Nauka i rozwój osobisty | antifragile.pl https://antifragile.pl antykruchość w życiu i w biznesie Wed, 02 Jun 2021 17:52:48 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.4.7 https://antifragile.pl/wp-content/uploads/2018/05/cropped-samahydra_3glowy-32x32.png Nauka i rozwój osobisty | antifragile.pl https://antifragile.pl 32 32 Kokainiści, dobre rady i występ w telewizji śniadaniowej https://antifragile.pl/2020/02/jak-przekonac-kogos-zeby-odpuscil/ Wed, 19 Feb 2020 12:03:52 +0000 https://antifragile.pl/?p=10159 Jak przekonać kogoś, żeby odpuścił? Jakie są jedyne dozwolone sposoby wsparcia osoby w kryzysie? I wreszcie dlaczego należy uważać na telewizyjnych fryzjerów? Zapraszam na kontynuację najpopularniejszego tekstu w historii tego bloga – popełnionych dokładnie pół roku temu pułapek rozwoju osobistego. To, co się stało najlepiej opisze chyba słowo „lawina”. Błyskawicznie po publikacji pojawił się pierwszy […]

The post Kokainiści, dobre rady i występ w telewizji śniadaniowej first appeared on antifragile.pl.]]>
Jak przekonać kogoś, żeby odpuścił? Jakie są jedyne dozwolone sposoby wsparcia osoby w kryzysie? I wreszcie dlaczego należy uważać na telewizyjnych fryzjerów? Zapraszam na kontynuację najpopularniejszego tekstu w historii tego bloga – popełnionych dokładnie pół roku temu pułapek rozwoju osobistego.

To, co się stało najlepiej opisze chyba słowo „lawina”. Błyskawicznie po publikacji pojawił się pierwszy komentarz, a zaraz za nim drugi, trzeci i kolejne. Równolegle zaczęły przychodzić wiadomości. Ludzie pisali maile, wysyłali wiadomości na LinkedIn i przez Facebooka. W końcu zadzwoniła Pani Patrycja z INN Poland, a niedługo po publikacji jej artykułu dostałem zaproszenie do… Pytania na Śniadanie.

Ale po kolei.

Komentarze, wiadomości, reakcje

Poza naprawdę licznymi głosami wsparcia i mądrymi uwagami przeraziły mnie trzy rzeczy.

PRIMO: Skala problemu

Od historii, które przeczytałem w wiadomościach prywatnych, dosłownie jeżył się włos na głowie. Stany lękowe, załamania nerwowe, problemy z oddychaniem, rozpady rodzin i hospitalizacje. Lista tego, do czego doprowadzają się w dobrej wierze naprawdę mądrzy i ogarnięci ludzie jest przerażająco długa.

Jak to w ogóle skomentować? Myślałem i stwierdziłem, że najlepszy będzie wielki żółwik.

Wiem, jak ważna bywa świadomość, że nie jest się jedyną osobą z tym problemem. Dziwakiem w świecie, w którym otoczenie najczęściej patrzy na Ciebie z góry jako na oszołoma samorozwoju, a jedyne wsparcie jakiego udziela to kretyńskie rady, abyś wyluzowała/wyluzował.

Rady, no właśnie…

SECUNDO: „dobre rady”

Zatrważająca wręcz była ilość rozmaitych otrzymanych przeze mnie (niezamówionych) sercowych porad. Poza niezliczonymi rekomendacjami książek, które teraz, zaraz i natychmiast powinienem przeczytać, dowiedziałem się m.in., że:

„…chyba ominąłeś lekcję o tym, że coś może być wystarczająco dobre…

„…Zbyt duże emocje za kierownicą mogą się kończyć dramatycznie. Fizjoterapia jest po prostu dla Ciebie zbawieniem, ale skoro musisz często z niej korzystać, to znaczy że coś jest nie tak z Twoim treningiem. Może masz złą technikę biegu?…

„…Polecam najprostszą relaksację: usiąść w spokoju, olać calusieńki świat, zrobić sobie takie wakacje wewnętrznie (…) 2-3 tygodnie i będziesz jak nowo narodzony…”

Moi drodzy. Skoro wy pozwoliliście nieproszeni napić się z krynicy waszej mądrości, ja radośnie odwdzięczę się tym samym. Otóż:

Nie udziela się nieproszonych dobrych rad. Zwłaszcza w takiej sytuacji.

Poza (często nieświadomym, ale sorry – taki właśnie jest wydźwięk) traktowaniem drugiej osoby z góry (bo przecież to takie oczywiste i wy to wiecie, a ten ciemny debil nie), są one najczęściej zwyczajnie chybione. Nie macie bowiem pełnego obrazu sytuacji, nie znacie wszystkich szczegółów i niuansów. Nie wiecie czego ktoś już próbował, na co ma uczulenie, a czego zabroniła mu babcia.

Obdarowany mądrością waszą delikwent nie dość więc, że dalej jest w podobnym bagnie, to jeszcze jest przez was stawiany w idiotycznej sytuacji. Bo coś wypadałoby Wam odpowiedzieć, tylko co…? Zacząć się tłumaczyć, polemizować i nakreślać całą sytuację? Bez jaj. To może jednak pominąć milczeniem? Tylko wtedy możecie uznać go za buraka, co to nawet nie raczy odpowiedzieć. Jak mawia pewna bliska mi osoba: jak się nie odwrócisz – d*** z tyłu.

Co więc jest dozwolone, gdy ktoś przechodzi trudne chwile? Zaproszenia na jaglany budyń, rowerową wycieczkę albo wino oraz wszelkiego innego rodzaju wyrazy wsparcia.

Rady zaś zachowaj na sytuacje, kiedy ktoś Cię o nie POPROSI.

TERTIO: amatorska psychodiagnostyka i psychoporadnictwo

Było tego więcej, ale przytoczę tylko jedną, moją ulubioną wypowiedź:

Nie da się rozwalić pewności siebie. Jeśli Ci się udało, to znaczy, że nigdy jej tam nie było. A kompulsywne podążanie za doskonałością to tylko tego dowód.”

Abstrahując już od tego, jak pełnym empatii zachowaniem jest publiczne imputowanie komuś znajdującemu się w dołku niskiego poczucia własnej wartości lub innych psychicznych przypadłości (to w pozostałych otrzymanych „diagnozach”), to niestety moi drodzy Freudowie dla ubogich, ale gadacie od rzeczy.

Naprawdę nigdy nie słyszeliście o nawet bardzo silnej osobie, która pod wpływem jakichś traumatycznych wydarzeń kompletnie zmieniła swoje zachowanie i/lub stała się kłębkiem nerwów?

Jeśli nie, to najwyższy czas przestać słuchać Piotra Blandforda i Kołcza Majka, a zacząć poznawać prawdziwe życie. Na początek rekomenduję, aby dowiedzieć się czegoś więcej na temat podstawowego błędu atrybucji (czyli dlaczego się nam wydaje, że wiemy 'jaki ktoś jest’ na podstawie 1-2 obserwacji albo tekstu na jego blogu) oraz empatii – tu polecę na przykład książki Brené Brown.

Przyczyny, czyli zły benchmarking

Kiedy już trochę się otrząsnąłem, zacząłem zadawać sobie pytanie, jak to się stało, że doprowadziłem się do takiego stanu. Do najmocniejszych z postawionych przeze mnie hipotez należą:

  • Sporo napsuł mój taki, a nie inny rys psychologiczny.
  • Możliwe, że zupełnie nieświadomie od lat auto-sabotowałem jakość swojego snu, a w rezultacie cierpię na chroniczny niedostatek fazy głębokiej oraz REM.
  • W imię bycia zgodliwym i pozytywnym tłumiłem frustracje oraz pozwalałem na wchodzenie sobie na głowę tam, gdzie tłumić i pozwalać wchodzić zdecydowanie nie powinienem.
  • I wreszcie zbyt często porównywałem się nie z tymi osobami, z którymi powinienem.

Więcej o trzech pierwszych kiedy indziej. Teraz chwilę o tym ostatnim.

Otóż traf chciał, że jeszcze tego samego kryzysowego lata odbyłem pewne krótkie, ale brzemienne we wnioski i przemyślenia spotkanie biznesowe. Idąc na nie spodziewałem się po pierwsze ubić jakiś interes, a po drugie – jako że rozmówca ciekawą osobą był – zapłodnić intelektualnie. To drugie poniekąd się udało, ale nie ze względu na treść przekazu, tylko na jego formę.

Nie podejmuję się opisać dokładnie zachowania mojego rozmówcy. Przytoczę za to o amatorską diagnozę, którą postawiłem po opuszczeniu szklanego biurowca: kokaina, speed albo przynajmniej MOCNE przedawkowanie Red Bulla. I ja naprawdę chciałem być taki jak on…? 

Tak właśnie zorientowałem się, że w swojej życiowej i biznesowej drodze ponownie nieświadomie uległem syndromowi Instagrama. Oczarowania piękną fasadą bez zastanowienia co kryje się za filtrami. Dostrzegałem tylko, że ten zbudował firmę wartą 100 milionów, tamten sprzedał kurs online za pięć, inny poznał Elona Muska, a równocześnie ukończył osiemnaście iron-manów z zawiązanymi oczami. I oto stoi tu przede mną i gadamy. Normalny człowiek. To co jest ze mną nie tak, że jeszcze tego nie osiągnąłem? Co robię źle? Czego powinienem robić więcej? Co poprawić? 

Oczywiście wiedziałem, że takie porównywanie się nie jest do końca zdrowe. Tylko, że – myślałem sobie – daje przecież wiele inspiracji i motywacji do działania… I miałem rację, bo to nie porównywanie się jest problemem. Sęk w tym, żeby porównywać się z prawdą, z pełnym obrazem, a nie tylko z kolorowym instagramowym (a w przypadku biznesu Forbesowo-Linkedinowym) mitem.

Podziwiamy ludzi sukcesu, ale zapominamy, że BARDZO wielu z nich to (bez nazwisk, ale można łatwo wyszperać przykłady):

  • Alkoholicy i narkomani, którzy nakręcają się do pracy i działania koksem oraz amfą, relaksują z pomocą whisky i prosecco, a zasypiają wyłącznie dzięki tabletkom.
  • Psychopaci bez empatii, etyki i skrupułów. Z nieistniejącym albo dysfunkcyjnym życiem emocjonalnym i osobistym.
  • Mitomani. Zwłaszcza na LinkedIn wielu „ekspertów i ludzi sukcesu” znanych jest tego, że są znani. Tworzą wzajemne kółka adoracji, ale gdy przyjrzeć się dokładniej…

Wreszcie są też Ci, którzy są w miarę normalni i dzięki ciężkiej pracy osiągnęli bardzo wiele. W ich historiach często jednak pomijane jest to, skąd startowali – gdzie się urodzili, kogo znali i ile mieli pieniędzy. Kiedy Page i Brin zakładali Google, pożyczyli od rodziny i znajomych milion dolarów. Nie wiem jak Ty, ale ja nie mam znajomych, którzy wyskoczyliby dla mnie z 4 milionów złotych na dziwny i nie zapowiadający jakiegoś spektakularnego sukcesu projekt.

Dlatego niniejszym solennie postanawiam: historiami sukcesu będę się wyłącznie (i z umiarem) inspirował. Porównywał zaś będę się wyłącznie do jedynej osoby, do której powinienem – siebie z przeszłości. Swoją drogą ostatnio to zrobiłem i wyszło wcale nieźle.

No dobra. To nim przejdziemy do telewizji śniadaniowej jeszcze jeden ważny punkt.

Ktoś bliski ma podobnie: jak żyć?

Pani Patrycja z INN Poland zadała mi ważne pytanie:

Załóżmy, że ktoś ma bliską osobę, którą podejrzewa o zamierzanie w tym samym kierunku co ty. Co byś jej podpowiedział? Jak mogłaby spróbować przemówić takiemu rozwojowcowi i oraczowi do rozsądku?

Przede wszystkim daruj sobie złote rady w rodzaju „chyba powinieneś wyluzować”. To jest dokładnie tak, jak wtedy gdy ktoś mówi ci “nie martw się, wszystko będzie dobrze” – mówiący te słowa czuje się lepiej (w końcu „chciał pomóc”), ale to absolutnie niczego nie zmienia.

Oni mają prawdopodobnie inny system wartości niż Ty. Czytaj: taki styl życia ich kręci, taki styl życia się u nich sprawdza. Czemu więc mieliby go zmieniać? Możesz sobie gadać i przekonywać do woli, ale ktoś taki nie rzuci nagle swojego wypełnionego po brzegi kalendarza i nie poleci przytulać drzew. Daruj sobie też szantaże emocjonalne, wszelkie ultimatum oraz podstępy. Nie wciskaj wieczorem po ciężkim dniu ciastek komuś, kto perfekcjonistycznie unika cukru, aby „wyluzował i cieszył się życiem”. Nawet jeśli zje to nazajutrz będzie zły na Ciebie, a przede wszystkim na siebie i wszystko to będzie z cieszeniem się życiem miało wspólnego bardzo mało.

Potrzeba zmiany musi wynikać ze środka.

Jeśli dobrze znasz tę osobę, to najmniej inwazyjnym i potencjalnie najzdrowszym sposobem jest pokazanie innego świata. Wspólne odzyskanie starego hobby porzuconego gdzieś w pędzie kariery albo odkrycie nowego. Czegoś, co sama zechce robić (czytaj: musi ją to kręcić i jej się podobać), a co pomoże jej nabrać dystansu do codziennego pędu i orki.

Na przykład dla mnie wycieczki w góry i szeroko pojętą naturę są czymś, czego w pracowo-rozwojowym pędzie potrafię nie inicjować miesiącami (bo tyle do zrobienia). Jednak praktycznie nie zdarza się, abym odmówił komuś propozycji jakiegoś szybkiego wypadu.

Kiedy człowiek siedzi zmęczony, ale szczęśliwy i popija w schronisku herbatę (bez cukru!), widzi swoją codzienność z zupełnie innej perspektywy. Wtedy duża część z tego codziennego pędu jawi mu się taką, jaką jest w rzeczywistości – kompletnie bez sensu. Jeśli więc będziecie wystarczająco konsekwentni i cierpliwi we wspólnych poszukiwaniach, jest spora szansa że uda się kogoś z tego pędu wyrwać.

Alternatywna i nieco bardziej drastyczna droga to poczekać aż w końcu zderzą się ze ścianą albo przynajmniej porządnie potkną. Czyli znajdą się w momencie, w którym ma szanse dotrzeć do nich, że obecny tryb działania ma jednak poważne wady i może prowadzić donikąd. A wtedy… zaprawdę zaklinam nie mów (nawet jeśli bardzo Cię kusi) „a nie mówiłem?”. Zamiast tego zaoferuj wsparcie i rozważ:

  • Podesłanie ku refleksji niniejszego oraz poprzednich dwóch (tego i tego) tekstów z tego bloga.
  • Taktowne zasugerowanie wizyty u DOBREGO (szukaj z polecenia!) coacha.

Chodzi o coś, co pobudzi ich aby poszukali swojej własnej, osobistej drogi wyjścia z tego bagna. To może być psychoterapia, rzucenie wszystkiego i wyjechanie w Bieszczady albo praca w schronisku dla zwierząt. Byle pomysł był własny, a nie narzucony przez jakiegoś Wujka Dobra Rada.

Dlaczego coach, a nie psychoterapeuta? Po pierwsze lepiej brzmi (wiele osób mogłoby odebrać to jako sugestię „leczenia się na głowę”). Po drugie proces coachingowy z definicji jest czymś krótkim, co powinno pomóc ułożyć sobie tej osobie w głowie i dojść do tego, jaki kierunek warto teraz obrać. A wtedy z pełnym przekonaniem ruszyć naprawiać to, co się posypało (jeśli będzie to terapia – polecam ten wprowadzający tekst Igi).

No dobra, to teraz na deser:

Jak to jest być w telewizorze?

Kiedy dostałem zaproszenie do Pytania na Śniadanie, byłem mocno sceptyczny. Temat był śliski. Taki, przy którym łatwo dać zrobić z siebie idiotę albo oszołoma. Dlatego nim odpisałem uprzejmemu Panu Researcherowi skonsultowałem się z dwójką znajomych – Julittą, która jest tam regularnym gościem oraz Piotrem, byłym wydawcą Dzień Dobry TVN, który teraz zajmuje się szkoleniami z tego, jak z głową współpracować z mediami. Dostałem od nich kilka naprawdę mądrych rad, za które bardzo dziękuję.

Jadąc do Warszawy miałem tylko dwa cele: dobrze się bawić i nie dać zrobić z siebie idioty. I jeśli nie liczyć fantazyjnego loka, którym skrzywdził mnie telewizyjny fryzjer, zadanie zdaje się wykonałem.

Tym optymistycznym akcentem kontynuację sierpniowego tekstu uważam za prawie zamkniętą.

Prawie, bo za kilka miesięcy planuję napisać jeszcze uczciwą relację z mojego „naprawiania się i odpuszczania”. Czego próbowałem, co działało, a co nie. A uwierzcie mi, że próbowałem (i próbuję nadal) naprawdę wiele…

The post Kokainiści, dobre rady i występ w telewizji śniadaniowej first appeared on antifragile.pl.]]>
Pięć lat poza korporacją, czyli antykruchość w działaniu https://antifragile.pl/2019/12/jak-jest-poza-korporacja/ Mon, 02 Dec 2019 15:22:39 +0000 https://antifragile.pl/?p=9999 Niedawno minęło pięć lat odkąd przybiłem piątkę ze swoim zespołem, a następnie włożyłem plecak, by po raz ostatni przekroczyć próg krakowskiego biura mojego pracodawcy. Wiedziałem tylko, że jadę na miesiąc odetchnąć do Azji, a potem… potem to jakoś się zobaczy. Dziś krótkie podsumowanie z okazji okrągłej rocznicy tych jakże brzemiennych w skutki wydarzeń. Postanowiłem nie […]

The post Pięć lat poza korporacją, czyli antykruchość w działaniu first appeared on antifragile.pl.]]>
Niedawno minęło pięć lat odkąd przybiłem piątkę ze swoim zespołem, a następnie włożyłem plecak, by po raz ostatni przekroczyć próg krakowskiego biura mojego pracodawcy. Wiedziałem tylko, że jadę na miesiąc odetchnąć do Azji, a potem… potem to jakoś się zobaczy. Dziś krótkie podsumowanie z okazji okrągłej rocznicy tych jakże brzemiennych w skutki wydarzeń.

Postanowiłem nie iść we wspominki, retrospekcje i inne epopeje, tylko opisać pięć najważniejszych nauk, jakie wyciągnąłem z tego naprawdę bogatego w przeżycia okresu. Zaczynamy!

#1 Nie każde miejsce pracy jest dla mnie

Jak rozstałem się z korporacją? Zwolniono mnie! Czy może raczej nie przedłużono kontraktu. Teoretycznie była szansa, aby zostać, ale w moim stanie psychicznym szybko odpuściłem starania. Byłem wypalony. Włącznie z (jak stwierdzono później) wrzodami i nerwicą. Kto doprowadził mnie do tego stanu? Sam się doprowadziłem nie umiejąc odpuścić!

Po kilku naprawdę fajnych latach trafiłem na mocno gówniany projekt – budowę i wdrażanie korporacyjnego systemu, którego nikt nie chce używać. Praca w połowie składała się z telekonferencji, a w drugiej z udawania przed programistami, że to co robią jest ważne, chociaż i ja i oni dobrze wiedzieliśmy, że tak nie jest. Sugerowałem wielokrotnie konieczność zamknięcia całości, ale (teraz rozumiem, że z powodów wizerunkowo-politycznych) zmuszany byłem do ciągnięcia tego całego szamba dalej.

Zmuszany? Ktoś mnie skuł kajdankami i szantażował? Nic z tych rzeczy. Nie pozwalała mi moja sumienność i poczucie obowiązku (przecież rezygnacja to poddanie się, przecież szef na mnie liczy, przecież…), a także – co tu ukrywać – złota klatka, w jakiej się znajdowałem. Bardzo wysoka pensja, wygodne biuro, benefity – wszystko to miałem tak dobre, że wtajemniczeni bliscy pukali się w głowę słysząc pomysł, że mógłbym zostawić TAKĄ DOBRĄ PRACĘ.

Team, ISDC staircase
Nie, to NIE jest ten zespół, o którym piszę. Ale firma ta sama.

Tylko, że każdy z nas ma nieco inną osobistą hierarchię wartości i potrzeb, a w mojej na samym szczycie, nad pieniędzmi, nad zdrowiem, nad relacjami stoi: poczucie sensu w tym, co robię. Ten projekt przypominał zaś (kosztujące ciężkie pieniądze!) przesypywanie piasku z kupy na kupę przy jednoczesnym udawaniu, że wszystko to jest bardzo ważne i istotne. Każdy dzień polegał więc na gwałceniu tego, co dla mnie najważniejsze i najcenniejsze. Trwało to prawie rok, aż pewnego dnia nie wytrzymałem i powiedziałem szefowi nieco dosadniej, co o myślę o tym wszystkim.

W ten oto sposób się rozstaliśmy.

Niedługo po powrocie z Azji pracę zaproponował mi pewien startup. Mocny zespół, ciekawa technologia, fajna atmosfera. Ale jednocześnie zero autonomii (na stanowisku Program Managera!) i jeden ze współzałożycieli traktujący ludzi jak swoich osobistych niewolników. Kiedy po trzech miesiącach kończył się mój okres próbny zrobiłem sobie test lustra – zastanowiłem, jaką zazwyczaj widzę w nim minę, kiedy wracając z pracy otwieram drzwi i widzę swoje odbicie. Zastanowiłem się i już wiedziałem, co zrobię – nie przedłużyłem umowy (chcieli).

Nauczyłem się, że nie każde miejsce jest dla mnie i że trzeba nauczyć się w pewnych sytuacjach wyłączać własną sumienność, determinację i konsekwencję. Wyłączać, odpuszczać i uciekać. Dla własnego dobra.

Swoją drogą z tego, co potem wielokrotnie dochodziło mnie na ich temat, to była bardzo dobra decyzja.

#2 Przedsiębiorczość rodzi PRAWDZIWA potrzeba

Zrobiłbym coś swojego, ale nie bardzo wiem co. No nie bardzo mam pomysł…

Gdyby dawali mi tysiaka za każdym razem, kiedy słyszę od kogoś to zdanie – byłbym milionerem. Gdyby dołożyć do tego kolejny tysiąc za każdy przypadek, kiedy sam je wypowiedziałem – miejsce na liście „Forbesa” miałbym murowane!

Ostatnie pięć lat nauczyło mnie w dziedzinie przedsiębiorczości jednego: żeby zacząć robić swój biznes musisz być albo naprawdę głodny (sukcesu, uznania, pieniędzy), albo porządnie ruszony jakąś potrzebą emocjonalną. Po odejściu z korpo miałem tę (czasem wątpliwą) przyjemność doświadczyć obu tych bodźców.

Kiedy po wspomnianym wyżej porzuceniu toksycznego startupu podsumowałem swoje finanse, okazało się, że mogę spłacić swój kredyt hipoteczny. Co też skwapliwie uczyniłem. W rezultacie stałem się szczęśliwym posiadaczem wolnego od obciążeń mieszkania oraz 5000,- (pięciu tysięcy złotych polskich) oszczędności. No i byłem bez pracy, a powrót do zarządzania projektami w korpo plasował się na liście moich marzeń gdzieś w okolicach kolonoskopii. Może nie nazwałbym tego „nożem na gardle”, ale stabilną finansowo sytuacją też nie.

Rezultat? Ten sam zblazowany Igor, co to nie miał żadnego pomysłu na biznes, stał się nagle gejzerem kreatywności: podnajem mieszkania turystom, modeling, eko-owsianki, ręcznie szyte fartuchy kuchenne, zarabianie na blogu. Jadąc rowerem ulicami Krakowa dosłownie na każdym kroku widziałem jakiś pomysł. Widziałem te przysłowiowe leżące na ulicy pieniądze, których za nic nie dostrzegałem, kiedy tkwiłem w wygodnej złotej klatce.

Igor i Owsianki
Testujemy smaki owsianek przed pójściem do klientów.

Jakiś czas później doświadczyłem jeszcze mocniejszego rodzaju bodźca. Było to – pardon my french – wkurwienie. Współpracowałem wtedy jako podwykonawca pewnej firmy szkoleniowej, dostarczając ich pełne ogólników i bullshitu programy szkoleniowe:

Jak motywować zespół? Zespół trzeba motywować regularnie!

Jak zapobiegać opóźnieniom?  Należy dobrze zaplanować projekt!

I tak dalej w tym stylu. Z początku wierzyłem, że ma to sens (w końcu to ONI, a nie ja mieli lata doświadczeń w świecie szkoleń). I część tych programów nawet miejscami go miała, ale ludzie nie po to płacą ciężkie pieniądze, aby bawić się w poławiaczy pereł z obornika. A ja wraz z nabieraniem pewności siebie i doświadczenia coraz bardziej widziałem, jakie to wszystko słabe i było mi coraz bardziej głupio, że firmuję to własną mordką.

Ostatecznym impulsem stało się jednak zagranie à la Janusz Biznesu, które bez cienia żenady zastosowali na mnie Prezes oraz Dyrektor Zarządzający. Szmelc-biznesowy klasyk w postaci:

Te zapisy umowy, w których ty się do czegoś zobowiązujesz egzekwujemy bezwzględnie. A te zapisy, w których my się do czegoś zobowiązujemy traktujemy elastycznie. Zwinnym trzeba być!

Do wcześniejszych frustracji doszedł więc gniew oraz całkowita utrata zaufania. Rezultat? Trzy i pół roku później mam własną, nieźle prosperującą, etyczną i zgodną z moimi wartościami firmę szkoleniową. Coś, czego te pięć lat temu w życiu bym się nie spodziewał. O czym bym nie śmiał marzyć i na co bym się nie zdobył, gdyby nie PRAWDZIWA potrzeba, a nie tylko „fajniebybyło”.

#3 Trzeba szukać swojej własnej wersji balansu

Doświadczenia ostatnich lat sprawiły, że zacząłem głęboko wierzyć w sens zachowywania życiowego balansu. Zdrowej równowagi w najważniejszych dziedzinach życia. Tylko, że coś nie bardzo udawało mi się osiągnąć za wiele w tej dziedzinie…

Dopiero opisywane ostatnio zderzenie czołowe z rzeczywistością i spowodowane nim przemyślenia uświadomiły mi, że większość recept i rad, które próbowałem zastosować, kompletnie do mnie nie pasowało. Trzeba było wyjść od podpowiedzi, którą Starożytni Grecy umieścili u wejścia Wyroczni Delfickiej.

γνῶθι σεαυτόν — poznaj samego siebie.

Bez tego stosowanie rozmaitych rad jest jak próba naprawy pralki częścią, którą polecano w ostatnim psychologiczno-biznesowym bestsellerze, zamiast taką, która faktycznie się zepsuła. Najpierw poznaj więc swój własny profil osobowościowy, swoje braki, skrzywienia i przegięcia i dopiero potem dobieraj do nich stosowne porady i remedia.

Konkretnie i na przykładzie? Proszę bardzo.

Jestem turbo-sumiennym, zdeterminowanym i zdyscyplinowanym perfekcjonistą. Ze wszystkimi licznymi wadami i zaletami takiej osobowości. To, co różni ludzi takich jak ja od reszty populacji to to, że kiedy słyszymy o nowej ciekawej metodzie albo modelu i postanawiamy ją wdrożyć to:

a) Nie dokładamy jej do próżni. Dokładamy ją jako kolejny element całego, prawdopodobnie długiego szeregu metod, technik i postanowień, które także nam się spodobały i które uczyniliśmy częścią naszych wyśrubowanych standardów.

b) My nie porzucamy tego postanowienia po sześciu dniach jak przeciętny Kowalski. Konsekwentnie je kontynuujemy. Dopóki śmierć albo poważny kryzys nas nie rozłączy.

Dlatego pierwsze poszukiwania równowagi życiowej, większego poczucia szczęścia i redukcji stresu, o których mogę powiedzieć, że gdzieś mnie prowadzą, zacząłem nie od dołożenia nowej techniki oddychania holotropowego albo lektury mądrej książki. Nope. Zacząłem od przeprowadzonego umiejętnie i z wyczuciem wycięcia mniej więcej połowy planów, postanowień i rytuałów oraz kursu dla zaawansowanych w trudnej sztuce nie robienia niczego, olewania i odpuszczania.

I działa. Działa, bo dobrałem to do siebie, swoich przegięć i swojego charakteru. Choć dokładnie taka sama strategia mogłaby okazać się beznadziejna dla kogoś innego.

A, no i jeszcze słowa kluczowe: umiejętnie i z wyczuciem. Dlaczego? Ano dlatego, że…

#4 Strefę komfortu nagina się, a nie łamie!

No dobra, nie do końca. Dokładniej zasada ta wygląda następująco:

  • Jeśli masz do czynienia z jednorazową akcją – warto od czasu do czasu skoczyć na główkę.
  • Jednak kiedy wprowadzasz w życie długoterminową zmianę albo działanie – nie przesadzaj.

Ostatnie pięć lat nauczyło mnie tego bardzo, bardzo, bardzo dokładnie. Z większości jednorazowych „wyskoków” jestem prawie tak samo zadowolony, jak z tego który opisałem w podlinkowanej wyżej relacji. Za to większość długoterminowych samogwałtów kończyła się pętlą stresu, frustracji i w rezultacie porażką. Bo przeginałem, bo chciałem zmienić za wiele na raz.

W takim wypadku o wiele skuteczniejsze jest lekkie naciągnięcie strefy komfortu połączone z uważnym monitorowaniem rezultatów.

Jeśli nigdy nie ćwiczyłeś – nie zapisujesz się na zaawansowaną grupę cross-fit, tylko spędzasz trzy razy w tygodniu 20 minut na orbitreku. To będzie dla ciebie akceptowalny poziom stresu i dyskomfortu, który po kilku tygodniach powinien przynieść jakieś mierzalne efekty. Dokładnie analogicznie postąpiłem ostatnio z wyluzowywaniem. I dlatego to pierwsza tego typu wycinka, która chyba naprawdę działa.

tablica_kanban
Sporo zadań wróciło na dolną tablicę pt. „pomysły”.

Wyciąłem dużo – fakt, ale robiłem to nie łamiąc mojej strefy komfortu, a jedynie ją naginając. Zabrałem się bowiem do tego tak, jak mój wewnętrzny perfekcjonista kocha – precyzyjnie, powoli i z rozmysłem analizując to, co czai się na moich listach rzeczy do zrobienia. I tak ofiarą padł duży projekt badawczy, kilka propozycji współprac i wystąpień, plany związane z nagrywaniem wideo oraz… no cóż – blog, który teraz czytasz. Wycinanie w ten sposób nie przeraziło mnie jednak tak, jak zrobiłoby to z pewnością radykalne stwierdzenie z dnia na dzień „usuń połowę planów”. Względnie wyjazd na 4 tygodnie bez komputera. Nie przeraziło i dzięki temu udało się je wdrożyć w życie.

Uważny monitoring wykazał zaś co następuje: poziom stresu spadł, a świat się nie zawalił. Pierwszą połowę z zaoszczędzonego czasu poświęcić mogłem na relaksy, a drugą na porządniejszą realizację pozostałych planów. Z których jeden zupełnie nieoczekiwanie potwierdził ostatnią naukę, o której chcę dziś napisać.

#5 W życiu i biznesie najważniejsi są ludzie

Niezły banał, co? Tyle, że jaki prawdziwy!

Wspomnianym planem, z którym ruszyłem mniej więcej od sierpnia, było odejście od bycia jednoosobową armią i budowa w ramach Zero Bullshit Management mocnego zespołu. Chodziło oczywiście o skalowanie, czyli zarabianie cudzymi rękami. Jednak równie ważne było wciągnięcie do współpracy osób, z którymi wzajemnie uzupełnialibyśmy się kompetencyjnie. Tak, aby można było startować razem po bardziej różnorodne, większe i ciekawsze projekty. Takie, jakich nikt przy zdrowych zmysłach nie zleci pojedynczej osobie.

Absolutnie nie przewidziałem jednak najważniejszego ubocznego skutku tych działań. Rezultatu tak cudownego, że z maślanymi oczami opowiadam o nim każdemu, kto tylko nieopatrznie spyta co u mnie słychać: po ponad czterech latach przerwy znów jestem częścią zespołu! Nie podejrzewałem, że może to robić AŻ TAKĄ różnicę. Nie siedzimy przecież w jednym biurze, a wszyscy poza mną pracują na co dzień w „normalnych” firmach. A jednak…

Mam grupę turbo-mądrych i doświadczonych ludzi, których mogę spytać o radę albo o pomoc – wreszcie nie jestem sam z odpowiedzialnością za każdą rzecz i każdy pomysł! Dobierałem ich bardzo uważnie, ale równie uważnie oni dobierali mnie. Są ze mną, zawierzyli mi i zdecydowali się na współpracę pod marką Zero BS – to niesamowita odpowiedzialność, ale jednocześnie przeogromny pozytywny kop i motywacja.

trenerzy_zerobs
No i jako Founder mogłem zrealizować swój pierwszy w życiu firmowy zjazd!

I jak tak sobie pomyślę i popatrzę szerzej – to właśnie wszystkie nowe znajomości były największą wartością tych kilku lat. Mając stabilną pracę nawet w najlepszej firmie nigdy nie poznałbym tylu wspaniałych ludzi. W każdym większym mieście w Polsce mam teraz niesamowitych znajomych – od szalonych startupowców, przez dziennikarzy, pisarki, projektantów mody, psychologów biznesu, właścicieli firm, szefa działu audytu w Komisji Nadzoru Finansowego, aż po do tych niby-zwykłych a jednak zupełnie wyjątkowych osób. Ludzi z którymi kawa, spacer albo przejażdżka skuterem zapładniają mnie nie tylko nowymi pomysłami, ale też optymizmem, inspiracją i radością życia.

Antykruchość w działaniu

Ktoś wypomniał mi ostatnio, że w nazwie bloga mam antykruchość, a nic o niej nie piszę. Tylko, że ja piszę o niej cały czas – moje przygody z ostatnich pięciu lat to jej kwintesencja!

Te wszystkie nowe sytuacje, w które się wpakowałem, mniejsze i większe ryzyka, które podjąłem i które doprowadziły mnie tu, gdzie dziś jestem. Nocowanie u znajomych na kanapie (dziękuję!), dwunastogodzinne podróże TLK z Gdańska do Krakowa dla oszczędności, spory z Januszami Biznesu, pamiętny moment, kiedy zestresowany do granic możliwości prowadziłem w Poznaniu swoje pierwsze szkolenie i kiedy w maju tego roku stanąłem na największej scenie w swojej karierze.

infoshare-igor-mroz

Dzięki temu wszystkiemu jestem dziś może niekoniecznie bogatszy finansowo, ale na pewno dużo mądrzejszy, dojrzalszy i z (paradoksalnie) o wiele lepiej zabezpieczoną przyszłością, niż gdybym nie zapyskował wtedy szefowi i spędził te ostatnie lata za ciepłym korporacyjnym biurkiem.

Jestem anty-kruchy.

Do następnego tekstu, bo to że obniżyłem priorytet dla bloga, bynajmniej nie znaczy, że z niego rezygnuję!

The post Pięć lat poza korporacją, czyli antykruchość w działaniu first appeared on antifragile.pl.]]>
Pułapki rozwoju osobistego, czyli jak zniszczyłem własną pewność siebie https://antifragile.pl/2019/08/niebezpieczenstwa-rozwoju-osobistego/ Tue, 20 Aug 2019 17:19:34 +0000 https://antifragile.pl/?p=9695 Spinasz się więc, kombinujesz i zaczynasz powoli drapać wyżej, dzięki czemu zaczynasz radzić sobie lepiej we wszystkich dziedzinach życia. A to w naturalny sposób rodzi apetyt na więcej. Jednak prawie nikt z guru samorozwoju nie ostrzega, że jak z każdym apetytem można przegiąć, przejeść się i dostać niestrawności. No i co. Pisałem te swoje okresowe […]

The post Pułapki rozwoju osobistego, czyli jak zniszczyłem własną pewność siebie first appeared on antifragile.pl.]]>
Spinasz się więc, kombinujesz i zaczynasz powoli drapać wyżej, dzięki czemu zaczynasz radzić sobie lepiej we wszystkich dziedzinach życia. A to w naturalny sposób rodzi apetyt na więcej. Jednak prawie nikt z guru samorozwoju nie ostrzega, że jak z każdym apetytem można przegiąć, przejeść się i dostać niestrawności.

No i co. Pisałem te swoje okresowe podsumowania, pisałem, potem zaczęły się opóźniać, aż wreszcie zniknęły całkowicie. Blog podupadł, a znajomi widząc mnie coś jakby za często rzucali komentarzem na temat nowych siwych włosów oraz widocznego na twarzy i w oczach wyczerpania.

No cóż – zarżnąłem się pracą oraz przegiąłem z… rozwojem osobistym. I dziś będzie o tym ostatnim.

Krynica wiedzy tajemnej

Na pierwszą książkę, film, czy artykuł trafia się zwykle przypadkiem. Poleci kolega, podrzuci koleżanka, zarekomenduje ktoś ze sceny podczas konferencji. Siadasz, czytasz i nagle HOSANNA – olśnienie! Ktoś w prostych słowach wyjaśnia ci mechanizm, nad którym być może od dawna się zastanawiasz.

  • Dlaczego ta sama firma otwiera dwie konkurujące ze sobą marki (np. Saturn vs. Media Markt)? Bo wewnętrzna konkurencja napędza obie spółki, a klient lubi mieć wybór. Choćby był on tylko iluzją.
  • Czy kobiety faktycznie wolą bogatych? Nie do końca. Nie tyle chodzi o majątek, co o oznakę szeroko pojętej zaradności, czyli możliwości zapewnienia im stabilności i bezpieczeństwa.
  • Czy faceci faktycznie wolą zołzy? Zdecydowanie nie – po prostu przynajmniej na samym początku (póki nie usidlisz go oksytocyną), musisz stanowić jakieś wyzwanie. Lekka (lekka!) niepewność = podniecenie, wszystko na talerzu = nuda i chęć pójścia do innej restauracji.
  • Dlaczego tak bardzo (nawet ci, którzy temu zaprzeczają) przejmujemy się opinią innych? Ponieważ zabezpiecza to interesy gatunku – służy dobru grupy, w której żyjemy. Gdybyśmy kompletnie nie przejmowali się opinią innych, nasz egoizm mógłby za bardzo wymykać się spod kontroli.
  • Czy warto zawsze być miłym i pomocnym? Nie. Trzeba to odpowiednio balansować. Tych ZBYT miłych, pomocnych i zawsze gotowych do poświęcenia owszem lubimy, ale niekoniecznie cenimy i szanujemy.
  • Czy wszystko to nie jest głupie, nieuczciwie i nie fair? Trochę tak, ale nie do końca mamy na to wpływ, bo to konsekwencja pewnych mechanizmów przystosowawczych, z którymi wyewoluowaliśmy.

Fascynujące! 

Potem przychodzi kolej na konfrontowanie nowej wiedzy ze swoimi nawykami i zachowaniami. Z przerażeniem stwierdzasz, że na randkach, podczas negocjacji z pracodawcą, rozmów z zespołem, a nawet przy bożonarodzeniowym stole notorycznie strzelasz sobie w stopę. Wskoczyłeś właśnie na drugi poziom drabiny kompetencji:

  1. Nieświadoma niekompetencja – nie wiesz, że nie umiesz.
  2. Świadoma niekompetencja – wiesz, że nie umiesz.
  3. Świadoma kompetencja – starasz się i umiesz.
  4. Nieświadoma kompetencja – umiesz nawet się nie starając.

Spinasz się więc, kombinujesz i zaczynasz powoli drapać wyżej, dzięki czemu zaczynasz radzić sobie lepiej we wszystkich dziedzinach życia. A to w naturalny sposób rodzi apetyt na więcej. Jednak prawie nikt z guru samorozwoju nie ostrzega, że jak z każdym apetytem można przegiąć, przejeść się i dostać niestrawności.

Źle, źle, wszystko robię źle!

Idę przez życie z dość wybuchową mieszanką cech, którą dobrze obrazują moje tzw. talenty Gallupa: competition, activator, analytical, achiever, discipline (więcej opowiadam o nich u Dominika Juszczyka). Szybciej, lepiej, mocniej, więcej, a do tego turbo-dyscyplina przeradzająca się czasem w coś, co nazywam samogwałtem – nie chce mi się, jestem wyczerpany fizycznie i psychicznie, ale i tak zrobię!

I robiłem, latami. A ewidentne przepełnienie bufora nastąpiło dopiero ostatnio.

Na zmęczenie i wyczerpanie życiem w trybie Leonidasa nałożył się nadmiar przemyśleń powodowanych stosem lektur psychologicznych, filozoficznych i rozwojowych. Normalnie nie czytałbym i kminił pewnie AŻ TYLE, ale ostatnimi czasy powodowała mną dodatkowo obsesyjna chęć śrubowania jakości wiedzy przekazywanej podczas szkoleń (mają być najlepsze – patrz wyżej: talenty Gallupa). I na to wszystko przyszło jeszcze grzebanie w głowie podczas studiów na Akademii Psychologii Przywództwa.

Skutek? Wyobraź sobie, że praktycznie nie ma kwadransa, aby nie pojawiła ci się w głowie myśl w rodzaju:

„Hm, dlaczego tak źle pomyślałem o tym człowieku. Jestem negatywny. Niedobrze. MUSZĘ być bardziej empatyczny, bardziej pozytywny!”

„Nie podchodzę optymalnie do realizacji tego zadania. To bez sensu, to nieefektywne!”

„Czy na pewno odpowiednio medytowałem, wystarczająco się skupiłem, czy można uznać taką sesję za zaliczoną?!?”

„Czy równo angażuję wszystkich uczestników szkolenia? Czy nie omijam tego gościa, bo jest bucem, czy nie faworyzuję tamtej dziewczyny, bo jest ładna?”

„Czy na pewno mam prawidłową postawę i technikę w tym ćwiczeniu. Niby dobrze, ale MUSZĘ zdecydowanie bardziej ściągać łopatki!”

„Zupełnie nie mam ochoty na podciąganie na drążku, ale MUSZĘ. To ważne ćwiczenie, a trening powinien być wszechstronny.”

„Dlaczego tak się odezwałem? Po co to mówiłem? Powinienem być bardziej dyplomatyczny i rzadziej mówić, co myślę!”

I tak dalej, bez przerwy, bez ustanku, w każdej sytuacji. Wewnętrzny krytyk na sterydach i z przytupem. Masz wrażenie, że wszędzie jesteś na drugim poziomie drabiny kompetencji. Wiesz, że nie wiesz, ani nie umiesz i jest tego straszliwie, przytłaczająco dużo. Cierpi poczucie własnej wartości. Niepostrzeżenie gubisz gdzieś swoją tożsamość, bo zaczynasz wstydzić się tego kim jesteś, a jakoś nie potrafisz stać się tym, kim chciałbyś być. Kortyzol nieustannie buzuje w żyłach, a poziom stresu przebija stratosferę.

A najgorsze, że zupełnie nie orientujesz się w tym, co się dzieje. Owszem boli, ale przecież jednym z naczelnych haseł ruchu rozwoju osobistego jest to, że ma być ciężko. Że ma boleć.

Jak zorientowałem się, że przegiąłem?

Nie, nikt mnie nie uświadomił. Choć przyznaję – wielu próbowało. Byłem jednak całkowicie zaimpregnowany na jakiekolwiek sugestie. Dość powiedzieć, że kiedy kilka lat temu koleżanka wysłała mi poniższy fragment American Psycho z komentarzem „to o tobie”:

Wziąłem to za… komplement. W przypadku obsesji samodoskonalenia jest chyba tak, jak z wieloma innymi nałogami – człowiek sam musi zaryć w dno, by zorientować się co się dzieje i mieć szansę się otrząsnąć. No więc zaryłem.

Dosłownie rozsypała się moja budowana latami pewność siebie. Kiedy ostatnio nazwano mnie gdzieś ekspertem z dziedziny zarządzania projektami, natychmiast zacząłem gorąco protestować. Wcale nie z (mniej lub bardziej fałszywej) skromności. Ja zupełnie serio pomyślałem „żaden ze mnie ekspert”. A przecież jestem w tej dziedzinie jednym z najlepszych w Polsce! W czasie ostatniego szkolenia skończyłem pierwszy dzień przekonany, że wyszło źle, słabo i niespójnie. Przekonanie to było na tyle silne, że nazajutrz zacząłem od przeproszenia uczestników, na co ci zareagowali lekką dezorientacją i pytaniem o co właściwie mi chodzi. Do tego stałem się rozchwiany emocjonalnie – podatny na ataki paniki i frustracji z błahych powodów. Zniknęło też obecne mocno jeszcze kilka lat temu poczucie sensu, spełnienia i szczęścia. Wszystko stało się szare, nijakie i bez wyrazu.

Ale ostatecznie dojechały mnie i dały do myślenia objawy fizyczne.

Tyle się mówi o przewlekłym stresie i jego wpływie na organizm. Ale to jak z ofiarami trzęsienia ziemi w Azji – kiwasz głową, myślisz „ojej, straszne”, po czym przewracasz stronę. Wiesz, że to prawda, wiesz że to ważne, a jednak pozostaje to na jakimś nieuchwytnym poziomie abstrakcji. Dlatego dobrą chwilę (i liczne konsultacje z rozmaitymi specjalistami) zajęło mi połączenie kropek i zorientowanie się, że problemy z trawieniem, bezsenność, słaba regeneracja, przykurcze i dolegliwości bólowe mają jedno wspólne źródło: przewlekły, nieustający stres i presja. Presja, którą w ogromnej części wywieram na siebie sam.

Wnioski, czyli co dalej?

Muszę wprowadzić nowe oczyszczające poranne rytuały. Muszę… oczywiście żartuję! Po pierwsze nie muszę (ten czasownik chwilowo wykreślam ze słownika), tylko powinienem. Tak więc powinienem tylko trzy rzeczy: odpuścić, odpocząć i podogadzać sobie.

Poćwiczyć to, czego dopaminowemu Igorowi zawsze brakowało: cierpliwość. Dać sobie czas na zintegrowanie wszystkich tych buzujących we mnie przemyśleń, a jako katalizator owej integracji, a także lek na objawy somatyczne, zaaplikować solidną dawkę odpoczynku i zabawy. Bo, jak odkryłem już jakiś czas temu, największy dystans do siebie oraz bliźnich, najwięcej luzu i odporności psychicznej mam nie wtedy, kiedy z zaciśniętą żuchwą mamroczę pod nosem mantrę:

Wyluzuj, k***, wyluzuj. 

Tylko kiedy jestem wypoczęty, odprężony i wybawiony.

Przynajmniej do końca 2019 roku planuję więc: jeść lody (zacząłem zbierać punkty good lood!); ćwiczyć na siłowni tylko to, na co mam ochotę; częściej mówić co myślę, w tym bez skrępowania wyzywać taksówkarzy i kierowców dostawczaków wymuszających na mnie pierwszeństwo; bolesną fizjoterapię zamienić na relaksacyjne masaże; mniej przejmować się tym, co publikuję w Sieci. Przede wszystkim jednak solennie obiecuje: nie czytać, ani nie słuchać nic psychologicznego i rozwojowego oraz niczego, ale to niczego się nie uczyć i nie doskonalić. Zamierzam też oczywiście zrobić coś z problemem przepracowania, czyli zająć się ścianą, do której doszedłem w obszarze zawodowym, ale o tym napiszę już niedługo.

Jeśli mi się zachce, bo nic nie obiecuję i niczego nie muszę.

The post Pułapki rozwoju osobistego, czyli jak zniszczyłem własną pewność siebie first appeared on antifragile.pl.]]>
Mop i windykacja, czyli jak zostałem project managerem https://antifragile.pl/2019/06/jak-zostalem-project-managerem/ Mon, 24 Jun 2019 17:47:13 +0000 https://antifragile.pl/?p=9503 Kontynuacja opowieści na temat mojej drogi do stanowiska kierownika projektu. O jednej z lepszych rad jakie dostałem w życiu. Tym co oznacza prawdziwa konsekwencja w poszukiwaniu wymarzonej pracy. I tym co robi prawdziwy lider stojąc przed plamą z zawartością czyjegoś żołądka. Dopijam piwo, przyglądam się chwilę atrakcyjnej dziewczynie pomykającej na rowerze wzdłuż Prinsengracht i jednym […]

The post Mop i windykacja, czyli jak zostałem project managerem first appeared on antifragile.pl.]]>
Kontynuacja opowieści na temat mojej drogi do stanowiska kierownika projektu. O jednej z lepszych rad jakie dostałem w życiu. Tym co oznacza prawdziwa konsekwencja w poszukiwaniu wymarzonej pracy. I tym co robi prawdziwy lider stojąc przed plamą z zawartością czyjegoś żołądka.

Dopijam piwo, przyglądam się chwilę atrakcyjnej dziewczynie pomykającej na rowerze wzdłuż Prinsengracht i jednym tchem wyrzucam z siebie to, co dręczy mnie już od jakiegoś czasu:

Erik, kiedy wrócę do Polski, chciałbym zostać prawdziwym, samodzielnym project managerem. Tylko… jak? W Comarchu niby obiecują, ale najpewniej nic z tego nie będzie. Z drugiej strony, gdzie indziej moje szanse są chyba jeszcze mniejsze. Owszem, mam doświadczenie w zarządzaniu z pracy na swoim, ale moje obecne stanowisko to analityk…

Erik uśmiechnął się, pociągnął z zielonej butelki i udzielił mi jednej z lepszych rad, jakie dostałem w życiu:

Igor, przede wszystkim liczy się doświadczenie. Zrób więc wszystko, aby zdobyć go jak najwięcej. Comarch nie daje ci samodzielnego projektu, ale przecież możesz koordynować change requesty(*), pomagać przy kwartalnym planowaniu prac i wykonywać jeszcze inne typowe zadania project managera. Nabierzesz tak doświadczenia i albo w końcu ktoś cię dostrzeże, albo dzięki temu łatwiej przejdziesz rozmowę kwalifikacyjną gdzie indziej.

(*) change request – prace nieobjęte głównym kontraktem. Często (jak w ww. przypadku) realizowane jako osobny projekt mniejszych rozmiarów.

Czyli przede wszystkim doświadczenie. Brzmiało rozsądnie i wcale optymistycznie, bo doświadczeń i przygód z zarządzaniem projektami miałem już wtedy na koncie naprawdę sporo.

AAA. Stronę internetową tanio wykonam

Swoją pierwszą stronę stworzyłem jeszcze w latach 90-tych, mniej więcej w drugiej klasie liceum:

strona www z 1998 roku

Stosunkowo szybko zarobiłem dzięki nowym umiejętnościom pierwsze pieniądze, ale tak naprawdę wszystko rozkręciło się około 2002 roku, kiedy stworzyłem portfolio i zacząłem (mniej lub bardziej nieudolnie) reklamować swoje usługi.

Dużo później zdałem sobie sprawę, że każde zlecenie było de facto osobnym projektem. Bo choć nie bawiłem się w coś, co wielu kojarzy się z zarządzaniem projektami, czyli w rozpisywanie szczegółowych harmonogramów, to w każdym przypadku przecież należało:

  • Określić termin wykonania (deadline) i spróbować go dotrzymać.
  • Zebrać od zleceniodawcy wymagania odnośnie efektu końcowego, balansując jego zadowolenie oraz opłacalność całości i moje zdrowie psychiczne (bardzo trudne).
  • Zarządzać zmianami, czyli niekończącą się listą dodatkowych życzeń pojawiających się w stosunku do gotowej do oddania strony (jeszcze trudniejsze).
  • Wyrobić w sobie cierpliwość i umiejętność komunikacji z trudnym klientem.
  • Zarządzać podwykonawcami – dojść szybko zacząłem korzystać z usług zewnętrznych grafików, bo moje talenty w tym zakresie były (i nadal są) dyskusyjne.
  • Nauczyć się sprawnie zamykać projekt i zdobywać jego akceptację.

To ostatnie nawet w połączeniu z rolą windykatora-szantażysty. Szczególnie pamiętam historię z pewnym bardzo zamożnym klientem. Jak mógł unikał zapłacenia mi 750 złotych polskich (druga rata do pełnego 1000 – to były stawki!). Nie odpisywał na maile i SMS-y oraz nie odbierał telefonu, a jak już odebrał – miał zawsze stos znakomitych wymówek. Ale ja przecież byłem z IT, czyli miałem władzę. Miałem hasła!

Pewnego dnia, po krótkim wahaniu, wycedziłem do słuchawki lekko drżącym głosem:

Jeśli wejdzie pan teraz na stronę, to zobaczy pan, że jest zastąpiona planszą „w konserwacji”. Ma pan trzy dni na wykonanie przelewu. Trzy dni na wypadek powtórnej choroby księgowej, względnie przypadkowego i nieumyślnego utopienia bankowego tokena w Morskim Oku. Jeśli po trzech dniach nie będę miał pieniędzy na koncie – przekieruję stronę na jakiś serwis porno.

Kasa była nazajutrz.

To była prawdziwa szkoła życia! Pamiętam, że kiedy wiele lat później w Jemenie wrzeszczał na mnie dyrektor finansowy lokalnej wersji Telekomunikacji Polskiej, byłem na to przygotowany. Stałem tam i myślałem o współpracy z pewnym właścicielem niewielkiego (oby stanął w płomieniach) hotelu:

To nic w porównaniu z Panem Romanem. Ten to dopiero umiał wrzeszczeć!

Budynek Teleyemen
To tu na mnie wrzeszczeli

Jedyne, czego brakowało tam z punktu widzenia zdobywania poważnego doświadczenia, to więcej różnorodnych interesariuszy (stron zaangażowanych w projekt). Tworzenie serwisów WWW oznaczało kontakt i negocjacje ze zleceniodawcą i maksymalnie dwoma podwykonawcami. Trochę mało, bo każdy, kto zarządzał kiedyś projektami wie, że zaangażowanie w przedsięwzięcie kilku dodatkowych stron potrafi skomplikować wszystko o wiele bardziej, niż nawet najbardziej odjechane życzenia klienta końcowego.

Szczęściem na studiach nie zajmowałem się jedynie prowadzeniem chałupniczej agencji interaktywnej.

Głuchołazy, Maj 2003 roku, 4:07 nad ranem

Plama była całkiem spora i zajmowała sam środek sali, w której do trzeciej nad ranem odbywała się konferencyjna impreza.

Studencka Impreza

Za pięć godzin mieliśmy zainaugurować tu drugi dzień Input 2003, czyli dorocznej konferencji planistycznej AIESEC Polska. Nie było więc żadnych wątpliwości – kleksa, będącego jeszcze niedawno zawartością czyjegoś żołądka, trzeba było się pozbyć. Pilnie.

Na razie jednak staliśmy gapiąc się to na owe nienawistne zjawisko, to na siebie. Ja, szef Komitetu Organizacyjnego oraz większość mojego dzielnego zespołu. Była pora, by podjąć trudną decyzję – kogo pasować na pomywacza dnia?

Targały mną wątpliwości. Czy ukarać w ten sposób Józka, który pojechał tam głównie podrywać uczestniczki i nie kwapił się do roboty? Ktoś najpierw musiałby go dobudzić, no i co będzie, jak zacznie protestować…? To może wyznaczyć Magdę, na którą zawsze i w każdej sytuacji można liczyć? I nagle przyszło olśnienie:

Ech, gdzie jest mop? — westchnąłem — Dajcie, sam ogarnę to obrzydlistwo.

Po minach zespołu i po tym, jak zachowywali się następnego dnia już wiedziałem, że wybrałem jedyną prawidłową odpowiedź. Tak właśnie odebrałem pierwszą poważną lekcję przywództwa.

Wszystko dzięki temu, że pewnego listopadowego dnia zgłosiłem się do biura AIESEC na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Przez trzy lata nabrałem dokładnie takiego doświadczenia, jakiego nie mogła dać mi własna mikro-firma. Projekty studenckie może nie brzmią zbyt okazale, ale taki Input był konferencją dla prawie 200 osób o pięciocyfrowym budżecie. Nieźle jak na pryszczatego dwudziestojednolatka. 

I żeby nie było – nie zawsze było tak różowo, romantycznie i wzniośle, jak opisuję wyżej. AIESEC był przede wszystkim poligonem dla licznych błędów i potknięć. Żeby daleko nie szukać – choćby to, co zrobiłem (a raczej czego nie zrobiłem) domykając formalności po wspomnianym wyżej projekcie.

Całość wyszła naprawdę dobrze, co wprawiło mnie w takie samozadowolenie, że po powrocie do Wrocławia zupełnie nie zainteresowałem się tym, czy wszystko zostało należycie pozamykane, oddane, podpisane i rozliczone. Zamiast tego spakowałem plecak i wyjechałem na wakacje. Jakież było moje zdziwienie, gdy po powrocie zastałem moją skrzynkę mailową wypełnioną gorzkimi wiadomościami na temat nieoddanego sprzętu, nierozliczonych faktur i niespełnionych obietnic. Z początku byłem nawet zdziwiony i oburzony – czy zespół sam nie mógł sam tego ogarnąć…?

W końcu jedna zrozumiałem, jak mocno nawaliłem i od tego czasu szczególną uwagę zwracam na to, co dzieje się przy zamykaniu prowadzonych przeze mnie projektów.

CHCESZ ZDOBYĆ WIEDZĘ Z ZARZĄDZANIA PROJEKTAMI Z UST PRAKTYKA?
Zapisz się na kurs online, w którym czeka na Ciebie 12 lekkostrawnych lekcji,
przykłady, materiały dodatkowe, całość zakończona certyfikatem.

 

Upór i konsekwencja

Wróćmy jednak nareszcie do rady otrzymanej nad amsterdamskim kanałem. Co zdarzyło się dalej?

Podczas kilkunastu kolejnych miesięcy porzuciłem roszczeniowe podejście („powinni mi za to dodatkowo zapłacić!!!”) i pchałem się do wszelkich aktywności związanych z koordynacją toczących się wokoło projektów. Zacisnąłem też zęby, zakupiłem na Amazon gruby, nudny podręcznik i spędzałem wieczory przygotowując się do egzaminu na CAPM – Cerified Associate in Project Management. Skromniejszej wersji popularnego certfikatu PMP, na którego zdawanie nie spełniałem wtedy części kryteriów.

Kucie na pamięć po angielsku trudnych korporacyjnych terminów było prawdziwą gehenną, która miała jednak swój happy end. W ostatnim tygodniu swojego holenderskiego kontraktu urwałem się na pół dnia z pracy i po kilku godzinach ślęczenia przy stanowisku testowym, uśmiechnięty od ucha do ucha opuściłem Centrum Egzaminacyjne w Amsterdam Sloterdijk. Teraz byłem gotowy na rozpoczęcie poszukiwań. I zabrałem się za to bardzo serio.

Bardzo.

Przez pół roku CODZIENNIE zaglądałem na każdy ważniejszy serwis z ofertami pracy i kiedy tylko widziałem coś obiecującego, natychmiast się zgłaszałem. Był to sam środek ostatniego kryzysu, więc sensownych ofert nie było wiele, ale mimo to łącznie wysłałem około czterdziestu aplikacji. Zbudowałem nawet z pomocą Worda i Excela system do generowania listów motywacyjnych, które wtedy jeszcze niestety były standardem.

Efekt? Zaproszono mnie na kilkanaście rozmów. Część doświadczeń była przykra, część śmieszna, ale zdecydowania większość ciekawa i rozwijająca. Na przykład, kiedy po wcześniejszych spotkaniach z dwoma dyrektorami w Software Mind (obecnie Ailleron), trafiłem na dłuższą rozmowę z prezesem Januszem Homą. Wpadłem im w oko, ale na kierownika projektu byłem na ich potrzeby zbyt mało techniczny. Pan Janusz przekonywał mnie więc abym pracował dla niego jako account manager (czytaj: sprzedawca). Propozycja była tyleż zaskakująca, co kusząca i lukratywna.

Ja jednak się nie ugiąłem. Dalej wysyłałem aplikacje i chodziłem na rozmowy.

Kilka miesięcy później…

Miał skubany rację.

Pomyślałem przyglądając się światu zza szyby tramwaju linii numer 4. Wracałem właśnie z Bronowic po pierwszym dniu pracy w DreamLab Onet.pl. Pracy, której otrzymanie jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej nawet by mi się przyśniło. Kierownik strategicznego projektu stworzenia nowego systemu zarządzania treścią (CMS). Serca całego portalu, całej firmy.

Przydało się całe moje wcześniejsze doświadczenie w tworzeniu serwisów internetowych, przydały przygody w AIESEC i wysiłki w Comarchu. Przechodząc proces rekrutacji musiałem się oczywiście zdrowo napocić, ale parafrazując mojego instruktora nauki jazdy – zawsze, nawet w momentach, kiedy coś delikatnie i z wyczuciem koloryzowałem, wiedziałem, że wiem o czym mówię. Wiedziałem, bo miałem doświadczenie.

I udało się!

Strategiczny projekt, kilkunastoosobowy zespół – stałem przed niesamowitą szansą i obawiałem się tylko czy sobie poradzę. Jak pokazało życie całkiem słusznie. Ale o tym, to może już przy innej okazji…

Co dziś zrobiłbym inaczej?

Niewiele. Doświadczenia z przebywania po drugiej stronie rekrutacyjnego stołu jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że przy zdobywaniu wymarzonej pracy najważniejsze są chęci, determinacja i chociaż minimalne, choćby wolontaryjne doświadczenie praktyczne. CV kandydata interesuje mnie zazwyczaj tylko aby zagaić rozmowę. Pytam i drążę o konkretne przypadki z jego doświadczenia. Jak się zachował w danej sytuacji? Dlaczego? Czego go to nauczyło? O tworzeniu profesjonalnych planów i dokumentów ściemniać można długo i kwieciście. O codziennej pracy z ludźmi dużo trudniej. 

Co więc bym zmienił i poprawił w moim podejściu do poszukiwań? Dwie rzeczy – certyfikację i networking.

Jeśli, co nie jest wcale takie pewne, w ogóle bawiłbym się w egzaminy i certyfikaty, to zamiast CAPM zdawałbym PRINCE2 Foundation (więcej o obu tutaj). Różnica w odbiorze przez rekruterów często bywa żadna („ma jakiś papier”), za to spora jest, jeśli chodzi o wysiłek konieczny w przygotowanie się do jednego i drugiego. Przygotowanie do CAPM to jakieś 20-30 razy więcej pracy niż PRINCE2.

Zaoszczędzony w ten sposób czas poświęciłbym na chodzenie na rozmaite darmowe meetupy, seminaria i konferencje. Dla inspiracji i nowych znajomości, bo im jestem starszy, tym bardziej zgadzam się z tym, co zgrabną formułą podsumował kiedyś Aleks Barszczewski – nasza wartość na rynku pracy w dużej mierze zależy od naszej sieci kontaktów. Śmieszne, ale pisząc te słowa przypomniałem sobie, że na ogłoszenie z Onetu aplikowałem jako pierwszy, bo o tym, że będą otwierać rekrutację usłyszałem właśnie od kogoś podczas jednej z takich imprez!

Tak więc: doświadczenie, kontakty i konsekwencja. I okazjonalny Heineken z doświadczonym kolegą.

The post Mop i windykacja, czyli jak zostałem project managerem first appeared on antifragile.pl.]]>