Wywczasy | antifragile.pl https://antifragile.pl antykruchość w życiu i w biznesie Fri, 15 Mar 2019 16:57:34 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.4.7 https://antifragile.pl/wp-content/uploads/2018/05/cropped-samahydra_3glowy-32x32.png Wywczasy | antifragile.pl https://antifragile.pl 32 32 Izrael: garść przydatnych informacji https://antifragile.pl/2019/03/izrael-garsc-informacji-przed-przyjazdem/ Thu, 14 Mar 2019 07:23:05 +0000 http://blog.igormroz.com/?p=2278 Sześć bardzo praktycznych porad oraz osiem ciekawostek kulturowych z własnych obserwacji.

The post Izrael: garść przydatnych informacji first appeared on antifragile.pl.]]>
Niniejszy tekst jest kompilacją podsumowania napisanego po pierwszej podróży do Izraela w 2014 roku oraz rewizyty, którą odbyłem pięć lat później. Garść praktycznych porad i kilka ciekawostek. Mam nadzieje, że się przydadzą!

1. Zakazane pieczątki?

Uwaga: to nieprawda, co piszą o problemach z wjazdem na teren Izraela z pieczątką z nieprzyjaznego arabskiego kraju. Mogą trochę więcej podociekać, ale problemów z wjazdem raczej nie będzie. O ile nie powiesz czegoś głupiego, np:

Tak, mam sporo znajomych w Jemenie. Regularnie wymieniamy podarki, nawet ostatnio mi coś przysłali, mam przy sobie, w walizce.

+ (dopisek 2019) jeśli lecisz na miejsce El-Al (linie Izraelskie) to trzepanie i przesłuchanie spotka Cię też w drodze tam, a nie tylko z powrotem. No właśnie… trzepanie w drodze powrotnej:

2. Trzy godziny przed odlotem?

To niestety prawda, co piszą o konieczności przybycia na lotnisko trzy godziny przed odlotem. Kontrola jest długa i drobiazgowa. U nas wyglądało to tak (do każdego etapu kolejka!):

  • Rozmowa z funkcjonariuszem numer 1
  • Rozmowa z funkcjonariuszem numer 2 (opcjonalnie, dla tych z wizą z Jemenu w paszporcie)
  • Prześwietlenie dużego bagażu
  • Dokładna rewizja dużego bagażu. Sprawdzanie, czy chałwa to chałwa, a wino to wino
  • check-in
  • kontrola paszportów i kart pokładowych
  • bramka bezpieczeństwa i prześwietlenie bagażu podręcznego
  • druga bramka bezpieczeństwa i grzebanie w bagażu podręcznym

Na końcu, ku naszemu zdziwieniu, okazało się, że odlatujemy z terminalu 3, a na pierwszym tylko przechodzimy kontrolę. Trzeba było jeszcze poczekać na autobus. Kontrolę bezpieczeństwa zaczęliśmy o 18:00, pod naszą bramką byliśmy o 21:15!

Ostatni etap, oczekiwanie na transfer na Terminal 1, w tle ostatnie bramki security. Wcześniej nawet nie próbowałem robić zdjęć w obawie przed karną lewatywą.
Ostatni etap, oczekiwanie na transfer na Terminal 1, w tle ostatnie bramki security. Wcześniej nawet nie próbowałem robić zdjęć w obawie przed karną lewatywą.

Za drugim razem poszło nieco szybciej, ale mam wrażenie, że to dlatego, że był szabat i leciało dużo mniej lokalsów.

3. Można wwozić słoiki!

Okazuje się, że bez problemu (mimo, że teoretycznie nie wolno) wwieziesz w bagażu jedzenie. Nie, nie proponuję wożenia z Polski pulpetów. Ale jeśli zwracasz uwagę na to, co jesz, miło wiedzieć, że nie trzeba zaczynać wyjazdu od gonitwy po sklepach w poszukiwaniu komponentów do owsianki. Szczególnie, że powinieneś szukać hummusu (genialny!).

4. Zrób zapasy

Mimo, że kraj jest bardzo zachodni i cywilizowany, to poruszając się po jego wschodniej, słabo zurbanizowanej części (np. rejon Morza Martwego) radzę mieć ze sobą jakieś spożywcze zapasy. Infrastruktura sklepowo-restauracyjna nie jest w tym rejonie specjalnie rozwinięta (czytaj: prawie nie istnieje).

Ale zawsze możesz okraść plantacje bananów (tutaj ukrywam się przed wrogim kommando z Delty Mekongu)
Ale zawsze możesz okraść plantacje bananów (tutaj ukrywam się przed wrogim komando z Delty Mekongu).

5. Nie taki Szabat straszny, jak go malują

Zawsze znajdzie się otwarty sklep albo chętny taksówkarz. Nie polecam jednak planowania wizyty w Jerozolimie na piątek i sobotę. Tłum pod ścianą płaczu, a na Wzgórze Świątynne (meczety!) po prostu nie wpuszczą. Dodatkowo nigdzie nie działa komunikacja miejska, więc np. dojazd na lotnisko w Tel Awiwie zamiast kilkunastu szekli pociągiem, będzie kosztować koło 150 taksówką, bo pociąg to też komunikacja…

P1050013
Nad morze jedź wtedy, nad morze!

Co do Wzgórza Świątynnego, to z nim jest bardzo różnie. W 2019 roku byłem tam w czwartek i też mnie nie wpuścili, bo było po południu…, a tego dnia wpuszczali rano. Świetnie.

6. Na drodze twardym trza być, nie mientkim

Prowadzenie auta na szczęście ma niewiele wspólnego z typową, bliskowschodnią wolną amerykanką. Izraelczycy jednak z zasady nie ustępują, nie wpuszczają i (z gracją, ale jednak) wszędzie się na drodze pchają. Może się zdarzyć, że wyjeżdżając z podporządkowanej będziesz czekać na „dziurę” ładnych kilka minut. Ach, i ta sygnalizacja na rondzie… Cały czas mają włączony lewy kierunkowskaz (jakby ciągle skręcali). Do użycia migaczy mają z resztą podobny stosunek jak rodacy – czasem zapominają.

Złapiesz gumę - nie panikuj i nie dzwoń od razu do wypożyczalni :]
Złapiesz gumę – nie panikuj i nie dzwoń od razu do wypożyczalni, a na miejscu zerżnij głupa, że stało się to „dziś rano” :]

7. Checkpoint 300 i mur z bliska

Jednym z mocniejszych przeżyć podczas drugiej wizyty było dla mnie piesze przejście przez Checkpoint 300 pomiędzy Jerozolimą i Betlejem.

Izrael, Checkpoint 300, Mur, Autonomia Palestynska

izrael mur

Paradoksalnie jest to bardzo proste. I nie, nie będziecie mieli później żadnych problemów przy wyjeździe, szczególnie, że nikt specjalnie nie będzie (jako białym turystom) oglądał waszych paszportów, a tym bardziej czegokolwiek do nich wbijał.

Jak? Bus numer 234 z przystanku (mini-dworzec) naprzeciwko Bramy Damasceńskiej w Starej Jerozolimie. Koszt 5 szekli. W naszym przypadku (chociaż wersje w sieci mówiły, że obsługuje to izraelski Egged), był to bus palestyński, co oznaczało wygodną płatność gotówką na pokładzie autobusu. Bez nieszczęsnej karty Rav Kav. No właśnie…

8. Czy potrzebuję Rav Kav?

Od drugiej połowy 2018 wszyscy pieją, że ta karta jest niezbędna, jeśli chce się korzystać z transportu publicznego. I otóż… nie jest. A przynajmniej to zależy od tego, co chcesz robić.

Koleją na trasie Hajfa – Tel Awiw – Ben Gurion – Jerozolima pojedziesz kupując bilet w kasie lub automacie (polecam jednak kasę…). Bilet na tramwaj w Jerozolimie też da się kupić w automacie. Fakt, po Tel Awiwie nie pojeździsz busem bez Rav Kav, ale prawdę mówiąc TA jest kompaktowym i bardzo „chadzalnym” miastem, więc nie wiem czy warto…

9. Mniej oczywiste miejsca do odwiedzenia

Rekomendacje od mojego brata, którego można spokojnie nazwać lokalnym ekspertem:

Z mniej oczywistych atrakcji: warto odwiedzić Negew. Centralnym punktem i dobrą bazą wypadową jest Micpe Ramon (tamtejszy Green Backpackers Hostel jest w najlepszej możliwej lokalizacji).

 

Warto pochodzić po Kraterze Ramon, największej tego typu formacji geologicznej na świecie. Szlaki są dobrze oznakowane, ale to przygoda raczej na okres zimowy — w lecie w ciągu dnia jest za gorąco (różnica wysokości między miasteczkiem a dnem krateru to ok. 400 m, więc i temperatury znacznie się różnią).

 

Na wiosnę blisko drogi 40, prowadzącej z Micpe do Ejlatu tworzą się okresowe, gliniaste jeziorka. Warto o nie popytać tambylców i sobie popływać.

 

W stronę Beer Szewy, w Midreszet Ben Gurion zaczyna się szlak do Ein Avdat, nabatejskich ruin miasta z podziemnymi mieszkaniami z wczesnego średniowiecza. Sam szlak prowadzi przez pustynię, wąwóz rzeki i zupełne pustkowia, by skończyć się… w McDonaldzie.

 

Oprócz tego, po całej okolicy dość swobodnie przechadzają się koziorożce. Są sympatyczne, ale nie wolno ich karmić. Nie róbcie tego, bo oswajane, zamiast jeść trawę i inne roślinki, wybierają odpadki wyrzucane przez ludzi do śmieci — tłuste, kolorowe i pachnące. Cały Izrael ma problem ze śmieciami, a tutaj szczególnie widać jego konsekwencje: chore, umierające zwierzęta. Koziorożce chętniej pozują, gdy się im nie przeszkadza.

 

WAŻNE: Szlak do Ein Avdat jest na cały dzień i około 11-12 zamykają bramy wejściowe do wąwozu. Jak się nie zacznie przed południem w Midreszet Ben Gurion, to się nie wejdzie.

Dzięki Piotr!

NAJWYRAŹNIEJ PODOBA CI SIĘ TO, CO CZYTASZ. W TAKIM RAZIE OBCZAJ TEŻ TE TEKSTY:

10. Smaczki, obserwacje, luźne porady

1. Zawsze zastanawiało mnie, jak kipa (jarmułka) jest mocowana na głowie. Spinką. Potwierdzone na samym sobie pod ścianą płaczu. Nie, nie wiem, co robią łysi.

Izrael, Jerozolima, Sciana Placzu

2. Ewidentnie lokalnym objawem gościnności, o którym nigdzie nie czytałem, jest darowanie gościom mleka. Spotkało nas to wszędzie poza hostelami.

3. Na kwaterach poza Jerozolimą, główna sypialnia zawsze była wyposażona w potężne drzwi antynapadowe. „To na wypadek wojny, oby nigdy się nie zdarzyła” – wyjaśniła prostolinijnie nasza gospodyni Bracha.

4. (Ekhm) Dobrze jest być białym w Izraelu. Przekonasz się o tym, przyglądając się obsadzie większości miejsc budowy, albo idąc przez strzeżone osiedle. Ochrona zignoruje ciebie, ale kilku śniadych Hiszpanów zaczepią prawie natychmiast.

5. Przyjrzyj się futrynom drzwi. Na większości znajdziesz mezuzę. Ich produkcja to dobry geszeft musi być!

6. Już w Holandii stwierdziłem, że każdy kraj ma swoje ulubione narzędzie do mycia naczyń. I tak, jak w Niderlandach jest to szczotka na długiej rączce, a w Polsce gąbka-myjka, tak w Izraelu gąbka obleczona w drucianą powłokę.

7. Na szczęście, są porządni i kosz na śmieci czeka pod zlewem.

8. Jak w wielu innych miejscach na świecie serdecznie polecam lokalną odmianę Free Walking Tour.

9. Uber nie jest legalny w Izraelu. To znaczy istnieje, ale używają go nieliczne licencjonowane taksówki. Sprawniej zamówisz cokolwiek używając lokalnej aplikacji Gett.

10. Zdecydowanie i bezapelacyjnie największą lokalną atrakcją kulinarną są dla mnie robione na poczekaniu świeże soki z najrozmaitszych owoców. Koszt 15-25 szekli. Tylko uważajcie na to ile dodają wam imbiru. Ja go kocham, ale pół solidnego korzenia, to może jednak trochę za dużo…

izrael_soki

Szalom!

The post Izrael: garść przydatnych informacji first appeared on antifragile.pl.]]>
Kuba. Czyli dyskretna sztuka (nie)oceniania https://antifragile.pl/2017/05/kuba-czyli-dyskretna-sztuka-nieoceniania/ Sat, 06 May 2017 14:42:30 +0000 https://antifragile.pl/?p=6746 Siedzę w hotelowym lobby, rozkoszując się cudownym wynalazkiem klimatyzacji. Klei się na mnie ubranie, piecze mnie skóra, a palce przylepiają do klawiatury. To ostatnie wyjątkowo nie jest skutkiem upału, a wizyty w najsłynniejszej hawańskiej lodziarni – La Copella. Tak, naprawdę jestem w Hawanie. Tej od Fidela, cygar, rumu, salsy i Che Guevary (choć tekst publikuję […]

The post Kuba. Czyli dyskretna sztuka (nie)oceniania first appeared on antifragile.pl.]]>
Siedzę w hotelowym lobby, rozkoszując się cudownym wynalazkiem klimatyzacji. Klei się na mnie ubranie, piecze mnie skóra, a palce przylepiają do klawiatury. To ostatnie wyjątkowo nie jest skutkiem upału, a wizyty w najsłynniejszej hawańskiej lodziarni – La Copella.

Tak, naprawdę jestem w Hawanie. Tej od Fidela, cygar, rumu, salsy i Che Guevary (choć tekst publikuję zaraz po powrocie – na Kubie z internetem jest dość krucho).

I oczywiście to, że znajduję się w hotelowym lobby broń Boże nie oznacza, że zbrukałem się mieszkaniem tu –  wlazłem ‘na białego’ w celu ochłodzenia, a teraz siedzę i zastanawiam się co właściwie mogę napisać o swoim pobycie tutaj. Bo coś przecież napisać wypada, prawda? Wszyscy znajomi czekają na wrażenia, a właśnie od wrażeń z pewnej podróży dawno temu zaczął się ten blog. Warto by więc chyba wystawić chociaż krótką ocenę i rekomendację…

Przedstawienie mi się podobało?

Warto by, tylko nawet po przeczytaniu licznych książek na temat tego kraju oraz spędzeniu tygodnia na szwendaniu się po Hawanie po prostu nie potrafię. Nie umiem, niczym w liceum usiąść i spłodzić trzystronicowej recenzji, którą podsumuje jednoznacznym werdyktem – uniesieniem kciuka w górę albo smętnym spuszczeniem go w dół. Im więcej czytam i dowiaduję się o Kubie, im więcej spędzam tu czasu, tym bardziej mam ochotę odpowiedzieć tak jak wraz z upływem lat czynię to coraz częściej:

Nie wiem. To trudny, złożony temat i za mało o nim wiem.

Bo – zauważyłem dziwną prawidłowość – im bardziej ktoś ograniczony, tym bardziej skory do szafowania w takich sytuacjach jednoznacznymi, kategorycznymi opiniami.

Zobaczmy.

Rewolucja to zło wcielone, a Che i spółka to zbrodniarze.

Fidel bezlitośnie ścigał swoich politycznych przeciwników, a Che Guevarę bez dwóch zdań zaliczyć można do jednego z najbardziej fanatycznych, wymagających oraz bezlitosnych dla przeciwnika wojskowych dowódców w historii tak bogatego w podobne osobistości XX wieku. Nie piszmy zresztą w czasie przeszłym, bo rozmaite represje i aresztowania trwają do teraz. Jedyna różnica, że tło stanowią rytmy salsy, przy której turyści pląsają w gmachu Muzeum Rewolucji (!).

Więzienia i lokalna służba bezpieczeństwa mają się jednak całkiem nieźle, a República de Cuba wciąż jest państwem policyjnym pełną gębą, o czym swoją drogą miałem okazję przekonać się na własnej skórze.

Szwendałem się po rolniczej okolicy robiąc od niechcenia zdjęcia palmom, a w pół godziny później w zupełnie innym miejscu znienacka zajechał mi drogę radiowóz z dwoma smutnymi panami, którzy długo i dokładnie spisywali moje dane i pouczyli mnie, że palmom zdjęć kategorycznie robić nie wolno. Inwigilacja gorsza niż w wypełnionym kamerami Londynie!

2017.04-5 Cuba, La Habana, Playas del este trip 05

Co im przeszkadzało? Palmy wyglądały całkiem nieźle. W przeciwieństwie do reszty gospodarki – jest w ruinie, co obrazuje chociażby różnorodność towaru w sklepach. Chociaż i tak jest nieźle, bo jeszcze niedawno były one podobno całkiem puste.

2017.04-5 Cuba, Shop Shelves

O przemyśle czy jakichkolwiek zdolnościach wytwórczych gospodarki lepiej nie wspominać. Kuba to raj recyklingu. Miejsce, gdzie nabija się jednorazowe zapalniczki, a słynne na cały świat zabytkowe samochody jeżdżą po ulicach nie z powodu sentymentalnej miłości mieszkańców, a dlatego, że dla większości po prostu nie istnieją sensowne alternatywy.

Tubylcy poruszają się więc w rozklekotanych, remontowanych chałupniczą metodą i wydzielających z siebie kłęby dymu rzęchach. Nie można im odmówić (poza licznymi maluchami i ładami) swojego uroku, ale doskonale, podobnie jak budynki w centrum Hawany, obrazują one stan tutejszej ekonomii.

2017.04-5 Cuba, La Habana, Centro Habana 00005

2017.04-5 Cuba, La Habana, Centro Habana 00011

A gdybyście się zastanawiali, to po półgodzinnym spisywaniu moich danych, pouczeniach i nieustającym kontakcie z bazą przez wielką krótkofalówkę panowie policjanci puścili mnie wolno. Nie zajrzeli do aparatu, nie poprosili o wykasowanie zdjęć, które były powodem zatrzymania. Es Cuba.

Viva la revolucion!

Rewolucja może poszczycić się jednak wieloma sukcesami. Dzięki trudnemu do zrozumienia systemowi subwencji, kartek i specjalnych sklepów (las bodegas) praktycznie każdy Kubańczyk ma zapewniony zapas podstawowych towarów żywnościowych, a wiele innych produktów bywa śmiesznie tania.

2017.04-5 Cuba, La Habana, La Bodega 00002

Chleb o kształcie i wielkości porządnej bagietki kosztuje jedno lokalne peso (czyli piętnaście groszy polskich), kilogramowa na oko kiść bananów pięć (80 groszy), a hot-dog przy jednej z ruchliwszych ulic (La Rampa) dziesięć (1,5 PLN). Fidel w tle gratis.

2017.04-5 Cuba, La Habana, Hot-Dog

Ale nie samym chlebem i hot-dogami żyje człowiek. Bezdyskusyjną zdobyczą Kubańskiej Rewolucji jest chociażby stojąca na wysokim poziomie państwowa edukacja. Liczne, darmowe uniwersytety kształcą naprawdę niezłych specjalistów. O tym jak niezłych może chociażby zaświadczyć wysoki poziom rozwoju w zakresie badań medycznych. Tak jest. Poza powszechną, bezpłatną, stojącą na porządnym poziomie i o wiele mniej zakolejkowaną niż u nas opieką zdrowotną kubańscy specjaliści w duchu bezinteresownej, internacjonalistycznej (zupełnie bez kpiny) współpracy pomagają na całym świecie oraz mają niesamowite osiągnięcia w dziedzinie terapii na takie schorzenia jak cukrzyca a nawet rak!

I wreszcie – co nieodmiennie wyprowadza mnie z równowagi, gdy słyszę jakiegoś fanatycznego krytyka Fidela albo wielbiciela Pinocheta – wydarzeń w tym regionie świata nie sposób choćby powierzchownie zrozumieć bez podstawowej znajomości jego historii. W jednym zdaniu: Fidel, Che i ich brodaci koledzy wyzwolili miliony Kubańczyków spod trwającej pół wieku władzy kolejnych satrapów i amerykańskich korporacji, których polityka pracownicza wyglądała tak, że w porównaniu do niej współcześni robotnicy z azjatyckich fabryk odzieży wiodą życie wyższej klasy średniej.

Aby lepiej zrozumieć latynoamerykańską niechęć do gringos wyobraź sobie, że jesteś obywatelem takiego Chile – kraju przebogatego w złoża miedzi. Niestety nie czerpiesz z tego żadnych korzyści, bo wszystkie one należą do amerykańskich firm, które oferują ci zatrudnienie za głodową pensję w nieludzkich warunkach w trybie siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin dziennie. Zyski zaś w całości wędrują do USA, bo korporacje te nie płacą na miejscu praktycznie żadnych podatków, opłacając wyłącznie el presidente oraz lokalnego szefa policji, który z radością wyśle na ciebie swoje oddziały, jeśli tylko odważysz się zaprotestować przeciwko tej sytuacji.

Ale przecież większości ludzi takie sprawy w ogóle nie interesują – chcą fajnych wakacji. Cóż, tylko że Kuba to trochę taka…

Warszawska Praga lat 80-tych.

To chyba bardzo dobre porównanie. O ile – jak większość młodszych i nie-super-bogatych turystów – zdecydujesz się zamieszkać na kwaterze prywatnej (casa particular) – czeka cię doświadczenie mieszkania w slumsach. Większość owych kwater mieści się bowiem w dzielnicach Habana Centro i Habana Vieja, przy których (z wyjątkami kilku odnowionych tak pięknie, że aż trącą Cepelią ulic w Habana Vieja) współczesny Wałbrzych czy Bytom to piękne, zadbane, czyste i tchnące optymizmem miasta.

Brud, smród, upał i niesamowity hałas niemal o każdej porze dnia i nocy. A może chcesz uciec i skorzystać z morskiej bryzy na szeroko reklamowanym Maleconie – ciągnącej się kilka kilometrów nadmorskiej promenadzie? Zachwalający go zapominają zwykle wspomnieć, że wzdłuż ciągnie się niesamowicie ruchliwa, wielopasmowa droga, co w połączeniu z opiewanymi wyżej walorami technicznymi lokalnego taboru samochodowego sprawia, że w większej ciszy i czystszej atmosferze można by się pewnie przespacerować po koksowniczym kombinacie.

A jeśli nie promenada, to może jakaś lokalna, klimatyzowana tania knajpka? Skuszony wzmianką o tanim chlebie masz nadzieję na budżetowe wakacje? Przykro mi – nic z tego. Porównanie do Polski z lat 80-tych nie jest przypadkowe. U nas były Pewexy, a obcokrajowcy mogli płacić wyłącznie dewizami. Tu jest podobnie z tą różnicą, że turysta płaci w specjalnej walucie zwanej peso convertible (CUC). Może nie ma już takich obostrzeń, jak kiedyś – jesteś w stanie nabyć lokalne peso (moneda nacional, CUP) i pojechać lokalnym transportem, kupić tani chleb, hot-doga czy banany, ale jeśli chcesz zjeść porządny obiad w klimatyzowanej knajpie – czeka cię wydatek równowartości 50-75 złotych. Za taksówkę z lotniska zapłacisz zaś jeszcze więcej.

Ale przecież nie ceny i wygląd budynków są najważniejsze. Liczą się przede wszystkim kontakty międzyludzkie. Niestety – podejście większości napotkanych Kubańczyków do twojej skromnej osoby można zgrubnie zmieścić w dwóch kategoriach:

Pierwsza: dusić bogatego frajera. Oferty taksówek, podróbek cygar oraz wszelkiej maści żebranina są liczne i niesamowicie męczące, choć trzeba uczciwie przyznać, że tubylcom szczęśliwie daleko do kunsztu wykazywanego w tej dziedzinie przez mieszkańców rejonu Zatoki Perskiej. A podejście numer dwa? Jest jeszcze gorsze od pierwszego i można je streścić w zdaniu:

Bogaty frajerze z Zachodu, przyjechałeś się pośmiać z naszej biedy i niedoli, co?

Spotkasz się z nim nieraz w lokalnym sklepie, środku transportu albo mijając odstrzelone jak stróż w Boże Ciało grupki młodzieży.

Nie winię Kubańczyków, że widzą w nas głupich, bogatych gringo. Logicznym remedium na przełamanie tego stereotypu byłaby pewnie rozmowa, ale o tę jest niezwykle trudno. Tutaj praktycznie nikt, włącznie z obsługą w hotelach, nie mówi znośnie po angielsku. Zagadując zaś w szkolnym hiszpańskim dostaniesz w odpowiedzi wyrzucony z siebie z szybkością nowoczesnego karabinu maszynowego slang z połkniętą dodatkowo połową końcówek. Powodzenia.

Czy to oznacza, że żałuję pobytu?

Nie do końca.

Elementarne, drogi Watsonie.

Zadziwiające jak często, szczególnie w nowych i nieznanych sytuacjach, człowiek przestaje kojarzyć podstawowe fakty, kompletnie traci zdolność logicznego wnioskowania i potrzebuje pomocy aby skojarzyć to, co oczywiste. Dla mnie sygnałem do uruchomienia procesu dedukcji stał się spacer po Vedado – willowej dzielnicy Hawany. Nagle bowiem okazało się, że poza Pragą Północ Hawana oferuje także (może wymagający nieco renowacji, ale jednak) Stary Mokotów, gdzie nikt nie wciskał mi okazyjnie towarów, tubylcy wyglądali całkiem normalnie i dało się spokojnie zrelaksować z książką na ławce w zieleni i ciszy.

2017.04-5 Cuba, La Habana, Vedado 05

Oczywisty wniosek, na który wcześniej nie wpadłem:

Zamieszkałeś w slumsach i szwendasz się po najbardziej turystycznych miejscach Hawany. Kogo spodziewałeś się tam spotkać – bezinteresownych intelektualistów?

To trochę jakby wyrobić sobie zdanie na temat Polski i Polaków po wynajęciu na tydzień pokoju na blokowisku w Gdańsku Oruni połączonym z okazjonalnym spacerem po sopockim Monciaku. Jeśli tylko otworzyć szerzej oczy i zejść ze szlaku opisywanego przez przewodnik Pascala, to Kuba potrafi być naprawdę świetnym miejscem.

I to nawet jeśli nie jesteś dziewczyną, z którą lokalni muchachos pragną tańczyć gorącą salsę.

Wystarczy przespacerować się gdzieś dalej niż slumsy nad Maleconem i cukierkowo odrestaurowane centrum Hawany. Spróbować wsiąść w taxi colectivo i pojechać na plażę w Guanabo czy Mar Azul, dalej – do Viniales czy Trynidadu, albo też całkiem blisko – na drugą stronę zatoki do Reglos, gdzie widok turysty jest czymś dość egzotycznym i da się spotkać z prawdziwą lokalną życzliwością (chyba, że zaczniesz robić zdjęcia palmom). Wstać wczesnym rankiem, przypatrzeć się normalnym ludziom zdążającym do pracy i zakupić na jednym z przeznaczonych dla nich straganów świeżą, znakomitą café cubano

2017.04-5 Cuba, La Habana, Centro Habana 00021

…a potem sącząc tę kawę dostrzec na kolejnym rogu leżącego zarżniętego rytualnie czarnego koguta, wyjść z trybu wścibskiego turysty i dzielnie powstrzymać się od zrobienia zdjęcia.

Tak. Kuba to znakomite miejsce by poćwiczyć dystans do siebie i świata oraz oderwać się. Brak łatwo dostępnego internetu – okazja na krótki, zbawienny odwyk. Taksówkarz nie wie, jak dojechać pod wskazany adres – pozwiedzajcie na jego koszt okolice. Zamówiony na lotnisko transport nie przyjechał a ty nie znasz dokładnego adresu – zapoznaj życzliwych turystów, którzy za pomocą cudownej aplikacji pomogą ci go określić. Spóźniłeś się na pierwszomajowy pochód, bo panowie policjanci podali ci złą godzinę rozpoczęcia? Odpuść i ciesz się, że kiedy przybyłeś na miejsce znalazłeś na ziemi suwenir wszech czasów. Prawdziwą, oryginalną pamiątkę, a nie beret w stylu Che Guevary made in China.

2017.04-5 Cuba, La Habana, 1st May 00003

A kiedy tubylcy atakują cię wypluwanym z szybkością karabinu maszynowego lokalnym slangiem – naucz się wprowadzać ich z rytmu odzywając się z uśmiechem po polsku – zadziwiająco szybko łapią i przechodzą w tryb ’comprende, comprende?’.

To co, warto?

Mam nadzieję, że tym subiektywnym geograficzno-historycznym przewodnikiem po największej wyspie Karaibów pokazałem, że szafowanie jednoznacznymi opiniami jest po prostu głupie. Nawet w tak stosunkowo mało istotnym temacie, jak ocena polityki egzotycznego kraju, czy jego wartości jako urlopowej destynacji nie jest to wcale takie proste. To co powiedzieć o innych, mających fundamentalny wpływ na nasze życie sprawach? Właśnie dlatego staram się nie wydawać ex cathedra wyroków w sprawie reformy szkolnictwa, zapłodnienia in vitro, oceny polityki Stanisława Augusta Poniatowskiego i Wojciecha Jaruzelskiego, tego czy warto być w Unii Europejskiej oraz wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem.

Wypowiadam się i kłócę tylko na tematy, które już co nieco liznąłem: zarządzanie ludźmi i projektami, urządzanie mieszkań, robienie rzeźby oraz wyprowadzanie z równowagi mojego kumpla Dara. O tym, co powinieneś i czy koniecznie musisz sądzić coś na temat Kuby zdecyduj więc proszę samodzielnie.

The post Kuba. Czyli dyskretna sztuka (nie)oceniania first appeared on antifragile.pl.]]>
Co wizyta w coffee shopie ma do dojrzałości? https://antifragile.pl/2016/09/co-wizyta-w-coffee-shopie-ma-do-dojrzalosci/ Thu, 15 Sep 2016 12:48:11 +0000 https://antifragile.pl/?p=6172 — Ale kosmos! Jak to możliwe, że mieszkałem tu półtora roku i ani razu wcześniej tu nie byłem? — Pokręciłem z niedowierzaniem głową. — Czyżbym naprawdę zmienił się aż tak bardzo… Skąd wziął się ten cały mój samorozwój? Rozkminy, wychodzenia ze strefy komfortu, rzucanie się na głęboką wodę, dążenie do finansowej niezależności i inne atrakcje? […]

The post Co wizyta w coffee shopie ma do dojrzałości? first appeared on antifragile.pl.]]>
— Ale kosmos! Jak to możliwe, że mieszkałem tu półtora roku i ani razu wcześniej tu nie byłem? — Pokręciłem z niedowierzaniem głową. — Czyżbym naprawdę zmienił się aż tak bardzo…

Skąd wziął się ten cały mój samorozwój? Rozkminy, wychodzenia ze strefy komfortu, rzucanie się na głęboką wodę, dążenie do finansowej niezależności i inne atrakcje? Jeśli tylko odpowiednio podpuścisz mnie podczas spotkania na żywo z chęcią opowiem. Włącznie z pewnymi interesującymi szczegółami, których na blogu opisywać mi nie wypada.

Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy mieszkałem pod Amsterdamem…

Nie. Dziś też nie będzie pikantnych szczegółów. Będzie o tym co działo się, kiedy zjawiłem się w kraju wiatraków i tulipanów po ponad ładnych kilku latach przerwy.

Rower

Pierwszym pytaniem, jakie zadałem Danylowi – kumplowi u którego zatrzymałem się w Amsterdamie – było:

Masz pożyczyć rower?

Miał. Stary, zdezelowany i prawie bez hamulców, ale powietrza z kół nie tracił i w miarę raźno (choć trochę skrzypiąc) toczył się do przodu. W ciągu tygodnia objeździłem całe miasto, pojechałem nad morze, do będącego kiedyś moim domem Hoofddorpu oraz Haarlemu – miasta, do którego mam wielki sentyment.

Z brakiem hamulców radziłem sobie zeskakując w krytycznych momentach obunóż na ziemię. Z resztą Holandia to taki magiczny kraj, gdzie jeśli pedałujesz pijany, nocą, bez świateł, pod prąd i potrąci cię samochód, to jest to wina kierowcy samochodu. To znaczy ty też będziesz mieć kolegium za wszystkie twoje wykroczenia, ale wina jest kierowcy. Więc czego tu się bać?

No właśnie.

Któregoś dnia w dzikiej ulewie wracałem do Amsterdamu, kiedy nagle jakieś 100 metrów nad moją głową wyłonił się z chmur lądujący samolot. Zatrzymałem się i rozdziawiłem gębę w zachwycie. I wtedy przypomniałem sobie, że już wcześniej słyszałem o tym miejscu! Punkcie z którego wygodnie można obserwować lądowania na głównym pasie lotniska Schiphol. Słyszałem, ale mieszkając dosłownie kilka kilometrów stamtąd jakoś nigdy tam nie dotarłem. Dlaczego?

Bo daleko, bo mogę się zgubić po drodze, bo ktoś się będzie dziwnie patrzył, bo nie mam wystarczająco dobrego aparatu, by robić tym samolotom zdjęcia. A teraz? Właściwie bez większego namysłu pojechałem w nieznane na rzęchu, który przecież nie nawet nie umywał się do mojego starego roweru.

Rozmyślania przerwał mi wyłaniający się z chmur kolejny samolot. Dreamliner!

— Ale kosmos! Jak to możliwe, że mieszkałem tu półtora roku i ani razu wcześniej tu nie byłem? — Pokręciłem z niedowierzaniem głową. — Czyżbym naprawdę zmienił się od tego czasu aż tak bardzo…

Najwyraźniej tak, bo pedałując później przez przygotowujące się właśnie na Gay Pride centrum Amsterdamu, zdałem sobie sprawę, że kiedy mieszkałem w Holandii na stałe, ani raz nie byłem tam rowerem. Ktoś zdaje się powiedział mi, że to niebezpieczne, ja chętnie uwierzyłem i tak już zostało…

Space Cake

Mieszkając w Holandii nie tylko nie byłem w punkcie widokowym lotniska Schiphol, nie jeździłem po Amsterdamie rowerem, ani nie skorzystałem z propozycji pożegnalnego prezentu od kolegów z pracy w formie 20 minut z wybraną dziewczyną w dzielnicy czerwonych latarni (true story).

Mało kto wierzy mi, że podczas żadnej z licznych podróży służbowych, nawet w ciągu długiego kilkunastomiesięcznego kontraktu nie odwiedziłem nigdy coffee shopu.

Listę uzasadnień miałem długą: narkotyki są be; nie podobają mi się miejsca pełne rozwrzeszczanych turystów; w środku śmierdzi; jestem taki offowy, a to takie mainstreamowe. I tak dalej. A tak naprawdę po prostu bałem się i wstydziłem

Wstydziłem i krępowałem się tak bardzo, że nawet nie umiałem przyznać się do tego sam przed sobą.

W pełni zdałem sobie z tego sprawę, kiedy już na miejscu w Amsterdamie spojrzałem na swoją listę rzeczy do zrobienia:

  • odwiedzić Hoofddorp;
  • napić się VLA i Heinekena, zjeść krokieta, stroopwafla i dropjes;
  • odwiedzić muzeum Van Gogha;
  • spożyć space-cake.

Ostatni punkt z miejsca wywołał w jelitach znajome negatywne motylki stresu. Ale nie ma że boli. Zdecydowałem – to pójdę!

O jest pierwszy. Trochę zbyt zatłoczony. Kolejny. Za mały. Następny. Nie wspominają o space cakes na witrynie, pewnie nie mają w ofercie. A ten? Coś mi w nim nie gra.

Igor! Właśnie, że ten, właśnie że teraz. Co się z tobą dzieje? Chciałeś tego? Nadal chcesz? No, to wchodzimy!

Przemogłem się, wszedłem i korzystając z fachowego doradztwa przemiłej obsługi kupiłem najdroższą muffinkę w swoim życiu. A kiedy dzierżąc w dłoni niewielką reklamówkę z ciasteczkiem i niesamowicie szczęśliwy z tego że się przełamałem przekraczałem próg coffee shopu, wiedziałem już że muszę napisać ten tekst.

space cake z amsterdamu

Bo czasem warto odwiedzić swój Amsterdam.

Miasto naszego dzieciństwa, kampus uniwersytecki, czy licealne spotkanie klasowe. Odwiedzić i przekonać się, że wbrew temu co czasem o sobie myślimy, tak bardzo się w międzyczasie zmieniliśmy, dojrzeliśmy i zmądrzeliśmy. Dawno nic nie dało mi takiej motywacji do dalszej walki z własnymi demonami.

A gwiezdne ciastko?

Ja chyba mam coś z neuroprzekaźnikami i nie nadaje się na ćpuna. Pomrowiło mnie w stopach i lekko zdrętwiały mi policzki. Większy odjazd miałem po małym Heinekenie. I tak, później sprawdziłem recenzje, trafiłem do bardzo rzetelnego coffee shopu.

The post Co wizyta w coffee shopie ma do dojrzałości? first appeared on antifragile.pl.]]>
Czego nauczyła mnie wizyta w mieście, którego nie ma? https://antifragile.pl/2016/08/czego-nauczyla-mnie-wizyta-w-londynie/ Sun, 14 Aug 2016 08:51:25 +0000 https://antifragile.pl/?p=6187 W niniejszej relacji z Londynu spodziewać możecie się kapkę więcej, niż tylko porad jaki bilet na metro kupić najlepiej.

The post Czego nauczyła mnie wizyta w mieście, którego nie ma? first appeared on antifragile.pl.]]>
Tak, to trzeci z rzędu tekst, który w tytule ma pytajnik. Ale bez obaw – nadal nie planuję zostać mainstreamowym blogerem. Kolejny nie będzie się więc nazywał „10 powodów, by kupować papier toaletowy”, a w niniejszej relacji z Londynu (domyśliliście się?) znajdziecie kapkę więcej, niż tylko rady, jaki bilet na metro kupić najlepiej.

Nauczka pierwsza – jestem uzależniony od komputera, jak Mike Tyson od bicia ludzi.

Co ma z tym wspólnego wyprawa do stolicy Anglii? Pomogła mi się o tym przekonać. Bardzo niechcący i bardzo boleśnie.

Kiedy w dzień wylotu obudziłem się na kwadrans przed budzikiem, postanowiłem wykorzystać ten czas na chwilę rozciągania i ciepłą herbatę. Niestety rozciągało się, a potem kontemplowało nad earl gray’em tak dobrze, że na zegarek spojrzałem dopiero o 5:23. Pociąg na lotnisko odjeżdżał z dworca kwadrans później. I tak, oczywiście że był to najpóźniejszy możliwy.

Trzy głębokie oddechy. Raz, dwa, będę jak Jason Bourne, trzy.

Zawijam wszystko, co tylko leży wokół mnie do plecaka i upewniwszy się, że na pewno zamknąłem drzwi (złe doświadczenia) pędem wybiegam z mieszkania. Dosiadam roweru i po pustych ulicach osiągam tempo godne Lance’a Armstronga. Dojazd zajmuje mi pięć minut, zaparkowanie pod Galerią Krakowską kolejną minutę, a sprint na peron – dokładnie 127 sekund. Pociąg rusza w momencie, gdy z głośnym „uff” opadam na siedzenie. Udało się!

Szybka kontrola – pieniądze są, telefon jest, dowód jest, karta pokładowa jest. Wszystko wydaje się być na miejscu. Zaraz. Chryste! Zapomniałem komputera. Stan, w którym znajdowałem się przez kilkadziesiąt (!) kolejnych godzin śmiało można by porównać do narkotykowego syndromu odstawienia. W głowie wciąż kołatało mi się:

Jak wystawię faktury na koniec miesiąca? Jak ogarnę zwiedzanie na miejscu? Jak napiszę tekst na blog i odpowiem na maile? Jak zrzucę wygodnie zdjęcia z telefonu? Jak zrobię przelewy? Jak ja w ogóle sobie poradzę?!?

Kosztowało to wiele głębokich oddechów, powtarzania pod nosem „odpuść, odpuść, c h o l e r a, odpuść” oraz nauki korzystania z programu księgowego przy pomocy telefonu, ale wszystko skoczyło się szczęśliwie. No, jeśli nie liczyć zawirusowanego smartfona.

Zastanawiałem się poważnie, czy nie spróbować czegoś z tym uzależnieniem zrobić. Nie znalazłem jednak żadnego sensownego uzasadnienia i tym samym, zgodnie z duchem Zen postanowiłem fakt ten zaakceptować. W końcu takie elektroniczne mamy czasy. Po prostu, choćby dla spokoju ducha, muszę nadal wozić ze sobą MacBooka. Ach, no i nie oglądać przy porannym myciu zębów filmu dokumentalnego o Richardzie Feynmanie. To powinno wydatnie zmniejszyć prawdopodobieństwo, że komputer znów zostanie w łazience.

Nauczka druga – dobieraj towarzystwo z podobnym poziomem zamożności.

Jednym z powodów, dla których stosunkowo mało zwiedzam Europę Zachodnią jest „klątwa tuńczyka”. Przykra bariera, która w chwili głodu nie pozwala wejść do dowolnej knajpy w poszukiwaniu przekąski z dużą ilością białka, świeżych witamin i zdrowych tłuszczy. Po prostu nie stać mnie, by codziennie  puszczać na jedzenie na mieście po kilkadziesiąt euro. Radzę sobie, ale potem na długo zostaje mi uraz do jabłek i kanapek z tuńczykiem. Nie wspominając o tym, że to zwyczajnie frustrujące. Człowiek czuje się trochę jak ubogi krewny. Ale naprawdę źle jest, gdy w podobnych okolicznościach przyrody trafisz w dodatku na towarzystwo niedobrane pod kątem zamożności i potrzeb.

Ludzie, z którymi wylądowałem w Londynie są naprawdę świetni: pozytywni, przyjacielscy, o wysokiej kulturze oraz szerokich zainteresowaniach i ich status materialny nie powinien mieć tutaj specjalnego znaczenia. Ale niestety miał.

Kiedy wybieracie się wspólnie do pubu i lekko już podchmielone towarzystwo upiera się, żeby zapłacić za twoje piwo, nie jest to coś niespotykanego – standardowa sytuacja w gronie znajomych. Trochę słabiej robi się w momencie, w którym ty poprzestajesz na jednej pincie, ale przy jednej z kolejnych osuszanych przez ekipę rundek dowiadujesz się, że zgodnie z jakąś bliżej niesprecyzowaną tradycją teraz to ty powinieneś postawić wszystkim. Zdaje się na drobną kwotę 17 funtów.

Umówiony wspólny wypad na lancz też może wywołać mieszane uczucia. Bo co z tego, że pogoda piękna, jedzenie pyszne, a rozmowy zajmujące, kiedy ty nic nie poradzisz, ale pochodząc z naprawdę mało zamożnej rodziny, po prostu nie potrafisz nie liczyć w pamięci ile może wynieść twoja część rachunku za całość. Miejsce wcale eleganckie, okolice Piccadilly Circus, więc na oko byłoby to przynajmniej 40 funtów. Ile dokładnie nie dowiadujesz się nigdy, ponieważ dzieje się jeszcze coś gorszego – gospodyni upiera się przy zapłaceniu całego rachunku.

Jak się czujesz? Trochę jak taki sympatyczny, głupkowaty Jurij z któregoś z amerykańskich seriali z lat osiemdziesiątych. Fajny chłop, ale kiepsko mówi po angielsku i pochodzi z dzikiego, biednego kraju, więc zawsze trzeba mu fundować na mieście.

Nauczka trzecia – nie lubię wielkich miast.

Gdy byłem młodszy przepadałem za wielkimi miastami, a osiedlenie się w Londynie lub Nowym Jorku na mojej liście marzeń plasowało się zaraz za romantyczną kolacją w towarzystwie Claudii Schiffer.

Tyle, że podobnie jak w przypadku Klaudyny były to marzenia platoniczno-teoretyczne, oparte na wielkomiejskich doświadczeniach z, ekhm, sześciusettysięcznego Wrocławia.

Fajny ten Londyn, na pewno bardziej niż Paryż, ale nie urzekł, bo okazał się straszliwie przytłaczający. Tłumy, hałas, tabuny turystów i wszędzie daleko. Kiedy w drodze z Anglii z Polski zatrzymałem się na parę dni w Amsterdamie, poczułem się zupełnie inaczej. Miasto wydało mi się tak spokojne, przytulne, przyjazne i zielone, że postanowiłem raz na zawsze rozstać się z rojeniami o przeprowadzce do jakiejś giga-metropolii. Jeśli wyniosę się z Krakowa to prędzej do Bielska, albo Świdnicy.

London, Union Jacks

Z obserwacji społeczno-kulturowych.

  • Słyszałem liczne legendy o problemach ze zrozumieniem angielskiego akcentu, ale nie sądziłem, że okażą się aż tak prawdziwe. O ile specjalnie się nie starali, to z mowy większości tubylców rozumiałem wyłącznie spójniki.
  • Londyńczycy są mistrzami rezerwy. Nikt na nikogo nie patrzy, nie łapie kontaktu wzrokowego, do nikogo nie zagaduje. Uważnemu obserwatorowi jazdę metrem może umilać podziwianie kunsztu, z jakim kilkadziesiąt osób w jednym wagonie jest w stanie uniknąć choćby krótkiego zerknięcia na kogoś obcego.
  • Ciekawa rzecz dzieje się jednak przy dowolnej wymuszonej interakcji, na przykład ktoś się o kogoś potknie, a już natychmiast obie strony rozpromieniają się w uśmiechach, kłaniają i przepraszają, by w chwilę później jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powrócić do swojej wyjściowej, pełnej rezerwy postawy.
  • Londyn to miasto, gdzie możesz iść z rozpiętym plecakiem, a natychmiast ktoś w miły sposób zwróci ci na to uwagę. Coś wypadnie ci z kieszeni – podniosą, podbiegną i podadzą. Cudowne!
  • Z nieznanych mi bliżej przyczyn mało kto nosi torby i teczki. Ewidentnie do dobrego tonu należy, by ulice londyńskiego City przemierzać z naręczem papierowych teczek i książek w ręce, zamiast użyć do tego celu skórzanej aktówki.
  • Bijące wprost oczy bogactwo w miejscach takich, jak dom towarowy Harrod’s, dzielnice Chelsea, Kensington, City czy Belgravia, przywołują na myśl refleksję, że jak byśmy się nie starali – wciąż jesteśmy i będziemy nadal trochę Radomiem Europy. Za to całkiem przytulnym.
  • Fish & chips to naprawdę niezła potrawa, ale strasznie ciężko ją kupić – wszystkie fast foody zdominowane zostały przez smażone kurczaki! Dostanie brytyjskiego narodowego fast-foodu staje się więc wyzwaniem podobnym, jak u nas zakup dobrych pierogów albo zapiekanki. Za to, gdy już rybkę upolujemy, nasze trudy wynagrodzi jej znakomite prezentowanie się w warstwie wizualnej, yummy:

London, Fish and Chips

Z porad praktycznych.

  • No oczywiście, że będzie o biletach: najlepszym sposobem na poruszanie się po Londynie jest tandem tygodniowa oyster card + aplikacja London Tube Free by Zuti.
  • Uwielbiasz (jak ja) Banksy’ego? Raczej nie wybieraj się na poszukiwania jego prac. Możesz skończyć ze złamanym sercem. Być może w Bristolu jest lepiej, ale w Londynie dość ciężko o informacje na temat czegoś świeżego, co – jak to na ulicy – jeszcze nie uległo zniszczeniu. Widok zaś tych kilku, które się zachowały – pod szkłem, wykorzystywanych by zwabić turystów do knajpy obok, wywołuje jedno brzydkie skojarzenie: komercja. Z resztą londyńscy street-artowcy mają na temat Banksy’ego swoje zdanie:

London, Wanksy

  • O podejściu street-artowców dowiedziałem się podczas jednej z wycieczek oferowanych przez Free Tours by Foot. Serdecznie polecam! Ja zaliczyłem z nimi: Street art, Westminster i Soho.

Na koniec najważniejsze: po raz kolejny przekonałem się, że jednym z najlepszych pomysłów przed albo w trakcie wizyty w jakimś kraju, jest lektura współczesnej książki na temat jego kultury i społeczeństwa. Gdy mieszkałem w Holandii, w zrozumieniu tubylców znakomicie pomagali mi The Undutchables, przed wyjazdem do Izraela pochłonąłem Izrael już nie frunie, a przed Japonią bardzo przydała mi się lektura książki Tatami kontra krzesła. W uzyskaniu lepszej perspektywy podczas spacerów londyńskimi ulicami bardzo pomogła pozycja The English: A Portrait of a People, którą wypatrzyłem w jednym ze sklepów z używanymi książkami.

Tak, sklepy z używanymi i tanimi książkami to zdecydowanie najlepsza rzecz w Londynie.

Sprawiły mi wuchtę radości i dwa poważne problemy: powstrzymać się przed kupnem kolejnych książek i zmieścić to, co na zdjęciu w i tak już przeładowanym bagażu podręcznym:

London, Second-hand books

The post Czego nauczyła mnie wizyta w mieście, którego nie ma? first appeared on antifragile.pl.]]>