Jak często świętując kolejną rocznice związku, wiecie, że to już na pewno ostatnia? Mi zdarzyło się to pierwszy raz. Zarówno świadomość, jak i „kolejna rocznica”.

Studia w rodzinnym mieście oszczędziły mi doświadczeń z akademikami. Z nawiązką nadrobiłem to już po wyprowadzce do Krakowa, gdy wylądowałem w przepełnionym lokum służbowym ComArchu. Kilka interesujących miesięcy z pleśniejącymi kubkami, ginącym jedzeniem i odnajdywaniem w umywalce zawartości żołądków kolegów-imprezowiczów w rolach głównych. Wystarczająco by stwierdzić “nigdy więcej” – następnym razem miało być cicho, spokojnie i zawsze tak, jak ja chcę.

Pozostałości imprezy

A jednak życie potrafi płatać figle…

To tylko na chwilę.

29 czerwca 2009 roku. Wracam do Polski po kilkunastu miesiącach delegacji w Holandii. Wracam i ciężko przewidzieć mi najbliższą przyszłość.  Możliwe, że za chwilę znów skończę pod Amsterdamem, wyprowadzę się do Warszawy, albo rzuci mnie jeszcze gdzieś indziej.

W mojej, zakupionej w międzyczasie, kawalerce stacjonuje Tadeusz. Z racji nieokreślonej najbliższej przyszłości, nie ma sensu wymawiać mu mieszkania ryzykując, że miesiąc później zacznę poszukiwania lokatora od nowa. Jest lato, wakacje, sporo czasu i tak spędzimy w rozjazdach. Pomęczymy się razem kilka tygodni, a później się zobaczy – konstatuję.

I tak z kilku tygodni zrobiło się sześć lat.

Trudności?

Owszem, były. Przede wszystkim jednak okazało się, że wspólne mieszkanie ma bardzo wiele zalet. Właściwie to ma ich tak dużo, że gdy po dwóch latach zacząłem szukać “docelowego fajnego mieszkania”, szybko zawęziłem kryteria wyszukiwania do trzypokojowych. Dwie sypialnie i salon – by nadal móc mieszkać z Tadziem, tylko tym razem jak ludzie. Muszę nadmieniać, że rodzina pukała się w głowę?

W końcu jednak zdarzyło się to, co  nieuniknione – w tramwaju linii “4” Tadeusz poznał niejaką Paulinę. Miłość poraziła ich niczym wyładowanie z pantografu i w związku z tym szósta rocznica naszego wspólnego pożycia jest jednocześnie rocznicą ostatnią. Cios i tragedia.

Stanęła między nami!

Stanęła między nami!

Dzięki głębokim oddechom i medytacji, udało mi się opanować zazdrość i nie wcielać w życie planów porwania Pauliny i wysłania koleją do Nowej Zelandii. Grunt, że Tadzio jest szczęśliwy, a ja, zgodnie z moją obecną filozofią, postanowiłem nie walczyć z czymś, na co nie mam wpływu. Za to podumałem nad tym, jakie nauki mogę wyciągnąć z tych wszystkich lat.

Przed tobą najciekawsze i najbardziej zaskakujące pozycje z powstałej w ten sposób wcale imponującej listy.

Mieszkasz z kolegą? Wezmą was za gejów!

Szczególnie jeśli waszym lokum jest kawalerka. Bardzo rzadko ktoś powie coś wprost. Będą za to znaczące uśmiechy, wypowiadane głośnym szeptem komentarze oraz krążące po dalszej rodzinie i znajomych niejasne plotki. Dwie mieszkające razem koleżanki – normalka. Dwóch kumpli – geje.

Konsekwencje – właściwie żadne. Dla mnie była to wręcz zaleta i sporo ubawu na widok zakłopotanych min nowohuckich sąsiadów, gdy wspominałem, że inkasenta wpuści “współlokator”. Kolega próbujący zwiększyć swoje szanse u zainteresowanej mną dziewczyny z pomocą argumentu “przecież to homosie,  każdy to wie”, też jakoś nie odniósł sukcesu.

Wystarczy się z tego śmiać, czasami nawet umiejętnie podsycając plotki.

Dwóch facetów razem

Nie każdy wielbiciel PiS to oszołom.

Nie chcę i nie będę pisał tu o polityce. Dość powiedzieć, że można określić mnie jako kosmopolitycznego, ateistycznego centrystę, który uważa, że tylko krowa nie zmienia zdania. Tadeusza określiłbym zaś jako tradycyjno-katolickiego patriotę. Mieszanka wybuchowa? No właśnie nie!

Dzięki niemu przekonałem się, że nie wszystkie “PiSiory” to betony niezdolne do kulturalnej, rzeczowej dyskusji. Nauczyłem się, by zanim zacznę trawić czyjeś argumenty, najpierw oceniać ich klasę. To z kolei pozwoliło z przerażeniem stwierdzić jak wiele anty-prawicowych (i oczywiście vice-versa) głosów opiera się na tak istotnych i merytorycznych podstawach jak “Kaczyński to kurdupel”, albo “Ziobro to niebezpieczny wariat”.

Widzę już też, że pani Paradowska jest tak samo obiektywna, jak Janek Pospieszalski i trzymam się od obojga, jak z resztą w ogóle od polityki, z daleka.

Nie wszystko musi dziać się zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Jestem zorganizowanym pedantem. Tadeusz… wręcz przeciwnie. Wspólne lata pozwoliły mi zrozumieć, że kubki nie zawsze muszą stać po lewej stronie szafki z uchem zwróconym na południowy-wschód. Nawet jak będą na północ, nie zaburzy to pola magnetycznego ziemi, a misie koala nie pospadają z drzew.

Każdemu długoterminowemu singlowi poradziłbym sprawienie sobie współlokatora, który będzie sprowadzał was na ziemię, przyzwyczajając do realnego życia. Dzięki temu zwiększa się szansa, że gdy w końcu zdecydujecie się zamieszkać  z życiowym partnerem, nie eksmitujecie go po tygodniu z powodu tego, że zostawił na wieszaku pustą rolkę papieru toaletowego.

Nikt nie pocieszy cię tak dobrze, jak… ty sam.

Ruda Magdalena. Dziwne zachowanie, problemy z odpisywaniem, aż w końcu praktycznie bez słowa wyjaśnienia nie zjawiła się na umówionym spotkaniu. Nieszczęśliwy, zaraz po powrocie do domu, jęczę:

Tadziuuu, chodź na jakiś spacer, albo na miasto, albo coś. Potrzebuję oderwania, pocieszenia.

Tadziowi się nie chce, Tadzio jest zmęczony. Po kwadransie moich skomleń poleca, abym dla oderwania obejrzał “świetny, klasyczny film science-fiction”. Jestem sceptyczny, ale właściwie to nie widzę innego wyjścia. Siadam i rozpoczynam seans Diuny. Kto nie wie o czym mówię, niech obejrzy krótką próbkę:

Po 55 minutach doszedłem do momentu, gdy główny bohater w ramach “wielkiej próby” wkłada rękę do czegoś, co przypomina pudełko na papiery z IKEI, a następnie zaczyna krzywić się, jakby depilowano mu podbrzusze pęsetą. Nie wytrzymałem i przerwałem seans, na co Tadek z niewinną miną skomentował:

Wiesz, to ma ze cztery godziny, ale ja wytrzymałem chyba tylko pięć minut dłużej niż ty.

Cóż, na swój sposób pomogło, bo po wywrzeszczeniu przez kolejne dwie minuty w jego kierunku szeregu słów powszechnie uznanych za obraźliwe, chwilowo nie miałem sił się dołować. Od tego czasu, gdy potrzeba mi pocieszenia – liczę przede wszystkim na siebie.

Zakladanie Soczewek (2)

Nie uszczęśliwiaj innych na siłę (+ najlepszy trening zrobisz wkurzony).

Pewnego dnia usłyszałem o ciekawej ofercie pracy. W sam raz dla Tadka. Przedstawiłem mu liczne argumenty za, a także naświetliłem bezsens pozostawania dalej na obecnym stanowisku. Oczywiście wszystko z mojego punktu widzenia. Szansa, rozwój, pieniądze – powtarzałem w kółko i właściwie to zmusiłem go, by obiecał, że nazajutrz wyślę pod wskazany adres swoje CV. Zapomniałem tylko najważniejszego – po prostu zapytać, czy mogę się wtrącać. Czy w ogóle ma ochotę zmieniać pracę…

Nazajutrz, gdy spotkany na siłowni i zagadnięty o sprawę, odparł, że “właściwie to nie wysłał tego CV, może w przyszłym tygodniu” – dosłownie zalała mnie krew. Z ciekawym skutkiem ubocznym. Sakramencko ciężkie pięć minut wcześniej sztangi, teraz stały się lekkie jak piórko. Trening wszech czasów.

Od tego czasu nie uszczęśliwiam ludzi na siłę, a gdy mam problemy z podniesieniem ciężaru, albo wytrzymaniem w pozycji psa z głową w dół – myślę o… Nie napiszę, nie chcę się denerwować.

Białko też dobrze kupować razem

Białko też dobrze kupować razem

Coś się kończy, coś się zaczyna.

Ostatnią, filozoficzną naukę do znudzenia powtarza nam samo życie. Powtarza podczas każdej większej spotykającej nas zmiany – odpuść, nie trzymaj się kurczowo przeszłości. Żaden układ nie jest jedynie słuszny i nie wiadomo, czy za zakrętem nie czeka coś o wiele lepszego. Wyciągnij wnioski i spójrz z uśmiechem w przyszłość, pamiętając o tym, o czym śpiewała już Anna Jantar:

Otagowane jako: