Krótka opowieść o tym, że poza ciężką pracą i wytrwałością niestety przydaje się coś jeszcze.

Lata 80-te. Rodzinne wczasy FWP nad jeziorem, wieczorek zapoznawczy dla dzieci. Nie pamiętam jakim cudem dziadek dał radę mnie tam zwabić. Bezapelacyjnie był to jego wielki sukces, niestety jedyny tego wieczoru. Siadam w głębokim fotelu i za nic chcę dołączyć do reszty dzieciarni biorącej udział w animowanej przez ośrodkowego kaowca zabawie. Dziadek, pełen jak najlepszych intencji, nie ustaje w próbach przekonania mnie do zintegrowania się z pozostałymi. Chwyta moją dłoń i cierpliwie namawiając, próbuje zaprowadzić na parkiet. Nie ma opcji! Wczepiam się w fotel, który na skutek siły przyłożonej przez dziadka ze zgrzytem zaczyna sunąć po wylakierowanej podłodze. W końcu dołączam do pozostałych dzieciaków na parkiecie. Tyle że wraz z fotelem.

Dziesięć lat później. Lekcja fizyki w LO numer 3 we Wrocławiu. Profesor Paweł Zięba zadaje pytanie dla ambitnych. W klasie cisza jak makiem zasiał. Główkuję, kombinuję i… wydaje mi się, że chyba znam odpowiedź! Zaraz jednak dopadają mnie wątpliwości. To nie jest zwykłe liceum. Połowa ludzi z mojej klasy to laureaci olimpiad. Ja miałbym widzieć, skoro oni siedzą cicho? Impas trwa, aż w końcu nauczyciel namawia do podejścia do tablicy jednego z prymusów z pierwszej ławki, a ów po paru minutach i z dużą pomocą dochodzi do rozwiązania problemu. Wnioski podobne, ale tok rozumowania zupełnie inny niż mój. Wdycham z ulgą, że nie zdecydowałem się zgłosić, bo dopiero bym się zbłaźnił. Kolega wraca na miejsce, a w ramach ciekawostki profesor przedstawia inne rozwiązanie. Nazywa je bardziej eleganckim. Jest – dobrze się domyślasz – takie samo jak moje.

Parę lat później. Pierwszy rok studiów na oszałamiającej pod względem ilości płci pięknej (szczególnie dla kogoś po zdecydowanie męskim matematyczno-fizycznym liceum) akademii ekonomicznej. Jedna z najatrakcyjniejszych koleżanek na roku wykazuje zadziwiający wręcz pęd do wiedzy i co rusz wyraża chęć wspólnej nauki. W głowie powstaje mi nieśmiała myśl, że może nie chodzi tu tylko o naukę, ale odganiam ją jako absurdalną. Nie wiem jakim cudem mógłbym podobać się takiej lasce. Wreszcie któregoś wieczora znajoma otwiera mi drzwi w nocnej koszulce i zupełnie o to nie pytana zaczyna wyjaśniać ów strój w jakiś kompletnie nie trzymający się kupy sposób. Ja jednak twardo wyciągam listę zadań z algebry i nawet kiedy kilka chwil później nachyla się nade mną tak, że czuję pod pachą jej pierś, desperacko usiłuję kontynuować rozgryzanie meandrów – pamiętam jak dziś – taksonomii wrocławskiej. Trzy tygodnie później koleżanka zaczyna chodzić z kolegą z grupy i już do końca studiów traktuje mnie z dziwnym chłodem.

Ora et labora?

Co wszystkie te romantyczne historie mają wspólnego z Jarosławem Kuźniarem? Paradoksalnie całkiem sporo.

W ostatnim podcaście WNOP bardzo zajmująco opowiadał on Michałowi Szafrańskiemu burzliwe koleje swojej medialnej kariery, którą to rozmowę gospodarz podsumował optymistyczno-idealistycznym wnioskiem (cytat za transkryptem, skróty moje): 

Czasami wydaje nam się, że trzeba mieć jakieś niesamowite szczęście albo tzw. mocne plecy, czyli jakichś niesamowitych sprzymierzeńców, którzy pomogą nam w tej naszej karierze. (…) A ja myślę, że historia kariery Jarka Kuźniara pokazuje, że wcale tak nie jest, że wystarczy być osobą pracowitą, otwartą, gotową do tego, żeby w takich kluczowych momentach swojej kariery wykonać kilka kroków ekstra, takich, które pozwolą nam sięgnąć po to, co początkowo wydawało nam się nieosiągalne i niedostępne.

Jasne, pełna zgoda. Jest tylko jedno ‚ale’. W historii Kuźniara szczególnie mocno uderza pewna jego cecha, o której to dyskutanci nie wspominają wcale a wcale. Weźmy choćby ten fragment (znów za transkryptem, genialny pomysł z dołączaniem go do podcastów):

…napisałem artykuł o traktowaniu pierwszoklasistów. Wymarzyłem sobie, że pojadę do Wrocławia do Wyborczej. Więc wszedłem tam, mając 15 lat, i mówię, że „mam artykuł i może państwo go opublikują”. Popatrzyli na mnie dziwnie. Nie opublikowali. Ale w wakacje miałem szansę wejść tam na praktyki. Skorzystałem. Natomiast wróciłem sobie do Dzierżoniowa i opowiedziałem koledze w klasie o tym artykule. On mówi: „A mój brat pracuje w Radiu Sudety, właśnie ruszyło, to idź tam”. Poszedłem, pogadałem. (…) Przemek ze mną pogadał i jak wychodziłem ze studia, to mówi: „Tam będzie stał taki facet z brodą, to jest Andrzej Tauer, zapytaj go, może jest miejsce tu dla ciebie”. Ja się go zapytałem,…

A więc: co jeszcze, poza ciężką pracą, wytrwałością i inteligencją potrzebne jest do odniesienia życiowego sukcesu? Co różni zachowanie Kuźniara od mojego w otwierających ten tekst historiach? Dlaczego nie zostałem Jarosławem Kuźniarem? Czego mi brakowało?

Pewności siebie!

Mówiąc kolokwialnie – miał jaja, których mi przez dużą część życia zwyczajnie brakowało. Piętnastoletni Igor, który bał się zgłosić na lekcji fizyki ze swoim pomysłem, nigdy w życiu nie poszedłby do redakcji ogólnopolskiego dziennika ze swoim tekstem. Nie poszedłby nawet do redakcji osiedlowej gazetki. A na cynk aby ‚pójść, zagadać’ na pewno wymyśliłby znakomitą wymówkę zwalniającą go ze stresującego wyzwania – pracę domową, ból brzucha albo wizytę u babci. Względnie z góry założył, że wizyta nie ma sensu, bo i tak nikt go nie zatrudni.

Nie twierdze, że Kuźniar kompletnie nie miał oporów przed tym co robił. Może i miał. Na pewno miał. Musiał mieć. Dam sobie jednak odjąć prawicę, że nie były one nawet w połowie tak paraliżujące, jak te towarzyszące mi przez większość życia. Miałem samozaparcie i inteligencję, potrafiłem włożyć wiele wysiłku w coś, na czym mi zależało, siły woli też mi nie brakowało.  Jeśli jednak gdzieś po drodze musiało dojść do interakcji z obcym człowiekiem, co gorsza takim, co do którego istniało ryzyko, że może nie przyjąć mnie z otwartymi ramionami – paraliżował mnie nieokreślony, irracjonalny wstyd i strach.

Ale czy ja nie przesadzam? W końcu, będąc odpowiednio zdeterminowanym, da się przymusić praktycznie do wszystkiego.

Niestety to nie takie proste.

Siłą woli pewności siebie nie zastąpisz

Nie da się wieść życia, w którym wiecznie do czegoś się zmuszasz dokonując kontrolowanego samogwałtu. Raz na jakiś czas – można, a nawet jest bardzo zdrowo, ale nie ciągle, w kółko, codziennie.

Pomyśl, że z własnej, nieprzymuszonej woli musisz regularnie robić coś, czego się obawiasz, o czym sama myśl powoduje zaciśnięcie żołądka w supełek. Nie zmusić się do joggingu, odmówienia sobie wielkiego ptysia, czy nudnej sesji medytacji – tego się nam po prostu nie chce i nie ma to nic wspólnego ze wstydem i strachem. Próbuję znaleźć dobrą analogię. Może opublikowanie w sieci najbardziej żenujących zdjęć, jakie ci kiedykolwiek zrobiono?

Ile tak wytrwasz nim oszalejesz? Tydzień? Miesiąc? Dwa? A nawet jeśli uda się wytrwać dłużej, to nie jest już radosne życie. To koszmar.

Niestety – jedynym sposobem by lepiej znosić akcje ‚na Kuźniara’ jest wyhodowanie cojones. Zresztą warto nie tylko dlatego.

Dziesięć lat

Tyle mniej więcej zajęło mi osiągnięcie sensownego, w miarę stabilnego poczucia własnej wartości. W tym czasie obserwowałem, jak stopniowo staję się lepszym szefem, sportowcem, przyjacielem, trenerem. Lepszym człowiekiem. Jak tak czasem pomyślę i porównam moje obecne życie do tego sprzed lat – zdobyłem prawdziwą super-moc!

Nie wstydzę zapytać się o drogę, o to czy do dużego americano mogę za darmo dostać parę kropel mleka, o to jak zmienić ustawienie maszyny treningowej. Nie mam specjalnego problemu z nawiązywaniem nowych znajomości, o czym długo i dogłębnie rozmawialiśmy kilka miesięcy temu z Asią (gdzie jest ten tekst, ja się pytam!). Nie boję się zagadać, bo odmowa nawiązania kontaktu z drugiej strony coraz mniej znaczy już: ‚jestem beznadziejny’, a coraz bardziej: ‚chyba nie nadajemy na tych samych falach’, względnie: ‚może ma zły dzień?’. Zmieniły się też – co ma niebagatelne znaczenie dla jakości mojego życia i relacji – kryteria doboru ludzi, którymi się otaczam. Nie ma już miejsca na takich, których główną rolą jest mnie dowartościować.

Wreszcie – nie muszę już zawsze, wszędzie i za wszelką cenę udowadniać (choć ze wstydem przyznaję, że nadal mi się zdarza) swojej inteligencji, elokwencji i ogólnej cudowności, a gdy ktoś śmie owe cechy zakwestionować, nie pogrążam się w czarnej rozpaczy na dwa kolejne miesiące i nie rozpamiętuję potem tego wydarzenia latami.

Pozostaje więc oczywiście pytanie – jak dojść do takiego stanu.

Jak stałem się pewniejszy siebie?

Oj, nie było to łatwe. Codziennie rano lodowata kąpiel, seria pięćdziesięciu padnij-powstań oraz konsumpcja koktajlu z 10 surowych jaj à la Rocky Balboa. Oczywiście żartuję. Wszystko stało się… samo.

Było efektem ubocznym tego, czym zajmowałem się w życiu – moich małych i dużych osiągnięć. Taki paradoks, o którym pisałem przy okazji wspomnień niedoszłego artysty podrywu. Diagnozujący u siebie niską pewność siebie i chcący zmienić taką sytuację człowiek zaczyna zwykle od strategii ‚na skróty’. Próbuje socjotechnicznych sztuczek albo wmawia (fachowo nazywa się toto afirmacja) w siebie coś, co nie ma żadnych stabilnych podstaw. Szczęśliwie w większości przypadków owe próby kończą się relatywnie szybką porażką.

Szczęśliwie, bo alternatywą jest zostanie smutnym fanatykiem albo jeszcze gorzej – guru rozwoju osobistego. Pamiętam jak tragizm takiej życiowej ścieżki objawił mi się w pełnej krasie, kiedy przypadkiem trafiłem na poniższy klip Petera Sage’a. Człowieka, z którym wywiad dla London Real swego czasu bardzo mi się spodobał. Wywiadu znaleźć teraz na YouTube nie można. Może dlatego, że w międzyczasie nasz guru trafił do więzienia za defraudacje?

Właściwa akcja od 3:30. Pytanie: czy rozpoczynanie każdego dnia od czytania w śmiesznym pokoju afirmacji z kartki podczas skoków na trampolinie mieści się w twojej definicji sukcesu? W mojej nie bardzo.

Szybka porażka strategii ‚na skróty’ jest błogosławieństwem także dlatego, że pozwala wejść na jedyną właściwą drogę. Tak, stali czytelnicy na pewno już wiedzą. Spodziewali się, że po prostu musi tu paść to słowo: Zen. 

Zen, czyli odpuszczenie rojeń o błyskawicznym nabyciu heroicznej pewności siebie i porzucenie czynionych bezpośrednio w tej intencji wysiłków. Albowiem zaprawdę pewnym siebie jesteś dopiero wtedy, kiedy wcale o pewności siebie nie myślisz. Czy jadąc na rowerze zastanawiasz, skupiasz i powtarzasz pod nosem zaklęcie: ‚umiem jeździć, nie spadnę’, albo opowiadasz wszystkim dookoła ‚umiem jeździć na rowerze, serio, dajcie mi rower, a dopiero wam pokażę’? No właśnie. Kwestia poczucia własnej wartości istnieje na twoim radarze wyłącznie wtedy jeśli masz z nią problem.

Praca u podstaw

Czyli nie robić nic, czekać aż przyjdzie samo? Bynajmniej, nic z tych rzeczy. Zrobić można bardzo wiele. Z pewnością siebie jest trochę jak w jednym z moich ulubionych cytatów (stawiam kawę za autora i źródło):

Sukces w show businessie i interesach najczęściej przychodzi zazwyczaj nagle, niespodziewanie i poprzedza go dwadzieścia lat ciężkiej pracy.

A po chłopsku? Trzeba zbudować sobie bazę, fundament. Coś z czego ta pewność siebie mogłaby wynikać.

Nie wiem za dużo na temat życiorysu Jarosława Kuźniara, nie będę więc bawił się w zgadywanie, ale – aby daleko nie szukać – goszczący go Michał Szafrański w jubileuszowym odcinku swojego podcastu opowiadał niedawno trochę o swoich początkach. Dość wcześnie w swoim życiu wydał książkę, redagował elektroniczny magazyn dla geeków, czy ćwiczył (wygrywając nawet mistrzostwa Polski!) breakdance. Szereg rzeczy, za które inni na pewno chwalili go i podziwiali (ale inni i sami z siebie, nie on innym – powyższy przykład z jazdą na rowerze nie był na darmo). Osiągnięcia, z których mógł być dumny, na których sama, niczym bluszcz na Harvardzie, bujnie pięła się przyzwoita samoocena.

Podobnie było i ze mną. Jeszcze w czasie studiów parałem się głównie graniem na komputerze, jedzeniem parówek oraz opuszczaniem wykładów i ćwiczeń. A potem wszystko stopniowo zaczęło się zmieniać – zacząłem ćwiczyć, wyjechałem w ciemno do pracy do Krakowa i zacząłem zajmować się czymś o wiele ciekawszym (i lepiej płatnym) niż to, na co miałem wtedy szanse w rodzinnym Wrocławiu, zwiedziłem kawałek świata, przeczytałem trochę książek, nauczyłem się boksować, rozkręciłem własny biznes. I właśnie dlatego, a nie dzięki wykrzykiwaniu co rano do lustra”jesteś zwycięzcą”, mogę z pełnym przekonaniem zakrzyknąć:

Chutliwa koleżanko – już nie wywinęłabyś mi się z łap!

Otagowane jako: