udało ci się odłożyć “marnych” 70 tysięcy, ale uważasz, że stać cię na dom za 700?

Wyjedź, oszczędź, zakombinuj. Ja “sprzedałem się” na kilkunastomiesięczną delegację zagraniczną, gdzie poza pensją miałem dziennie dodatkowo prawie 50 EUR diet. Mogłem, zgodnie z teoretycznym ich przeznaczeniem oraz wzorem chcących przyszpanować kolegów, jeść w kiepskich niderlandzkich knajpach i korzystać z taksówek. Wybrałem jednak gotowanie we własnej kuchni i jazdę na rowerze. Do Polski wróciłem ze zdrowym żołądkiem, mocniejszymi nogami i ponad stoma tysiącami złotych oszczędności.

Podstaw matematyki finansowej potrzebujesz zaś by SAMODZIELNIE porównać oferty z różnych banków oraz sprawdzić wyliczenia wszelkich doradców. Musisz umieć:

  • porównać dwie oferty kredytowe,
  • wyliczyć koszty początkowe kredytu,
  • wyliczyć miesięczną ratę,
  • wyliczyć ile będzie kosztował cię cały kredyt (warto sobie to uświadomić).

Z pomocą arkusza kalkulacyjnego i poradnika, których jest sporo w sieci, to naprawdę nic trudnego. A dlaczego masz się tak męczyć, skoro od tego są doradcy? Czytaj dalej.

Doradcy finansowi: omijaj, nie ufaj.

Pamiętaj, że ten delikwent w krawacie to nie ekspert po wielu państwowych egzaminach. To nie prawdziwy doradca inwestycyjny. “Ekspertem ds. finansów osobistych” (tytuł autentyk, prosto ze strony Gold Finance) może zostać dosłownie każdy.

I zostaje.

Co to oznacza? Niewiedzę, niekompetencję i błędy. Na przykład w symulacji raty kredytu. Dla mnie dość istotne było, czy zapłacę bankowi miesięcznie 1000 (jak zapewniał ekspert), czy 1450 złotych (jak wyliczyłem sam). Bank dziwnym trafem przychylił się do mojej wersji.

Niekompetencja to jedno, o wiele poważniejszy jest jednak problem leżący u podstaw tego systemu. Nigdy nie zapominaj, że interesy twoje oraz doradcy są CAŁKOWICIE ROZBIEŻNE. Tobie zależy na wzięciu jak najtańszego kredytu. Jemu – na wciśnięciu ci dużej ilości produktów z banków płacących mu jak najwyższą prowizję.

Są w tym świetni. Mnie na przykład – przepraszam za określenie – wydymał pewien doradca z Open Finance. Naściemniał, że jest w stanie negocjować oprocentowanie niższe, niż otrzymałbym idąc bezpośrednio do banku. To się faktycznie zdarza, ale – jak się później dowiedziałem – w tym przypadku nie było takiej opcji. Na domiar złego mój wniosek obsługiwał wyjątkowo ślamazarnie. Mimo rozpoczęcia procedury z zapasem czasu, umowę kredytową otrzymałem w dzień ostatecznego terminu podpisania notarialnego aktu kupna. Dzień później sprzedający mógłby po prostu odejść, zabierając 40 tysięcy wpłaconego mu przeze mnie zadatku. Było odrobinę nerwowo.

Dwa najważniejsze parametry twojego kredytu hipotecznego.

Jako, że ostrzegłem cię już chyba wystarczająco, pora na szczegóły techniczne. Poznaj dwie spośród głównych tajemnic mojego sukcesu. Na imię im:

  • jak najniższa miesięczna rata,
  • zero prowizji za nadpłacanie i wcześniejszą spłatę.

Tak jest. Raty równe (żadne malejące!), spory wkład własny i okres kredytowania najdłuższy, jak to tylko możliwe. W moim przypadku 45 lat. Kredyt do 74 roku życia – to brzmiało naprawdę nieźle!

Co dadzą ci takie parametry? Najniższą możliwą miesięczną ratę. A co da niska rata? Wolność! Łatwiej przetrwać nieoczekiwaną utratę pracy, urlop zdrowotny i wiele innych, niesionych przez los wydarzeń, gdy miesięczne zobowiązania są trzy-, a nie czterocyfrowe.

Wszyscy pukali się w czoło, gdy mówiłem o 45 latach spłaty. Zmieniali zdanie słysząc, że moja rata wynosi 600 złotych miesięcznie. Na tyle, to w razie czego można nazbierać puszek.

złomiarz

Tak, owszem, oznacza to większy całkowity koszt kredytu (cieszę się, że – zgodnie z sugestią – odrabiasz zadania z matematyki finansowej). Oznacza w teorii, bo właśnie dlatego masz mieć zagwarantowane zero prowizji za nadpłaty i wcześniejszą spłatę.

Nadążasz? Gdy masz dobry okres i generujesz nadwyżki finansowe, możesz spokojnie – nawet co miesiąc – spłacać więcej, zmniejszając koszty odsetek do woli. Możesz, ale nie musisz. Wybór należy do CIEBIE, nie do banku.

Znakomicie. To skoro wiemy już jak wybrać mieszkanie i wziąć kredyt, pora zastanowić się nad jego spłatą.

Podstawa zdrowych finansów, czyli poduszka.

Nim pomyślisz o nadpłatach i inwestycjach, czeka cię jeszcze stworzenie funduszu awaryjnego. Po co? By w wypadku poważniejszych życiowych perypetii, nie stanąć natychmiast przed jakże istotnym dylematem pt. “skąd wezmę na chleb?”.

Najpierw spisuj przez kilkanaście tygodni wszystkie swoje wydatki. Poza ciekawymi danymi, otrzymasz wartość średniej miesięcznej kwoty potrzebnej ci na utrzymanie. Twoje kolejne zadanie, to zgromadzić wielokrotność (przynajmniej 3x) tej kwoty i odłożyć to na czarną godzinę.

Szczególnie dumny jestem z systemu, jaki zastosowałem w swojej poduszce finansowej. Zrobiłem tak:

  • Poszukałem super stabilnej waluty – wyszły mi korony duńskie.
  • Nabyłem stosowną ilość w kantorze.
  • Wpłaciłem do banku (kiedyś Nordea, teraz PKO BP) na konto bez dostępu internetowego.

W ten sposób mam stosunkowo odporny na walutowe tąpnięcia fundusz, który mogę zamienić do postaci złotówek w portfelu w ciągu maksymalnie dwóch dni roboczych. Jednocześnie dobranie się doń jest na tyle upierdliwe, że w ogóle mnie to nie kusi. Idealnie.

Skąd wziąć środki na spłatę kredytu? Zostań kapitalistą-ascetą!

Czas więc zwiększyć swoje finansowe nadwyżki. Pierwszy krok to przyjrzenie się spisowi wydatków, o którym pisałem wyżej. Pogrupuj i przeanalizuj poszczególne pozycje pod kątem potencjalnych oszczędności. Kilka rzeczy może cię zaskoczyć. Na przykład:

  • Czy naprawdę wydaję aż tyle na kawę na mieście?
  • Czy naprawdę 30% wartości moich zakupów spożywczych stanowi alkohol?
  • Czemu jestem członkiem dwóch klubów fitness?

Wprowadź pierwsza cięcia, a potem… Potem regularnie wracaj do tych analiz. Kombinuj również nad dodatkowymi źródłami nawet niewielkich dochodów. Garść pomysłów, pierwszy ulubiony:

  • Jesteś singlem? Kup mieszkanie o jeden pokój większe i przeznacz go dla wspaniałego współlokatora.
  • Jeśli nie masz dzieci i mieszkasz w środku miasta – czy na pewno potrzebny ci samochód? Uważam, że jego brak jest jednym z najważniejszych czynników, które pozwoliły mi na oszczędzanie większości pensji. Rower, karta miejska i tania taksówka wychodzą tak samo wygodnie, a summa summarum znacznie taniej.
  • Podziel się z sąsiadem swoim internetem.
  • Wynajmij komuś pokój na airbnb.
  • Sprzedaj niepotrzebne rzeczy.
  • Przejrzyj blogi, które poleciłem wyżej oraz tę listę i wdróż przynajmniej po jednym pomyśle z każdego z tych miejsc.

Niestety cudowne sposoby nie istnieją. Po prostu trzeba więcej oszczędzać i poszukać dodatkowych dochodów.

Najtrudniejszy krok ku większym oszczędnościom?

Uświadomienie sobie faktu, że prawdopodobnie żyjesz ponad stan, a potem odejście od tego stylu życia. Czemu tak trudno? Bo wszyscy wokoło żyją w ten sposób; bo namawiają do tego media; bo to takie cudowne, beztroskie, YOLO!

Ale da się. Małymi krokami. Na przykład pamiętam ten dzień, kiedy podsumowałem swoje miesięczne wydatki na kawę na mieście.

Co było kolejnym krokiem? Wygrzebanie z szuflady termosu! Teraz pijam dobrą kawę za darmo. W niesamowitych miejscach.

wolnosc finansowa

To wcale nie znaczy, że przestałem nawiedzać kawiarnie. Nadal umawiam się tam ze znajomymi, wciąż lubię usiąść i popracować w miłym miejscu. Zwyczajnie zredukowałem – głównie kawy na wynos, wizyty na szybko i kiedy pogoda aż prosi o przeniesienie się w plener. Miesięcznie zostaje mi w kieszeni ponad sto złotych.

Przesadzam? Cóż – różnimy się w podejściu do życia. Różnimy się też tym, że to ja mam spłacone, warte pół miliona mieszkanie.

NAJWYRAŹNIEJ PODOBA CI SIĘ TO, CO CZYTASZ. W TAKIM RAZIE OBCZAJ TEŻ TE TEKSTY:

Jak inwestować nadwyżki finansowe, gdy już zaczniemy je generować?

Wygenerować nadwyżki to jedno, ale co innego dobrze je spożytkować. Warto zacząć od wykonanego już wcześniej ćwiczenia i wyznaczyć średnie miesięczne wydatki. Dlaczego ponownie? Bo kwota ta uległa w międzyczasie zmianie (czytaj: zmniejszyła się) na skutek twoich zabiegów oszczędnościowych!

Masz? No, to wszystko ponad nią traktujesz jako nadwyżkę, a twoim pierwszym i najważniejszym zadaniem jest jej ochrona. Przed kim? Przed tobą i twoimi licznymi i pilnymi “dodatkowymi potrzebami”!

Każdą nadwyżkę oddziel jak najszybciej od bieżących pieniędzy (ja przelewam od razu na inne konto, a najlepiej do innego banku), a szczęśliwie uratowaną rozdysponuj według systemu, jaki sobie ustalisz. Na przykład takiego – dobry, bo prosty:

  • 30% na nadpłatę kredytu,
  • 30% na bezpieczną inwestycję (o ile jest wyżej oprocentowana niż sam kredyt!),
  • 30% na inwestycje bardziej ryzykowne,
  • 10% na przyjemności, na przykład fundusz na wakacje w Azji.

Kiedy jest dobry moment na spłatę kredytu?

Jak dobrze pójdzie, po kilku latach staniesz przed właśnie takim dylematem. Odpowiedź brzmi – jeśli tylko:

  • zostanie ci po spłacie fundusz awaryjny w odpowiedniej wysokości,
  • nie masz na oku super lukratywnej inwestycji,
  • (dla walutowych) rynek nie doznał ostatnio chwilowych, niekorzystnych wahań kursu, z realną szansą powrotu do stanu sprzed tej sytuacji,

to jest to właśnie odpowiedni moment!

Podsumowując

  • Pomyśl, czy na pewno potrzebne ci tak duże/drogie mieszkanie, jak ci się wydaje;
  • poluj na okazje;
  • nie ufaj doradcom;
  • weź kredyt tak, by mieć jak najniższą ratę;
  • przyjrzyj się swoim wydatkom i potencjalnym źródłom dochodów – dokonaj optymalizacji;
  • ratuj nadwyżki finansowe przed własnymi spontanicznymi zachciankami;
  • zarządzaj oszczędnościami zgodnie z przyjętym wcześniej (prostym!) systemem.

Stać cię – spłać całość i ciesz się wolnością! Powodzenia!

The post Jak i po co spłaciłem szybko kredyt hipoteczny? first appeared on antifragile.pl.]]>