Archiwalne podsumowania | antifragile.pl https://antifragile.pl antykruchość w życiu i w biznesie Tue, 26 Mar 2019 05:55:57 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.4.7 https://antifragile.pl/wp-content/uploads/2018/05/cropped-samahydra_3glowy-32x32.png Archiwalne podsumowania | antifragile.pl https://antifragile.pl 32 32 Co czytać? #Q3.2016 https://antifragile.pl/2016/10/ksiazki-warte-przeczytania-q3-2016/ Wed, 19 Oct 2016 16:58:57 +0000 https://antifragile.pl/?p=6022 W dzisiejszym odcinku: czytam polskie gnioto-bestlsellery, zmieniam poglądy polityczne i zaczynam grać na afrykańskich bębnach. A do tego wszystkiego film z serii backstage! Podobnie jak jego ogólnożyciową część, książkowe podsumowanie miesiąca przepoczwarzam w kwartalne. Tyle, że zmiana częstotliwości to przecież kosmetyka. A ja przede wszystkim chcę, żeby wszystko (no dobra, chociaż większość) tego co robię […]

The post Co czytać? #Q3.2016 first appeared on antifragile.pl.]]>
W dzisiejszym odcinku: czytam polskie gnioto-bestlsellery, zmieniam poglądy polityczne i zaczynam grać na afrykańskich bębnach. A do tego wszystkiego film z serii backstage!

Podobnie jak jego ogólnożyciową część, książkowe podsumowanie miesiąca przepoczwarzam w kwartalne.

Tyle, że zmiana częstotliwości to przecież kosmetyka. A ja przede wszystkim chcę, żeby wszystko (no dobra, chociaż większość) tego co robię miała sens. A sens na blogu to wartość dla czytelnika. Czyli to, co TY tam z drugiej strony czytając to i jednocześnie sącząc nestea (o nie!) przy biurku w pracy, jadąc na spotkanie tramwajem, relaksując się wieczorem w domu, albo wracając piechotą z treningu (o tak!), co TY z tego wyniesiesz, co poczujesz i jaką to ma wartość dla CIEBIE.

Myślę – no dobra, robię przegląd tego co przeczytałem. Myślę – pomysł niezły, może zainspirować. Myślę – forma. Myślę – czy jest przystępna, atrakcyjna, czy chce się to czytać? Myślę i nie jestem pewien. Kombinuję, że być może zamiast skupiać się na popisywaniu ilością i okraszania każdej pozycji dwulinijkową, niewiele w rezultacie mówiącą recenzją, mógłbym spróbować inaczej. Owszem wymienić to, co przeczytałem, ale skupić się i opowiedzieć coś więcej o kilku szczególnie wyróżniających się pozycjach. Napisać dlaczego to akurat one ruszyły mnie najbardziej i co czułem zamykając i odkładając je na półkę po przeczytaniu.

Mógłbym? No, to spróbuję! Ale najpierw kulisy powstawania tego odcinka:

A teraz, nie pozostaje nam nic innego, jak zacząć odświeżony, kwartalny przegląd książkowy.

  • Ilość książek przeczytanych w lipcu, sierpniu i wrześniu: 15.
  • Polecam: John 'Lofty’ Wiseman SAS Survival Guide, Philip K. Dick Ubik, Tadeusz Dołęga-Mostowicz Kariera Nikodema Dyzmy, Anita Demianowicz Końca świata nie było, Viktor Frankl Człowiek w poszukiwaniu sensu, Alain de Botton How Proust Can Change Your Life.
  • Można rozważyć: Charles Dickens Klub Pickwicka, Richard Branson Loosing my Virginity, Jeremy Paxman The English: A Portrait of a People.
  • Gnioty: Tomasz Raczek Kinopassana, Kurt Vonnegut Wampetery Foma i Granfalony.

Remigiusz Mróz Kasacja

Nie mogę nie napisać chociaż kilku słów o poleconej mi przez Dominikę, nagradzanej powieści gwiazdy “polskiego kryminału w stylu Grishama”. Spodziewałem się lekkiej, niezbyt angażującej umysł rozrywki na jakim takim poziomie. Słowem czegoś, co każdy z nas, nawet koneser Dostojewskiego w oryginale Braillem, od czasu do czasu potrzebuję do zdrowego odprężenia. Niestety, kiedy odkładałem przeczytaną Kasację na półkę, towarzyszyło mi wyłącznie jedno uczucie: zostałem podle oszukany! Irracjonalne i sztuczne zachowanie głównych bohaterów, naciągana intryga oraz wizja warszawskich korporacji ewidentnie przeznaczona dla kogoś z głębokiej prowincji, kto ostatni raz był w stolicy ze szkolną wycieczką. Mógłbym tak dalej, ale może od razu przejdę do zakończenia, bo to ono wbiło mi, a właściwie to mojej chęci do sięgnięcia po cokolwiek innego tego samego autora, nóż w plecy.

“Kasacja” reklamowana jest jako thriller prawniczy, ale końcowy proces, zwieńczenie intrygi autor po prostu… omija. I jakoś nie mogę dojść powodów tej decyzji. Bał się, że nie wyrobi się na uzgodniony z wydawnictwem termin? Edytor tekstu zasygnalizował, że zbliża się do końca wyznaczonego limitu literek? Pięć rozdziałów zaginęło w drodze do drukarni? Nieważne. Ważne jest to, że wszystko to tylko potęguje wrażenie, jakie regularnie miewam, kiedy do moich rąk trafi gruba, pisana wielką czcionką, wystawiana w witrynach księgarni w galeriach handlowej książka. Że procesu jej powstawania nie można nazwać pisaniem, tylko… seryjną produkcją.

Dość już pastwienia się. Teraz czas na dwie pozycje, które z całego serca polecam.

Waga lekka: Pan raczy żartować, panie Feynman!

To zabawne, ale im więcej czytam, słucham i oglądam, tym częściej miewam wrażenie łączących się przede mną kosmicznych kropek. Wstyd przyznać, ale aż do minionego lata postać Richarda Feynmana była mi praktycznie zupełnie nieznana, teraz zaś mam wrażenie, że trafiam na nią wszędzie – w jednym z ostatnich podcastów Tima Ferrisa, czy nawet w sponsorowanym tekście Kominka. Zadziwiające!

Ale wracając do książki.

To lekki, zabawny i wciągający zbiór opowieści i anegdot z życia Richarda Feynmana – fizyka, laureata Nagrody Nobla. Człowieka, który brał udział w Projekcie Manhattan. Książka bawi, ale też niesamowicie inspiruje. Bo Feynmann nie był typowym, jajogłowym naukowcem. Był krnąbrny, niepokorny, ale przede wszystkim był kimś, kogo można nazwać współczesnym człowiekiem renesansu. W pewnym momencie swojej kariery, stwierdził na przykład, że poza Fizyką jest przecież tyle innych, fascynujących dziedzin i tak na kilka lat zaczął zajmować się biologią. Na długo przed Kevinem Mitnickiem zajmował się łamaniem i pokonywaniem zabezpieczeń (w tym w bazie wojskowej, gdzie budowano amerykańską bombę atomową!), grał na bongosach, a w pewnym momencie postanowił nauczyć się malować. Miał skubany na tyle zacięcia, że udało mu się sprzedać kilka własnych obrazów. I to w pełni anonimowo. Tak, aby ktoś kupił je, bo mu się podobają, a nie dlatego, że autor jest noblistą.

Lektura historii Feynmana miała też wymierne skutki uboczne. Zacząłem zastanawiać się nad próbą odkrycia artystycznej części samego siebie i wróciłem do pomysłu, który chodził za mną od wielu, wielu lat. Wynik tych zastanawiań macie na zdjęciu poniżej.

afrykanski-beben-djembe

Bardzo namacalna, kilkunastokilogramowa materializacja feynmanowskiej inspiracji. Moi sąsiedzi mogliby mieć to mu to za złe, ale na tyle na ile poznałem go z książki i kilku filmów dokumentalnych – pewnie specjalnie by się tym nie przejął. A może nawet i zdrowo uśmiał.

Waga ciężka: Naomi Klein Doktryna szoku.

To nieprawda, że nie da się zmienić światopoglądu polityczno-gospodarczego. Że raz coś postanowiwszy, trzymamy się tego do końca życia. Można. Potrzeba tylko odrobiny dobrej woli i otwartości.

W przypadku książki Klein bardzo przydały mi się one przy pierwszych kilku rozdziałach. Z początku, jako libertarianin-neofita (po ubiegłorocznym intensywnym wchłanianiu Miltona Friedmana), wiele z tego, co przeczytałem uznałem za naiwne bzdury i przejaskrawienia. Ale potem, kiedy postanowiłem przetrzymać trudny początek i zachować otwarty umysł, a w szczególności gdy zadałem sobie trud potwierdzenia kilku faktów w niezależnych źródłach, przebudowa mojego socjoekonomicznego światopoglądu szła już gładko i bez żadnych problemów. Ten obecny streścić mogę w jednym słowie:

Pokora.

Zaprawdę, mimo silnej pokusy by uwierzyć w możliwość istnienia takich cudów, przyrzekam bać się i omijać z daleka wszystkich ekspertów głoszących, że są w posiadaniu cudownych remediów na wszelkie możliwe problemy gospodarcze. Z wielkim sceptycyzmem traktować piewców idealnych i uniwersalnych modeli ekonomicznych i to niezależnie od tego czy wielbią Smitha, Keynsa, Friedmana, czy może Marksa i Engelsa. Nie ma idealnego systemu. Nie ma, nie było i nie będzie.

Tyle.

No dobrze, może jeszcze jedno. Po raz n-ty z rzędu (wcześniej choćby w Jemenie) przekonałem się, jak łatwo bezmyślnie i bezrefleksyjnie przyjmujemy i powtarzamy pewne utarte poglądy. Czytając Doktrynę Szoku (i cały czas weryfikując w niezależnych źródłach!) ze zdziwieniem przekonałem się m.in., że:

  • Augusto Pinochet wcale nie sięgnął po władzę „zmuszony okolicznościami” i obawiając się czerwonej dyktatury, kiedy to komunista Salvador Allende miał przejąć rządy w wyniku nie-d0-końca-jasnych wyników wyborów. Kiedy Pinochet dokonał zamachu stanu, Allende rządził Chile już od trzech lat, szło mu całkiem nieźle, a na żaden czerwony terror się nie zanosiło.
  • Pucz Janajewa w latach 90-tych w Rosji wcale nie był próbą obalenia dobrego demokraty Borysa Jelcyna przez twardogłowych komunistów. Było dokładnie na odwrót. Rosyjski parlament zbuntował się przeciwko autorytarnym i niedemokratycznym zapędom prezydenta. Nie udało się, a skutki widzimy do dzisiaj.

A do tego zweryfikowałem m.in. opinie nt. polityki Leszka Balcerowicza, amerykańskich poczynań w Iraku oraz reform Margaret Thatcher. Opinie, które jak z zażenowaniem stwierdziłem – były oparte wyłącznie na kilku frazesach, które obijały mi się o uszy od lat. I właściwie to nie byłoby w tym niczego złego – w końcu ciężko interesować się i zgłębiać każdy możliwy temat. Gorzej, że gotów byłem kłócić się z każdym, kto tylko zasugerowałby coś innego.

I właśnie w tym widzę największą wartość czytania wielu książek. W szansie na dowiedzenie się czegoś nowego, na zmianę opartych na mglistych przesłankach opinii, spojrzenia na coś z nowej, świeżej i dającej do myślenia perspektywy. Tylko, że w tym celu trzeba czasem sięgnąć po coś ambitniejszego niż kryminały. Nawet jeśli ich autorem jest ktoś o skądinąd pięknym nazwisku Mróz.

The post Co czytać? #Q3.2016 first appeared on antifragile.pl.]]>
Pozytywna dwulicowość. https://antifragile.pl/2016/10/pozytywna-dwulicowosc/ Thu, 13 Oct 2016 11:44:42 +0000 https://antifragile.pl/?p=6361 Czyli czego można się dowiedzieć czytając na swój temat artykuł w gazecie. Pierwszy raz bolał. A dokładniej to rozbolało mnie czoło. Zapoznawszy się z treścią pierwszego udzielonego przeze mnie w życiu wywiadu, bezwiednie przywaliłem w nie dłonią z takim impetem, że zadźwięczały kubki na sąsiednich biurkach. Tematem była historia skrzyknięcia przeze mnie grupy eko-entuzjastów i […]

The post Pozytywna dwulicowość. first appeared on antifragile.pl.]]>
Czyli czego można się dowiedzieć czytając na swój temat artykuł w gazecie.

Pierwszy raz bolał.

A dokładniej to rozbolało mnie czoło. Zapoznawszy się z treścią pierwszego udzielonego przeze mnie w życiu wywiadu, bezwiednie przywaliłem w nie dłonią z takim impetem, że zadźwięczały kubki na sąsiednich biurkach.

Tematem była historia skrzyknięcia przeze mnie grupy eko-entuzjastów i wspólnego przekształcenia siedziby jednej z krakowskich korporacji w miejsce trochę bardziej przyjazne środowisku. Zaraz na początku rozmowy wyraźnie podkreśliłem swoje pragmatyczne podejście do ekologii. Wyjaśniłem, że jestem zielonym, ale w skórzanej kurtce i we wszystkich działaniach zależy mi przede wszystkim na wyeliminowaniu bezsensownego, łatwego do uniknięcia marnowania zasobów. Opowiadałem, że (jeśli tylko futro i mięso zostaną w pełni i z sensem wykorzystane) mniej boli mnie śmierć foczki o słodkich oczach, niż zostawione na całe weekend w sali konferencyjnej włączone światło, otwarte okno i odkręcony na full kaloryfer.

Rozmawiało się bardzo przyjemnie i w atmosferze pełnego zrozumienia. Pan Daniel notował, a ja byłem dobrej myśli. Aż do wspomnianej już chwili, gdy otrzymałem tekst do autoryzacji. A w nim… byłem przywódcą bandy oszołomów chodzących w konopnych przepaskach biodrowych i korzystających z WC przy zgaszonym świetle. Nic dziwnego, że podczas kolejnych spotkań z dziennikarzami zachowywałem już daleko idącą ostrożność.


 

Uwaga: to pierwszy, historyczny wpis z dodatkiem w postaci video. Często gdy piszę, chciałbym dodać jeszcze coś od siebie. Np. na temat tego, jak dany tekst powstawał. Oto mój sposób by to zrobić, nie zaczynając jednocześnie trzech wątków na raz i nie wydłużając dramatycznie jego treści.

Oczywiście: daj znać co o tym sądzisz.


 

Na czym my to? Aaa… ostrożność w stosunku do dziennikarzy. No więc nie inaczej było, kiedy kilka miesięcy temu skontaktował się ze mną Grzegorz Gajek z My Company Polska, takiej całkiem ciekawej lokalnej mutacji Forbesa. Pisał artykuł o wypaleniu zawodowym i ktoś polecił mnie jako doskonały przykład. Zgodziłem się, pogadaliśmy, a potem przeżyłem małe déjà vu – bo znów po otwarciu propozycji tekstu opadła mi szczęka. Tym razem jednak z innego powodu.

igor mroz my company artykulHmm.

Igor Mróz, urodzony w 1982 r., jako dziecko wyznaczył sobie cel: odnieść sukces zawodowy, zarobić tyle, aby mieć na podróże, gadżety, pięknie urządzone mieszkanie. Na studiach założył pierwszą firmę, agencję interaktywną. Potem przyszedł czas na błyskotliwą karierę w korpo (…).

Czytam i nie wierzę własnym oczom. Przecież to jakiś bullshit, nieprawda! Co oni tu nakłamali i wyolbrzymili, pismaki jedne!

Hm. A może tylko zrobili – i to całkiem z polotem – to, czego od wymaga od nas współczesna rzeczywistość?

Smutne to, ale żyjemy w świecie, gdzie nachalna, ocierająca się o bezczelność autopromocja jest już standardem. Gdzie wyolbrzymianie własnych zasług, zwane inaczej „przedstawianiem siebie i swoich osiągnięć zgodnie z zasadami nowoczesnej sprzedaży i marketingu” jest czymś nieodzownym. Bo wszyscy tak robią i jeśli człowiek spróbuje się wyłamać, pies z kulawą nogą nie zainteresuje się jego CV, ofertą szkoleniową albo profilem na internetowych randkach.

Podobno najbardziej oburza nas w innych to, czego sami u siebie wstydzimy się i nie lubimy. I pewnie właśnie dlatego My Company w pierwszej chwili mało nie wyleciało mi z dłoni. Bo, jakby tu powiedzieć, mam za sobą długi i wstydliwy okres skrajnej bufonady. Czas, gdy podobne, a nawet śmielsze piania na cześć własną dosłownie nie schodziły mi z ust. Wiecie co najczęściej słyszę, kiedy spotkam i zamienię kilka słów z kimś, kogo znałem kilka lat temu?

Jezu, ale znormalniałeś, nawet nie zdajesz sobie sprawy co z ciebie kiedyś był za palant!

I cóż. Ciężko nie przyznać im racji – byłem chodzącą autopromocją. Zawodowo sprawdzało się znakomicie, gorzej w życiu prywatnym. Ratunkiem dla duszy i relacji z innymi okazała się dopiero metoda, której nadałem zgrabną nazwę:

Pozytywna dwulicowość

Na zewnątrz, służbowo przedstawiam sprawy tak, jak Pan Grzegorz. Hobbystyczna orka za grosze z klientami z piekła rodem jest prowadzeniem agencji interaktywnej. Perypetie typowego krakowskiego łebka z IT – błyskotliwą karierą. A kupione okazyjnie poddasze staje się penthousem w centrum Krakowa. Idzie mi coraz lepiej, wystarczy spojrzeć na mój profil na LinkedIn (z resztą nie tylko mój).

Ale mam też drugą, skromniejszą i normalniejszą twarz, którą staram się pokazywać rodzinie znajomym i przyjaciołom. Na nowo uczę się bez oporów przyznać, że czegoś nie rozumiem, nie umiem, mam akurat wory pod oczami, albo nie czuję się pewnie w jakiejś sytuacji. Chryste co za ulga. Nie trzeba cały czas być boskim 24/7, nawet jeśli piszą o tobie w gazetach.

A ilu ludzi jeszcze na to nie wpadło?

Z zainteresowaniem przyrodnika przez okna knajp obserwuję przemykające ulicą z podniesioną wysoko brodą wylansowane blondyny oraz panów w granatowych garniturach i wypucowanych brązowych butkach. Obserwuję i zastanawiam się czy gdzieś tam w środku zachowali jakąś normalność. Czy z blondyną da się obejrzeć film, gdy jest w piżamie w misie i bez makijażu? Czy żigolo chadza czasem na ryby w ulubionym, dziurawym podkoszulku? Czy ich spotkania towarzyskie pozwalają się odprężyć i cieszyć kontaktem z innymi, czy może rodzą stres „jak wymówić nazwę tej potrawy”, albo „Wiesiek ma nowe auto, a ja?”.

Biedaki. Ja już wolę być dwulicowy.

The post Pozytywna dwulicowość. first appeared on antifragile.pl.]]>
#Q3.WrapUp: Nie powiem, żeby nie zapeszyć. https://antifragile.pl/2016/09/nie-zapeszyc-to-bez-sensu/ Sun, 25 Sep 2016 08:02:11 +0000 https://antifragile.pl/?p=6341 Gdybym miał zastosować jedną z silniejszych i bardziej idiotycznych zasad naszego kręgu kulturowego, to o ostatnich trzech miesiącach nie miałbym wam do opowiedzenia absolutnie nic. — I jak poszło? — No… właściwie całkiem dobrze. Wiesz, pochwaliłbym się, ale boję się zapeszyć! Ile razy słyszałem coś takiego, ile razy sam wypowiadałem podobne herezje… Dzieje się coś […]

The post #Q3.WrapUp: Nie powiem, żeby nie zapeszyć. first appeared on antifragile.pl.]]>
Gdybym miał zastosować jedną z silniejszych i bardziej idiotycznych zasad naszego kręgu kulturowego, to o ostatnich trzech miesiącach nie miałbym wam do opowiedzenia absolutnie nic.

— I jak poszło?

— No… właściwie całkiem dobrze. Wiesz, pochwaliłbym się, ale boję się zapeszyć!

Ile razy słyszałem coś takiego, ile razy sam wypowiadałem podobne herezje…

Dzieje się coś nowego i ekscytującego, pojawia się nowa szansa, szykuje fascynujący projekt. I aż rozrywa mi od środka ścięgna i przyczepy mięśniowe, by podzielić się moją radością ze światem, ale nie. Nie zrobię tego.

Bo a nuż nie wyjdzie. Nie uda się. Pokomplikuje. I co wtedy? Co powiem tym, którym się pochwaliłem? Wyjdę na takiego, co wszystkim podnieca się przedwcześnie, którego opowieści lepiej nie brać na poważnie, któremu wiecznie coś nie wychodzi. Stracę aurę człowieka sukcesu. A może nawet będą się ze mnie podśmiewali? Takie oto obawy towarzyszyły mi przez lata. 

A teraz?

Myślę tak: po co mi znajomi i przyjaciele, z którymi nie mogę podzielić się swoimi radościami i nadziejami? Na co mi bliscy, którzy nie rozumieją, że nie wszystko w życiu się udaje i nie potrafią w momencie porażki zaoferować mi bezwarunkowego wsparcia? Przecież nie przegrywa tylko ten, kto nigdy niczego nie próbuje. Tym filozoficznym wstępem zapraszam na:

Bardzo zapeszające podsumowanie ostatnich trzech miesięcy.

Przy moim teraźniejszym luźniejszym podejściu do pisania stwierdziłem, że o ile lubię moje podsumowania i chcę je kontynuować (nadal rozbite na część „życiową” i „książkową”), o tyle raz na miesiąc to chyba zbyt często. Spróbujemy kwartalnie. Jeśli chcecie przeczytać coś więcej o jednym z poniższych wydarzeń – dajcie znaka w komentarzu (*).

A więc ostatnio:

  1. Pokonałem zaczątki anemii, która częściowo wynikała ze stresu, a częściowo z zamiaru nadmiernego wychudzenia się. Ćwicząc więcej siłowo oraz konsumując góry wołowiny i świeżych warzyw, odbiłem plus siedem kilo w górę, z czego większość okazała się odzyskaną (tzw. pamięć mięśniowa) kupą mięśni. Dawno nie czułem się lepiej.
  2. Otrzymałem 6839 ciekawych propozycji modelingowych. Faktycznie jednak do skutku nie doszła żadna. Jestem za gruby?
  3. Po pięciu latach od zasiedlenia zdecydowałem się odświeżyć mieszkanie. I tradycyjnie – to, co zaczęło jako odświeżenie, skończy się wcale gruntownym remontem. Mieszkanie nowobogackiego przeobrazi się w lokal hipstera – mniej ozdób, więcej białego, drewna i półek na książki. Wiem że będzie kosztowało dwa razy więcej niż planuje, a po drodze wydarzą się przynajmniej trzy budowlane katastrofy. Niemniej jaram się nieziemsko, może nie tyle samym remontem, a bardziej tym co on dla mnie symbolizuje. Na pewno napiszę więcej jak skończę. Za jakiś kwartał i dwa monity z banku o debecie.
  4. Zainspirowany rozmową z koleżanką i pobytem na konferencji z Grzesiakiem, wykupiłem bilet executive na największą  startupową konferencję w kraju –  Wolves Summit. Teraz poleruję wizytówki, ćwiczę trzydziestosekundowe przemówienia sprzedażowe i planuje podbój świata. I oczywiście, jak przed każdym nowym doświadczeniem, gdzie absolutnie nie wiem czego się spodziewać, straszliwie się stresuję.
  5. Kupiłem smartfon! Ja, który od tylu lat się przed tym wzbraniałem! #tylkokrowaniezmieniazdania a poza tym dzięki niemu mogę wygodnie działać na Instagramie, do którego powoli się przekonuje. W prosty sposób pozwala mi pokazywać migawki z mojego wypełnionego zdrową entropią, podróżami i owsiankami życia. No i jest całkiem niezłym uzupełnieniem bloga.
  6. Spędziłem bardzo dobry czas z moją najbliższą rodziną. To niesamowite jak z wiekiem można stopniowo zacząć odkrywać wielką wartość w tym, co jeszcze kilka lat temu w życiu nowoczesnego rekina korporacji wydawało się tak nieistotne.
  7. W papierowej edycji My Company ukazał się artykuł, którego jestem jednym z bohaterów, a od jednego z wydawnictw dostałem propozycję napisania książki. Sprawa jest w toku, choć patrząc na moje plany na najbliższe miesiące, spodziewajcie się skamleń o wykupowanie zalegających półki nakładów nie wcześniej niż pod koniec 2017.
  8. Widziałem się ze swoim najlepszym przyjacielem Tadziem. Swoją drogą – czy można mieć dwóch najbliższych przyjaciół? Bo ja mam. Wracając do Tadka – okazuje się, że męska przyjaźń doskonale radzi sobie na odległość, a to czy nadal umiemy ze sobą mieszkać sprawdzę już w listopadzie podczas prawie dwóch tygodni jaki spędzę u niego i jego żony w Dubaju.
  9. Testuję też czy tylko przyjaźń nieźle radzi sobie na odległość. Niedawno poznałem pewną hiper-pozytywną, uśmiechniętą i ogarniętą niewiastę. Nie czytała co prawda Taleba, spożywa za mało białka i nie mieszka w Krakowie, ale jak stwierdzono w pewnym klasycznym filmie: nobody’s perfect. Mam nadzieję, że podpunkt ten nie spowoduje fali depresji oraz nagłego odpływu licznych damskich czytelniczek. Pamiętajcie, że zawsze możecie mnie pocieszać jak już okaże się, że znów nie wyszło!
  10. Last, but not least – po roku, ponad 1000 godzin na sali i zdobyciu naprawdę pokaźnego doświadczenia (od hiper-stresu po luz i uczestników bijących brawo i piszących później miłe wiadomości) w dziedzinie szkoleń z zarządzania ludźmi, czasem i projektami, podjąłem duże ryzyko, wypowiedziałem umowę na wyłączność i zacząłem realizować je także na własny rachunek.  Jeśli znacie kogoś, czyja firma szuka takowych pamiętajcie o mnie i odeślijcie tutaj. Albo od razu na termin 2-4 Listopada w Krakowie, gdzie każdy może dołączyć indywidualnie.

(*) nie dotyczy podpunktów: 6 i 9.

Koniec. Pendolino dobija właśnie do Wrocławia, a ja lecę zrobić mamie zakupy, a potem spotkać się z kumplami. Kolejny tekst będzie o kilkunastu przeczytanych w ostatnich tygodniach książkach, a następne podobne do tego podsumowanie powinienem wydzielić z siebie w okolicach sylwestra.

Pewnie nie wszystko mi wyjdzie i w razie czego liczę na wasze wsparcie!

The post #Q3.WrapUp: Nie powiem, żeby nie zapeszyć. first appeared on antifragile.pl.]]>
Co wizyta w coffee shopie ma do dojrzałości? https://antifragile.pl/2016/09/co-wizyta-w-coffee-shopie-ma-do-dojrzalosci/ Thu, 15 Sep 2016 12:48:11 +0000 https://antifragile.pl/?p=6172 — Ale kosmos! Jak to możliwe, że mieszkałem tu półtora roku i ani razu wcześniej tu nie byłem? — Pokręciłem z niedowierzaniem głową. — Czyżbym naprawdę zmienił się aż tak bardzo… Skąd wziął się ten cały mój samorozwój? Rozkminy, wychodzenia ze strefy komfortu, rzucanie się na głęboką wodę, dążenie do finansowej niezależności i inne atrakcje? […]

The post Co wizyta w coffee shopie ma do dojrzałości? first appeared on antifragile.pl.]]>
— Ale kosmos! Jak to możliwe, że mieszkałem tu półtora roku i ani razu wcześniej tu nie byłem? — Pokręciłem z niedowierzaniem głową. — Czyżbym naprawdę zmienił się aż tak bardzo…

Skąd wziął się ten cały mój samorozwój? Rozkminy, wychodzenia ze strefy komfortu, rzucanie się na głęboką wodę, dążenie do finansowej niezależności i inne atrakcje? Jeśli tylko odpowiednio podpuścisz mnie podczas spotkania na żywo z chęcią opowiem. Włącznie z pewnymi interesującymi szczegółami, których na blogu opisywać mi nie wypada.

Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy mieszkałem pod Amsterdamem…

Nie. Dziś też nie będzie pikantnych szczegółów. Będzie o tym co działo się, kiedy zjawiłem się w kraju wiatraków i tulipanów po ponad ładnych kilku latach przerwy.

Rower

Pierwszym pytaniem, jakie zadałem Danylowi – kumplowi u którego zatrzymałem się w Amsterdamie – było:

Masz pożyczyć rower?

Miał. Stary, zdezelowany i prawie bez hamulców, ale powietrza z kół nie tracił i w miarę raźno (choć trochę skrzypiąc) toczył się do przodu. W ciągu tygodnia objeździłem całe miasto, pojechałem nad morze, do będącego kiedyś moim domem Hoofddorpu oraz Haarlemu – miasta, do którego mam wielki sentyment.

Z brakiem hamulców radziłem sobie zeskakując w krytycznych momentach obunóż na ziemię. Z resztą Holandia to taki magiczny kraj, gdzie jeśli pedałujesz pijany, nocą, bez świateł, pod prąd i potrąci cię samochód, to jest to wina kierowcy samochodu. To znaczy ty też będziesz mieć kolegium za wszystkie twoje wykroczenia, ale wina jest kierowcy. Więc czego tu się bać?

No właśnie.

Któregoś dnia w dzikiej ulewie wracałem do Amsterdamu, kiedy nagle jakieś 100 metrów nad moją głową wyłonił się z chmur lądujący samolot. Zatrzymałem się i rozdziawiłem gębę w zachwycie. I wtedy przypomniałem sobie, że już wcześniej słyszałem o tym miejscu! Punkcie z którego wygodnie można obserwować lądowania na głównym pasie lotniska Schiphol. Słyszałem, ale mieszkając dosłownie kilka kilometrów stamtąd jakoś nigdy tam nie dotarłem. Dlaczego?

Bo daleko, bo mogę się zgubić po drodze, bo ktoś się będzie dziwnie patrzył, bo nie mam wystarczająco dobrego aparatu, by robić tym samolotom zdjęcia. A teraz? Właściwie bez większego namysłu pojechałem w nieznane na rzęchu, który przecież nie nawet nie umywał się do mojego starego roweru.

Rozmyślania przerwał mi wyłaniający się z chmur kolejny samolot. Dreamliner!

— Ale kosmos! Jak to możliwe, że mieszkałem tu półtora roku i ani razu wcześniej tu nie byłem? — Pokręciłem z niedowierzaniem głową. — Czyżbym naprawdę zmienił się od tego czasu aż tak bardzo…

Najwyraźniej tak, bo pedałując później przez przygotowujące się właśnie na Gay Pride centrum Amsterdamu, zdałem sobie sprawę, że kiedy mieszkałem w Holandii na stałe, ani raz nie byłem tam rowerem. Ktoś zdaje się powiedział mi, że to niebezpieczne, ja chętnie uwierzyłem i tak już zostało…

Space Cake

Mieszkając w Holandii nie tylko nie byłem w punkcie widokowym lotniska Schiphol, nie jeździłem po Amsterdamie rowerem, ani nie skorzystałem z propozycji pożegnalnego prezentu od kolegów z pracy w formie 20 minut z wybraną dziewczyną w dzielnicy czerwonych latarni (true story).

Mało kto wierzy mi, że podczas żadnej z licznych podróży służbowych, nawet w ciągu długiego kilkunastomiesięcznego kontraktu nie odwiedziłem nigdy coffee shopu.

Listę uzasadnień miałem długą: narkotyki są be; nie podobają mi się miejsca pełne rozwrzeszczanych turystów; w środku śmierdzi; jestem taki offowy, a to takie mainstreamowe. I tak dalej. A tak naprawdę po prostu bałem się i wstydziłem

Wstydziłem i krępowałem się tak bardzo, że nawet nie umiałem przyznać się do tego sam przed sobą.

W pełni zdałem sobie z tego sprawę, kiedy już na miejscu w Amsterdamie spojrzałem na swoją listę rzeczy do zrobienia:

  • odwiedzić Hoofddorp;
  • napić się VLA i Heinekena, zjeść krokieta, stroopwafla i dropjes;
  • odwiedzić muzeum Van Gogha;
  • spożyć space-cake.

Ostatni punkt z miejsca wywołał w jelitach znajome negatywne motylki stresu. Ale nie ma że boli. Zdecydowałem – to pójdę!

O jest pierwszy. Trochę zbyt zatłoczony. Kolejny. Za mały. Następny. Nie wspominają o space cakes na witrynie, pewnie nie mają w ofercie. A ten? Coś mi w nim nie gra.

Igor! Właśnie, że ten, właśnie że teraz. Co się z tobą dzieje? Chciałeś tego? Nadal chcesz? No, to wchodzimy!

Przemogłem się, wszedłem i korzystając z fachowego doradztwa przemiłej obsługi kupiłem najdroższą muffinkę w swoim życiu. A kiedy dzierżąc w dłoni niewielką reklamówkę z ciasteczkiem i niesamowicie szczęśliwy z tego że się przełamałem przekraczałem próg coffee shopu, wiedziałem już że muszę napisać ten tekst.

space cake z amsterdamu

Bo czasem warto odwiedzić swój Amsterdam.

Miasto naszego dzieciństwa, kampus uniwersytecki, czy licealne spotkanie klasowe. Odwiedzić i przekonać się, że wbrew temu co czasem o sobie myślimy, tak bardzo się w międzyczasie zmieniliśmy, dojrzeliśmy i zmądrzeliśmy. Dawno nic nie dało mi takiej motywacji do dalszej walki z własnymi demonami.

A gwiezdne ciastko?

Ja chyba mam coś z neuroprzekaźnikami i nie nadaje się na ćpuna. Pomrowiło mnie w stopach i lekko zdrętwiały mi policzki. Większy odjazd miałem po małym Heinekenie. I tak, później sprawdziłem recenzje, trafiłem do bardzo rzetelnego coffee shopu.

The post Co wizyta w coffee shopie ma do dojrzałości? first appeared on antifragile.pl.]]>