Ciężko mi uwierzyć, ale 17 października minął dokładnie rok odkąd oddałem kartę otwierającą drzwi jednej z krakowskich korporacji. Co wtedy czułem? Jak przetrwałem rok „poza systemem”? Co mnie przez ten czas spotkało? Zapraszam na inspirujące podsumowanie.

Wymarzłszy na Gdańskiej plaży, dogrzewam się właśnie w Pendolino do Krakowa. Z premedytacją wyczekałem, aby ten tekst powstawał właśnie tutaj. Wszystko zaczęło się w pociągu, dokładnie 371 dni temu. Ostatnie pożegnania w firmie i obowiązkowy precel z makiem na drogę InterCity do Warszawy, skąd kolejnego dnia odlatywałem do Tokio.

Co czułem zaraz po odejściu z korporacji?

Biorąc pod uwagę mój zorganizowany i nieco asekurancki charakter, spodziewałem się, że dopadnie mnie (chociaż delikatny, możliwy do opanowania przez trzech pielęgniarzy) atak paniki. Nic z tych rzeczy. Słuchając składanki Los Angeles ’12 Markusa Schulza, machałem do drugiego Igora. Tego odbijającego się w ciemnej szybie, skrywającej przemykający za oknami wieczorny krajobraz. Nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.

uśmiechnięty człowiek po odejściu z korporacji

W dwanaście miesięcy później, w podobnych okolicznościach przyrody.

Może nie euforia, ale spokój, radość, spełnienie i wolność. Absolutnie, niepowtarzalnie abstrakcyjne poczucie wolności. Czułem się, jakbym miał 19 lat i odebrał właśnie świadectwo maturalne. Nie przeszkadzał mi kebab sąsiada, ani głośne pogaduchy pani siedzącej za mną. Byłem wolny. I wierzyłem, że sobie poradzę.

Co można zrobić w ciągu jednego, zupełnie odjechanego roku?

Nie opowiem ci, jak dać sobie radę bez etatu. Nie dziś. Dziś, za pomocą prostej wyliczanki opowiem ci, co może zdarzyć się, jeśli zdecydujesz się na podobny krok. Jeśli po przeczytaniu choć na sekundę zaświta ci myśl „a może by…” – będzie to moim sukcesem. Tylko błagam – gdy już zaświta – nie stwierdzaj, że ‚fajnie, ale jeszcze nie teraz‚. Deal?

A z czego mam żyć poza korporacją?

Tak naprawdę, to do dzisiaj wciąż zadaję sobie to pytanie. Przez ostatni rok:

  • Nie było lekko. Czasem przymierałem głodem, zwykle też jeździłem Polskim Busem, a nie Pendolino.
  • Przekonałem się za to, że bez jakichś ekstremalnych wyrzeczeń, mogę przeżyć za sporo mniej, niż dotychczas.
  • Popracowałem trzy i pół miesiąca dla pewnego startupu. Gdy okres próbny miał się ku końcowi, zadałem sobie pytania „czy chcę to kontynuować?”, „czy jest lepiej niż w korporacji?”. Odpowiedziałem uczciwie, bez namysłu i nie przedłużyłem umowy…
  • Efektem ubocznym flirtu ze światem startupów (a raczej wystawionych wtedy faktur), była możliwość całkowitej spłaty mojego mieszkania. Zrobiłem to. Wyszedłem z założenia, że pozostałe mi w takim wypadku skromne 5000 PLN oszczędności, skutecznie zmotywuje mnie do efektywniejszego poszukiwania nowych źródeł dochodu. Miałem rację.
  • Przekonałem się, że jestem jeszcze za cienki w uszach, aby skutecznie rozkręcić samemu własny, jednoosobowy biznes konsultingowy, z którego byłbym naprawdę zadowolony.
  • Zobaczyłem też jak zostaje się zarejestrowanym bezrobotnym.
  • Poza konsultingiem, zaliczyłem też falstart ze sklepem internetowym oraz drobnym biznesem usługowym. Te dwa ostatnie przedsięwzięcia zamierzam jednak wkrótce reanimować.
  • Zostałem, tak jakby, rentierem, przyjmując czasem u siebie turystów za pośrednictwem serwisu Airbnb.
  • Podpisałem kontrakt z agencją modeli, gdzie – poza toną zabawy na wielu sesjach – udało mi się ostatnio w końcu zarobić pierwsze konkretne pieniądze.
  • Wreszcie, niecały miesiąc temu, znalazłem bezpieczną przystań jako szkoleniowiec-freelancer związany z PM Experts, jednym z liderów wśród firm szkolących z zarządzania projektami. Wreszcie moja przyszłość zaczęła wyglądać nieco stabilniej. Mogę przestać rozważać wpraszanie się do czytelników na obiady.
Wolność finansowa oznacza podróże.

To jedno z moich marzeń. I jako, że do prawdziwej wolności jeszcze trochę mi brak, nie podróżowałem tak często i daleko, jak bym tego chciał. A mimo to udało się:

podroze wolnosc finansowaExit comfort zone

Wcześniej, w razie braku weny do wymyślenia nowej wymówki, mogłem zasłonić się zmęczeniem, bądź brakiem czasu. Odkąd rok temu straciłem tę możliwość:

  • Zrobiłem prawo jazdy.
  • Potroiłem ilość czytelników bloga i pojechałem na swoją pierwszą blogerską konferencję.
  • Poznałem więcej nowych, ciekawych ludzi, niż przez całe poprzednie pięć lat. Swoją drogą – m.in. właśnie dzięki blogowi.
  • Poszedłem pierwszy raz w życiu na aerobik.
  • Wziąłem udział w (nieudanym co prawda) castingu do TVN. Była u mnie w domu prawdziwa ekipa telewizyjna!
  • Ugotowałem rosół z gęsi.
  • Zrobiłem tatuaż, o którym myślałem chyba jeszcze od studiów. Minęło kilka miesięcy. Nie żałuję. Z każdym tygodniem lubię go coraz bardziej.
  • Wziąłem udział w kilku spotkaniach anglojęzycznego krakowskiego klubu ToastMasters. Przekonałem się, że to naprawdę fajny sposób, by przełamywać pierwsze lody w publicznym przemawianiu i szkolić swój angielski. Niestety trafiłem tam o kilka lat za późno, potrzebowałem czegoś o wyższym stopniu trudności.
  • Znalazłem go wygłaszając kilka publicznych wystąpień. Między innymi na konferencjach z cyklu InfoMeet. Wrażenie, gdy wchodząc na mównicę w swoim rodzinnym Wrocławiu, dostrzegasz na widowni kumpla z podstawówki – bezcenne.
  • Wpadając w malezyjskie bagno, odnalazłem niechcący swoją nową życiową mantrę: „the obstacle is the way”. Nic nie wskazuje bym planował ją zmieniać. Dawno nie byłem tak stały w uczuciach.
  • Skoro mowa o uczuciach to na poważnie wziąłem się za naukę ich okazywania. Ćwiczę na przykład… przytulanie się do ludzi. Uwierz, lub nie, ale to dla mnie abstrakcja. Jedna z największych zmian, nad jakimi ostatnio pracuję. Jest ciężko, ale niesamowicie satysfakcjonująco. Myślę, że jeszcze o tym napiszę.
  • A propos zmian i pracy nad sobą – dowiedziałem się też, że mój najlepszy kumpel nie bardzo wierzy w moje postępy.
Slow Life Style, czyli poza tym:
  • Przeczytałem kilkadziesiąt książek i obejrzałem podobną ilość filmów. Z całkiem imponującą kolekcją polskiej klasyki na czele.
  • Schudłem 8 kilo. Jako patyczak z wagą zdecydowanie poniżej 80 kilo, czuję się znakomicie!
  • Poprosiłem i dostałem (przy pomocy Agaty z Tokio) od firmy Panasonic nowy, wodo i wstrząsoodporny aparat.
  • Zorganizowałem dwie duże akcje charytatywne, wkrótce pora na kolejną edycję (ktoś z Krakowa chętny by się włączyć?).
  • Na fali uzależnienia od zajęć jogo-podobnych, zaliczyłem chyba wszystkie letnie plenerowe zajęcia w Krakowie i Warszawie.
  • Podobnie z resztą z plenerowymi seansami filmowymi…
  • Otrzymawszy, wysłane raczej pro-forma (odległość) zaproszenie na parapetówkę we Wrocławiu, zaskoczyłem wszystkich stawiając się o zadanej porze w progu mieszkania kumpla z obowiązkową flaszką wina w dłoni.
  • Pomogłem w remoncie stołówki Towarzystwa Brata Alberta przy Dietla w Krakowie.
zycie pelnia slow life zyciaNajważniejsze.

Im większą miałem w korporacji odpowiedzialność, im więcej zarabiałem, im więcej ceniono (i wykorzystywano) moje kompetencje, tym bardziej wyprany i wymaglowany czułem się każdego dnia po opuszczeniu biura. Spod półprzymkniętych powiek spoglądałem na świat z uczuciem pulsującego w mózgu bólu i absolutnej niemocy intelektualnej. Nazywałem to „whiskasem zamiast mózgu”.

Whiskas jest już przeszłością.

W zamian, coraz częściej przyłapuję się na odczuwaniu momentów bezwarunkowego szczęścia. Nie tylko biegnąc boso gdańską plażą w październikowe popołudnie, albo pedałując w rytm dobrej muzyki w drodze do znajomych. Zdarza się to też w deszczowym, jesiennym krajobrazie, kiedy idąc na autobus, omijam starannie kolejne kałuże.

Ostatnie, co napiszę zabrzmi może idiotycznie, ale mam wrażenie, że… wyprzystojniałem. Koniec worów pod oczami, rozluźnione mięsnie twarzy i – bez tej całej ciągłej adrenaliny oraz kortyzolu – stabilniejsza gospodarka hormonalna. Miły, interesujący i całkowicie nieoczekiwany efekt uboczny.

Czy żałuję?

A jak myślisz? Siedząc w biurze nie zrobiłbym, nie doświadczył, nie osiągnął tyle przez kolejnych kilka lat. Dlatego akceptuję wszystkie związane z moim nowym trybem życia niedogodności. Poza jedną.

Wkurza mnie, gdy wszyscy wokoło przekonani są, że cierpię na nadmiar wolnego czasu. Może powyższa lista przekona kogoś, że próba życia pełnią życia poza etatem nie oznacza wylegiwania się codziennie do południa. Oznacza za to, że jeśli chcę, to najprawdopodobniej mogę to zrobić!

Otagowane jako: