Siedzę w hotelowym lobby, rozkoszując się cudownym wynalazkiem klimatyzacji. Klei się na mnie ubranie, piecze mnie skóra, a palce przylepiają do klawiatury. To ostatnie wyjątkowo nie jest skutkiem upału, a wizyty w najsłynniejszej hawańskiej lodziarni – La Copella.

Tak, naprawdę jestem w Hawanie. Tej od Fidela, cygar, rumu, salsy i Che Guevary (choć tekst publikuję zaraz po powrocie – na Kubie z internetem jest dość krucho).

I oczywiście to, że znajduję się w hotelowym lobby broń Boże nie oznacza, że zbrukałem się mieszkaniem tu –  wlazłem ‘na białego’ w celu ochłodzenia, a teraz siedzę i zastanawiam się co właściwie mogę napisać o swoim pobycie tutaj. Bo coś przecież napisać wypada, prawda? Wszyscy znajomi czekają na wrażenia, a właśnie od wrażeń z pewnej podróży dawno temu zaczął się ten blog. Warto by więc chyba wystawić chociaż krótką ocenę i rekomendację…

Przedstawienie mi się podobało?

Warto by, tylko nawet po przeczytaniu licznych książek na temat tego kraju oraz spędzeniu tygodnia na szwendaniu się po Hawanie po prostu nie potrafię. Nie umiem, niczym w liceum usiąść i spłodzić trzystronicowej recenzji, którą podsumuje jednoznacznym werdyktem – uniesieniem kciuka w górę albo smętnym spuszczeniem go w dół. Im więcej czytam i dowiaduję się o Kubie, im więcej spędzam tu czasu, tym bardziej mam ochotę odpowiedzieć tak jak wraz z upływem lat czynię to coraz częściej:

Nie wiem. To trudny, złożony temat i za mało o nim wiem.

Bo – zauważyłem dziwną prawidłowość – im bardziej ktoś ograniczony, tym bardziej skory do szafowania w takich sytuacjach jednoznacznymi, kategorycznymi opiniami.

Zobaczmy.

Rewolucja to zło wcielone, a Che i spółka to zbrodniarze.

Fidel bezlitośnie ścigał swoich politycznych przeciwników, a Che Guevarę bez dwóch zdań zaliczyć można do jednego z najbardziej fanatycznych, wymagających oraz bezlitosnych dla przeciwnika wojskowych dowódców w historii tak bogatego w podobne osobistości XX wieku. Nie piszmy zresztą w czasie przeszłym, bo rozmaite represje i aresztowania trwają do teraz. Jedyna różnica, że tło stanowią rytmy salsy, przy której turyści pląsają w gmachu Muzeum Rewolucji (!).

Więzienia i lokalna służba bezpieczeństwa mają się jednak całkiem nieźle, a República de Cuba wciąż jest państwem policyjnym pełną gębą, o czym swoją drogą miałem okazję przekonać się na własnej skórze.

Szwendałem się po rolniczej okolicy robiąc od niechcenia zdjęcia palmom, a w pół godziny później w zupełnie innym miejscu znienacka zajechał mi drogę radiowóz z dwoma smutnymi panami, którzy długo i dokładnie spisywali moje dane i pouczyli mnie, że palmom zdjęć kategorycznie robić nie wolno. Inwigilacja gorsza niż w wypełnionym kamerami Londynie!

2017.04-5 Cuba, La Habana, Playas del este trip 05

Co im przeszkadzało? Palmy wyglądały całkiem nieźle. W przeciwieństwie do reszty gospodarki – jest w ruinie, co obrazuje chociażby różnorodność towaru w sklepach. Chociaż i tak jest nieźle, bo jeszcze niedawno były one podobno całkiem puste.

2017.04-5 Cuba, Shop Shelves

O przemyśle czy jakichkolwiek zdolnościach wytwórczych gospodarki lepiej nie wspominać. Kuba to raj recyklingu. Miejsce, gdzie nabija się jednorazowe zapalniczki, a słynne na cały świat zabytkowe samochody jeżdżą po ulicach nie z powodu sentymentalnej miłości mieszkańców, a dlatego, że dla większości po prostu nie istnieją sensowne alternatywy.

Tubylcy poruszają się więc w rozklekotanych, remontowanych chałupniczą metodą i wydzielających z siebie kłęby dymu rzęchach. Nie można im odmówić (poza licznymi maluchami i ładami) swojego uroku, ale doskonale, podobnie jak budynki w centrum Hawany, obrazują one stan tutejszej ekonomii.

2017.04-5 Cuba, La Habana, Centro Habana 00005

2017.04-5 Cuba, La Habana, Centro Habana 00011

A gdybyście się zastanawiali, to po półgodzinnym spisywaniu moich danych, pouczeniach i nieustającym kontakcie z bazą przez wielką krótkofalówkę panowie policjanci puścili mnie wolno. Nie zajrzeli do aparatu, nie poprosili o wykasowanie zdjęć, które były powodem zatrzymania. Es Cuba.

Viva la revolucion!

Rewolucja może poszczycić się jednak wieloma sukcesami. Dzięki trudnemu do zrozumienia systemowi subwencji, kartek i specjalnych sklepów (las bodegas) praktycznie każdy Kubańczyk ma zapewniony zapas podstawowych towarów żywnościowych, a wiele innych produktów bywa śmiesznie tania.

2017.04-5 Cuba, La Habana, La Bodega 00002

Chleb o kształcie i wielkości porządnej bagietki kosztuje jedno lokalne peso (czyli piętnaście groszy polskich), kilogramowa na oko kiść bananów pięć (80 groszy), a hot-dog przy jednej z ruchliwszych ulic (La Rampa) dziesięć (1,5 PLN). Fidel w tle gratis.

2017.04-5 Cuba, La Habana, Hot-Dog

Ale nie samym chlebem i hot-dogami żyje człowiek. Bezdyskusyjną zdobyczą Kubańskiej Rewolucji jest chociażby stojąca na wysokim poziomie państwowa edukacja. Liczne, darmowe uniwersytety kształcą naprawdę niezłych specjalistów. O tym jak niezłych może chociażby zaświadczyć wysoki poziom rozwoju w zakresie badań medycznych. Tak jest. Poza powszechną, bezpłatną, stojącą na porządnym poziomie i o wiele mniej zakolejkowaną niż u nas opieką zdrowotną kubańscy specjaliści w duchu bezinteresownej, internacjonalistycznej (zupełnie bez kpiny) współpracy pomagają na całym świecie oraz mają niesamowite osiągnięcia w dziedzinie terapii na takie schorzenia jak cukrzyca a nawet rak!

I wreszcie – co nieodmiennie wyprowadza mnie z równowagi, gdy słyszę jakiegoś fanatycznego krytyka Fidela albo wielbiciela Pinocheta – wydarzeń w tym regionie świata nie sposób choćby powierzchownie zrozumieć bez podstawowej znajomości jego historii. W jednym zdaniu: Fidel, Che i ich brodaci koledzy wyzwolili miliony Kubańczyków spod trwającej pół wieku władzy kolejnych satrapów i amerykańskich korporacji, których polityka pracownicza wyglądała tak, że w porównaniu do niej współcześni robotnicy z azjatyckich fabryk odzieży wiodą życie wyższej klasy średniej.

Aby lepiej zrozumieć latynoamerykańską niechęć do gringos wyobraź sobie, że jesteś obywatelem takiego Chile – kraju przebogatego w złoża miedzi. Niestety nie czerpiesz z tego żadnych korzyści, bo wszystkie one należą do amerykańskich firm, które oferują ci zatrudnienie za głodową pensję w nieludzkich warunkach w trybie siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin dziennie. Zyski zaś w całości wędrują do USA, bo korporacje te nie płacą na miejscu praktycznie żadnych podatków, opłacając wyłącznie el presidente oraz lokalnego szefa policji, który z radością wyśle na ciebie swoje oddziały, jeśli tylko odważysz się zaprotestować przeciwko tej sytuacji.

Ale przecież większości ludzi takie sprawy w ogóle nie interesują – chcą fajnych wakacji. Cóż, tylko że Kuba to trochę taka…

Warszawska Praga lat 80-tych.

To chyba bardzo dobre porównanie. O ile – jak większość młodszych i nie-super-bogatych turystów – zdecydujesz się zamieszkać na kwaterze prywatnej (casa particular) – czeka cię doświadczenie mieszkania w slumsach. Większość owych kwater mieści się bowiem w dzielnicach Habana Centro i Habana Vieja, przy których (z wyjątkami kilku odnowionych tak pięknie, że aż trącą Cepelią ulic w Habana Vieja) współczesny Wałbrzych czy Bytom to piękne, zadbane, czyste i tchnące optymizmem miasta.

Brud, smród, upał i niesamowity hałas niemal o każdej porze dnia i nocy. A może chcesz uciec i skorzystać z morskiej bryzy na szeroko reklamowanym Maleconie – ciągnącej się kilka kilometrów nadmorskiej promenadzie? Zachwalający go zapominają zwykle wspomnieć, że wzdłuż ciągnie się niesamowicie ruchliwa, wielopasmowa droga, co w połączeniu z opiewanymi wyżej walorami technicznymi lokalnego taboru samochodowego sprawia, że w większej ciszy i czystszej atmosferze można by się pewnie przespacerować po koksowniczym kombinacie.

A jeśli nie promenada, to może jakaś lokalna, klimatyzowana tania knajpka? Skuszony wzmianką o tanim chlebie masz nadzieję na budżetowe wakacje? Przykro mi – nic z tego. Porównanie do Polski z lat 80-tych nie jest przypadkowe. U nas były Pewexy, a obcokrajowcy mogli płacić wyłącznie dewizami. Tu jest podobnie z tą różnicą, że turysta płaci w specjalnej walucie zwanej peso convertible (CUC). Może nie ma już takich obostrzeń, jak kiedyś – jesteś w stanie nabyć lokalne peso (moneda nacional, CUP) i pojechać lokalnym transportem, kupić tani chleb, hot-doga czy banany, ale jeśli chcesz zjeść porządny obiad w klimatyzowanej knajpie – czeka cię wydatek równowartości 50-75 złotych. Za taksówkę z lotniska zapłacisz zaś jeszcze więcej.

Ale przecież nie ceny i wygląd budynków są najważniejsze. Liczą się przede wszystkim kontakty międzyludzkie. Niestety – podejście większości napotkanych Kubańczyków do twojej skromnej osoby można zgrubnie zmieścić w dwóch kategoriach:

Pierwsza: dusić bogatego frajera. Oferty taksówek, podróbek cygar oraz wszelkiej maści żebranina są liczne i niesamowicie męczące, choć trzeba uczciwie przyznać, że tubylcom szczęśliwie daleko do kunsztu wykazywanego w tej dziedzinie przez mieszkańców rejonu Zatoki Perskiej. A podejście numer dwa? Jest jeszcze gorsze od pierwszego i można je streścić w zdaniu:

Bogaty frajerze z Zachodu, przyjechałeś się pośmiać z naszej biedy i niedoli, co?

Spotkasz się z nim nieraz w lokalnym sklepie, środku transportu albo mijając odstrzelone jak stróż w Boże Ciało grupki młodzieży.

Nie winię Kubańczyków, że widzą w nas głupich, bogatych gringo. Logicznym remedium na przełamanie tego stereotypu byłaby pewnie rozmowa, ale o tę jest niezwykle trudno. Tutaj praktycznie nikt, włącznie z obsługą w hotelach, nie mówi znośnie po angielsku. Zagadując zaś w szkolnym hiszpańskim dostaniesz w odpowiedzi wyrzucony z siebie z szybkością nowoczesnego karabinu maszynowego slang z połkniętą dodatkowo połową końcówek. Powodzenia.

Czy to oznacza, że żałuję pobytu?

Nie do końca.

Elementarne, drogi Watsonie.

Zadziwiające jak często, szczególnie w nowych i nieznanych sytuacjach, człowiek przestaje kojarzyć podstawowe fakty, kompletnie traci zdolność logicznego wnioskowania i potrzebuje pomocy aby skojarzyć to, co oczywiste. Dla mnie sygnałem do uruchomienia procesu dedukcji stał się spacer po Vedado – willowej dzielnicy Hawany. Nagle bowiem okazało się, że poza Pragą Północ Hawana oferuje także (może wymagający nieco renowacji, ale jednak) Stary Mokotów, gdzie nikt nie wciskał mi okazyjnie towarów, tubylcy wyglądali całkiem normalnie i dało się spokojnie zrelaksować z książką na ławce w zieleni i ciszy.

2017.04-5 Cuba, La Habana, Vedado 05

Oczywisty wniosek, na który wcześniej nie wpadłem:

Zamieszkałeś w slumsach i szwendasz się po najbardziej turystycznych miejscach Hawany. Kogo spodziewałeś się tam spotkać – bezinteresownych intelektualistów?

To trochę jakby wyrobić sobie zdanie na temat Polski i Polaków po wynajęciu na tydzień pokoju na blokowisku w Gdańsku Oruni połączonym z okazjonalnym spacerem po sopockim Monciaku. Jeśli tylko otworzyć szerzej oczy i zejść ze szlaku opisywanego przez przewodnik Pascala, to Kuba potrafi być naprawdę świetnym miejscem.

I to nawet jeśli nie jesteś dziewczyną, z którą lokalni muchachos pragną tańczyć gorącą salsę.

Wystarczy przespacerować się gdzieś dalej niż slumsy nad Maleconem i cukierkowo odrestaurowane centrum Hawany. Spróbować wsiąść w taxi colectivo i pojechać na plażę w Guanabo czy Mar Azul, dalej – do Viniales czy Trynidadu, albo też całkiem blisko – na drugą stronę zatoki do Reglos, gdzie widok turysty jest czymś dość egzotycznym i da się spotkać z prawdziwą lokalną życzliwością (chyba, że zaczniesz robić zdjęcia palmom). Wstać wczesnym rankiem, przypatrzeć się normalnym ludziom zdążającym do pracy i zakupić na jednym z przeznaczonych dla nich straganów świeżą, znakomitą café cubano

2017.04-5 Cuba, La Habana, Centro Habana 00021

…a potem sącząc tę kawę dostrzec na kolejnym rogu leżącego zarżniętego rytualnie czarnego koguta, wyjść z trybu wścibskiego turysty i dzielnie powstrzymać się od zrobienia zdjęcia.

Tak. Kuba to znakomite miejsce by poćwiczyć dystans do siebie i świata oraz oderwać się. Brak łatwo dostępnego internetu – okazja na krótki, zbawienny odwyk. Taksówkarz nie wie, jak dojechać pod wskazany adres – pozwiedzajcie na jego koszt okolice. Zamówiony na lotnisko transport nie przyjechał a ty nie znasz dokładnego adresu – zapoznaj życzliwych turystów, którzy za pomocą cudownej aplikacji pomogą ci go określić. Spóźniłeś się na pierwszomajowy pochód, bo panowie policjanci podali ci złą godzinę rozpoczęcia? Odpuść i ciesz się, że kiedy przybyłeś na miejsce znalazłeś na ziemi suwenir wszech czasów. Prawdziwą, oryginalną pamiątkę, a nie beret w stylu Che Guevary made in China.

2017.04-5 Cuba, La Habana, 1st May 00003

A kiedy tubylcy atakują cię wypluwanym z szybkością karabinu maszynowego lokalnym slangiem – naucz się wprowadzać ich z rytmu odzywając się z uśmiechem po polsku – zadziwiająco szybko łapią i przechodzą w tryb ‚comprende, comprende?‚.

To co, warto?

Mam nadzieję, że tym subiektywnym geograficzno-historycznym przewodnikiem po największej wyspie Karaibów pokazałem, że szafowanie jednoznacznymi opiniami jest po prostu głupie. Nawet w tak stosunkowo mało istotnym temacie, jak ocena polityki egzotycznego kraju, czy jego wartości jako urlopowej destynacji nie jest to wcale takie proste. To co powiedzieć o innych, mających fundamentalny wpływ na nasze życie sprawach? Właśnie dlatego staram się nie wydawać ex cathedra wyroków w sprawie reformy szkolnictwa, zapłodnienia in vitro, oceny polityki Stanisława Augusta Poniatowskiego i Wojciecha Jaruzelskiego, tego czy warto być w Unii Europejskiej oraz wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem.

Wypowiadam się i kłócę tylko na tematy, które już co nieco liznąłem: zarządzanie ludźmi i projektami, urządzanie mieszkań, robienie rzeźby oraz wyprowadzanie z równowagi mojego kumpla Dara. O tym, co powinieneś i czy koniecznie musisz sądzić coś na temat Kuby zdecyduj więc proszę samodzielnie.