Wczoraj odbyłem jedno z tych spotkań, gdzie ja i mój rozmówca musieliśmy wzbudzać spore zainteresowanie. Nie tyle ze względu na zawdzięczany śnieżnej zamieci wygląd zmokłej kury (choć to też), a z powodu hmm… nieprzeciętnej ekspresji wypowiedzi. 

Z Piotrkiem z Produktywni.pl poznaliśmy się o dziwo dopiero kilkanaście tygodni temu. O dziwo, bo szybko zorientowałem się, że kojarzy go niemal każdy z tych znanych mi menedżerów, których szczególnie cenię za rozsądek, otwartość i trzeźwe podejście.

Rzeczona nieprzeciętna ekspresja była zaś wynikiem tego rzadkiego, ale niezwykle przyjemnego zjawiska, kiedy spotykasz na swojej drodze osobę, która jest w swoim życiu na podobnym etapie co ty, a wartościowe przemyślenia i porady sypią się z obu stron jak z rękawa. Dyskusja była na tyle ciekawa, że o ile zdecyduję się (o co pytam w ankiecie) na nagrywanie podcastu – jednym z odcinków na 100% będzie nagranie właśnie takiej rozmowy.

Wracając jednak do meritum – Piotr, jak to productivity geek, zapytał mnie:

Jakie jest twoje największe wyzwanie związane z produktywnością?

A moja szczera odpowiedź brzmiała:

Cóż – chyba to, że każdy system, rytuał i zwyczaj bardzo szybko powszednieją, a z czasem wręcz stają się obciążeniem. Pierwszego dnia, kiedy wprowadzam coś nowego – wyskakuję z łóżka radosny, bo oto przede mną do realizacji coś, co pozytywnie wpłynie na moje życie. Trzy tygodnie później po otwarciu oczu robi mi się niedobrze, że zaraz będzie się trzeba rozciągać, brać zimny prysznic albo poświęcić kilkanaście minut na „mądre planowanie dnia”.

Ta myśl wróciła do mnie dzisiaj, kiedy udając się do pobliskiego Rossmana po worki na śmieci postanowiłem połączyć to ze spacerem i wrzuciłem na telefon mp3 z podcastem z udziałem autora książki Deep Work (o której nota bene usłyszałem od jednej z czytelniczek). Rzecz o tym jak ważna podczas pracy jest mocna koncentracja, niebezpieczeństwach social media oraz tym, jak istotne jest uważne wybieranie tego, czym się zajmiemy (można pracować wiele, ale nie nad tym co trzeba). Słowem – nuda i nic nowego. A jednak zdołałem wyciągnąć dla siebie kilka przydatnych pomysłów, a po powrocie do domu lecąc ‚na fali’ wyłączyłem w MacBooku WiFi i tym sposobem sprawniej i przy mniejszej ilości pokus wypolerowałem kolejne kilkanaście slajdów (w poniedziałek szkolenie).

Reset

Robiąc sobie przerwę i popijając herbatę, przypomniałem sobie ni stąd, ni zowąd pytanie Piotra. Przypomniałem i zdałem sprawę, że ja znam rozwiązanie swojej największej związanej z produktywnością bolączki! Znam, tylko – jak to w życiu – nie umiałem dotychczas go ładnie nazwać. Jest nim – niczym w Windowsie – regularny reset bądź aktualizacja systemu.

Nasze mózgi zbyt łatwo się nudzą i wpadają w rutynę. Cudowna płyta ulubionego wykonawcy szybko przestaje wywoływać dreszcze, a nowe buty po tygodniu cieszą już jakby mniej. Nawet wymarzone mieszkanie czy… partner łatwo i szybko staje się elementem krajobrazu. Wypracowałem świetną metodę określania tego, co chcę w danym dniu osiągnąć. Tylko co z tego, skoro naprawdę z uwagą i zaangażowaniem wykonałem ją ostatni raz może kilka tygodni temu?

To samo z porannym rozciąganiem, chwilą medytacji i innymi rytuałami, na których wykonaniu skupiam się z każdym dniem jakby mniej – odwalam, zamiast poświęcić im należytą uwagę. A im bardziej odwalam, tym mniejszą widzę wartość, a im mniejszą widzę wartość – tym mniej entuzjastycznie podchodzę do ich realizacji i tym bliższy jestem ich zarzucenia. Błędne koło.

Co czynić? Odświeżać!

Często zastanawiało mnie, czy sięganie do czyjegoś blogowego wpisu, przesłuchanie podcastu albo powrót do przeczytanej wcześniej książki ma jakikolwiek sens. W końcu ile można w kółko czytać i słuchać o tym samym? We wstępie do jednego z moich popularniejszych tekstów wyśmiewałem nawet delikatnie jedną z książek Tima Ferrisa:

Przykro mi, ale z tymi zachowaniami, których powielenie ma gwarantować życiowy sukces to nie do końca jest tak, jak próbują wam wmówić. To nie oddychanie w rytm faz księżyca ani bezglutenowa kasza gryczana są głównym motorem (ewentualnego) sukcesu. Niestety wciąż najważniejsza jest mądra, solidna i konsekwentna praca.

I oto, po niecałym roku, odkrywam wartość owych sztuczek oraz nieustannego eksperymentowania i czerpania inspiracji. Nie zastąpią pracy – fakt, ale odpowiednio zastosowane pomogą odświeżyć zawirusowany i niestabilny system.

Życie jak Windows

Nudzimy się, przyzwyczajamy – to raz. Poza tym jednak zmieniają się otaczające nas warunki, a my sami ewoluujemy i (oby) dojrzewamy. To, co jest dobre dzisiaj, niekoniecznie będzie miało sens za kilka lat. Wyskakiwanie z łóżka na dźwięk budzika z głośnym „UAAAAAA” było świetne w czasach, kiedy mieszkałem z Tadkiem w Nowej Hucie, ale dziś mój poranek wymaga zupełnie innego podejścia.

Z kolei coś, co nie przemawiało do mnie (albo odbierałem to zupełnie inaczej) pare lat temu – teraz może okazać się skrajnym gniotem, lub wręcz przeciwnie – tchnąć nową, nieoczekiwaną świeżością. Niedawno wróciłem choćby do Siły Nawyku i The Obstacle is The Way i mam niejasne wrażenie, że wyciągnąłem z nich o wiele więcej, niż za pierwszym razem.

Dlatego, kiedy następnym razem stwierdzę, że moje życie jest beznadziejne (np. z tak ważkich powodów jak deszczowa pogoda, ból gardła, niezapłacona faktura albo kompulsywne spożycie pół kilo suszonych fig o 3 nad ranem) – sięgnę na półkę z książkami albo wejdę na jedną z zapisanych w zakładkach stron.

Co z tego, że „znowu to samo”, że „przecież robię już bardzo podobnie”, skoro jednak podnosi na duchu, inspiruje, pozwala odświeżyć i przebudować osobisty system operacyjny, a w konsekwencji wrócić do równowagi? Rdzewiejemy szybko – fakt, ale konserwacja też nie jest taka trudna. Byle regularna.

Tymczasem zabieram się za odrdzewianie siebie – lekturą książki, którą wyśmiewałem jeszcze rok temu. Zmiana zdania to oznaka rozwoju. Tak przynajmniej to sobie tłumaczę.

Zdjęcie główne: Werther mx

 

Otagowane jako: