Sport | antifragile.pl https://antifragile.pl antykruchość w życiu i w biznesie Sun, 10 Mar 2019 19:00:58 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.4.7 https://antifragile.pl/wp-content/uploads/2018/05/cropped-samahydra_3glowy-32x32.png Sport | antifragile.pl https://antifragile.pl 32 32 Gianfranco, czyli dlaczego fitness może nie być zdrowy https://antifragile.pl/2018/01/czy-fitness-moze-byc-niezdrowy/ Wed, 31 Jan 2018 12:29:40 +0000 https://antifragile.pl/?p=7458 Przeczytaj ambitnemu koledze, prześlij zmotywowanej koleżance. Niech wybiorą dyscyplinę...

The post Gianfranco, czyli dlaczego fitness może nie być zdrowy first appeared on antifragile.pl.]]>
Przeczytaj ambitnemu koledze, prześlij zmotywowanej koleżance. Niech wybiorą dyscyplinę, gdzie znajdzie się miejsce na zdrowie, przyjemność i jakąś grację. I gdzie po prostu nie będą robić sobie krzywdy.

Dubaj, Jumeirah Lakes Towers Park, późne popołudnie. Wygrzewam się na ławce celebrując półmetek pięciodniowej ucieczki przed zimą i pracą w trybie 24/7.

Książka w dłoni, ale jakoś nie mogę skupić się na czytaniu – o wiele ciekawiej jest obserwować tubylców. Filipińska gosposia spieszy z dziećmi w kierunku jednego z apartamentowców – pewnie by zdążyły przywitać w progu wracającą z pracy białą mamę. Grupa Hindusów żartuje i przekomarza się – wyglądają na gości z IT, którzy właśnie wyszli z pracy. Kolejna filipińska gosposia z dziećmi. Trzech starszych Brytyjczyków (poznaję po akcencie) dumnie kroczy chodnikiem. Brrr – wyglądają jak smutne klony, których każdy dzień (na odpowiedzialnym i dobrze płatnym stanowisku) przypomina wszystkie poprzednie. I następna gosposia z Filipin… Ooo, a to co? Zapowiada się ciekawie.

Na trawnik sprężystym krokiem wbiega wielki Murzyn i zaczyna wyciągać z torby jakieś sprzęty. Za nim, nieco mniej sprężyście, wkraczają na murawę cztery kolejne osoby. Wyglądająca na wysportowaną para po trzydziestce, nieco starszy żylasty Hindus oraz Gianfranco. Tak od razu ochrzciłem wyglądającego na Włocha gościa w średnim wieku z widoczną nadwagą. Patrząc na stroje całej czwórki, oraz to, co wyciągał z torby nasz sprężysty Murzyn, wiedziałem już co się święci. Za chwilę będę świadkiem prawdziwego dubajskiego treningu fitness!

Prosta, kilkuminutowa rozgrzewka idzie im w miarę sprawnie, jednak podczas sesji dynamicznego jogopodobnego rozciągania pojawiają się pierwsze zgrzyty. Najlepiej radzi sobie (oczywiście – joga!) Hindus. Wysportowana para trochę oszukuje, ale mieści się w granicach tolerancji. Gianfranco zdecydowanie ma problemy. Tego, co prezentuje nawet przy największej dozie tolerancji nie sposób nazwać psem z głową w dół. Prawdziwy dramat zaczyna się jednak w momencie, kiedy hebanowy dręczyciel zarządza władczym głosem serię pełnych burpees – przysiad, wyrzut nóg w tył, pompka, powrót skokiem do przysiadu i powrót do pionu połączony z wyskokiem i wyrzutem rąk.

Hindus, szczególnie na tle pozostałych, jakoś-nawet-daje-radę. Wysportowana para okazuje się być wysportowana tylko z wyglądu. A Gianfranco? Cóż… przedstawiając sobą obraz nędzy i rozpaczy próbuje i nie odpuszcza. I to jest właśnie najgorsze.

morderczy_trening

Bo powinien.

Mamy początek roku i aby natknąć się na Gianfranco nie trzeba wcale lecieć do Dubaju. Wystarczy pójść na dowolne zajęcia fitness. Będą tam na pewno. Dziewczyny dyszące jak zepsuta klimatyzacja już w trzy minuty po rozlegnięciu się gromkiego “zaczynamy – maaaarsz” i chłopaki, których przerasta wykonanie pięciu pompek. Przerasta, ale trwają i nie rezygnują. Pewnie przed wyjściem naoglądali się motywacyjnych wideo. Nie odpuszczają, a powinni. Powinni tak, jak i ja odpuściłem. Oburzonych faktem, że natrząsam się z bliźnich, informuję bowiem niniejszym, że w przypadku burpees radzę sobie niewiele lepiej niż Gianfranco.

Moja gibkość, a raczej jej brak, który wciąż doskwiera mi po operacji sprzed roku, eliminuje mnie z udziału w większości zajęć wytrzymałościowych. To znaczy mogę iść na dowolne i jakoś tam dam radę. Tyle, że “dając radę” robiłbym sobie w ten sposób krzywdę. Dokładnie tak, jak robił ją sobie nasz włoski anty-przykład. I tak, jak być może robisz ją sobie ty albo twoja koleżanka, która w nowym roku postanowiła wziąć się za siebie.

Pompki? Łokcie maksymalnie na zewnątrz, plecy w pałąk i walka o każde powtórzenie – korzyści dla klatki piersiowej minimalne, za to stawy łokciowe, barkowe oraz kręgosłup cichutko kwilą. Pozycja deski? Tyłek niepostrzeżenie opada i zamiast ćwiczenia mięśni głębokich zajmujesz się właśnie robieniem krzywdy krzyżowemu odcinkowi kręgosłupa.

Co na to trener? Może czasem krzyknie “pupa wyżej”, ale rzadko który zaproponuje prostszą wersję albo przerwie i dokładnie wyjaśni o co chodzi we wcale nie aż tak trywialnej technice tego ćwiczenia. Nie widzi? Nie chce mu się? Nie potrafi wyobrazić sobie jak to jest nie wygrać na loterii genowej i nie spędzać 18 godzin tygodniowo na siłowni, a w związku z tym być nieco mniej sprawnym? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że większość z nich nie zrobi nic z tym, że połowa grupy właśnie robi sobie krzywdę. Szczególnie widać to podczas kończącej niejedne zajęcia grupowe “dłuższej serii ćwiczeń na brzuch”. To dopiero jest festiwal samookaleczenia!

Stawiam dolary przeciw orzechom, że najwyżej kilka procent odwiedzających statystyczną siłownię jest w stanie wykonać kilkunastominutową serię ćwiczeń na brzuch zachowując przez cały czas prawidłową technikę. Cała reszta po najdalej 550 sekundach pracuje już wyłącznie nad nadwyrężeniem sobie karku i pleców. W czasie kolejnych zajęć przerwij na chwile walkę o życie i podczas serii spięć brzucha rozejrzyj się wokoło. Policz ilu spośród towarzyszy niedoli zamiast “podpierać delikatnie głowę na dłoniach” ciągnie ją do przodu niczym worek kartofli. Przy okazji zwróć też uwagę na trenera – oni najczęściej też nie ćwiczą cały czas, tylko robią regularne przerwy na obchód sali. Z którego najczęściej niewiele wynika.

Dlaczego piszę o tym tutaj? Dlaczego nie wstałem i nie podszedłem do Gianfranco i nie powiedziałem mu co o tym myślę. Dlaczego milczę podczas zajęć na siłowni? Odpowiedź jest krótka, trzyliterowa – ego. Kilka razy próbowałem i wiem już dobrze, że nikt nie chce, aby podszedł do niego obcy facet i, nawet najdyplomatycznej na świecie, powiedział “daj sobie spokój”. Sam przecież bym nie chciał. Piszę więc te słowa tutaj w nadziei, że może mimo wszystko uda się uratować czyiś kręgosłup, a przy okazji motywację do ćwiczeń. No bo w końcu na ile może wystarczyć wytrwałości do takiego umartwiania się?

A jak było ze mną? Pomogło mi lustro.

Pewnego pięknego dnia zerknąłem w nie kątem oka podczas wykonywania zadanych przez trenera wygibasów. Zerknąłem i srodze się zawiodłem, bo zamiast szczującego bicem fit-adonisa, ujrzałem znajomą walkę o życie. Wstrząśnięty, powziąłem w drodze do domu postanowienie, że nie wracam na zajęcia póki nie ukończę rehabilitacji, a potem jeszcze nie doprowadzę się samodzielnie do jako-takiej kondycji. Bo ćwiczenia to ma być zdrowa przyjemność, a nie walka o życie.

Pokaż ten tekst ambitnemu koledze, prześlij zmotywowanej koleżance. Nie po to, aby porzucili aktywność fizyczną. Jestem ostatnią osobą na planecie, która będzie do tego namawiać. Po prostu nich wybiorą dyscyplinę, gdzie oprócz wysiłku będzie w tym wszystkim jeszcze zdrowie, przyjemność i… jakaś gracja. Propozycje:

  • Niegłupim, dającym dużo radochy i pozwalającym spalić sporo kalorii pomysłem są trampoliny. Szansa na zrobienie sobie krzywdy jest dość mała pod warunkiem, że przestrzegasz kilku banalnych zasad: spięty brzuch i tyłek, skakanie nisko, na całych stopach i wyłącznie “nogami” (a nie całym ciałem). Zwróć uwagę na to na tym krótkim filmie. Niezależnie od tego jak szybko skika trenerka, utrzymuj takie tempo, żeby przede wszystkim skikać technicznie!
  • Innym mało ryzykownym pomysłem (choć chyba już tylko dla pań) jest aqua aerobic.
  • Można też specjalnie nie kombinować. Siedząc z Gianfranco przy kieliszku chianti, poradziłbym mu, aby co drugi dzień założył słuchawki z jakimś ciekawym audiobookiem i wybrał się na trzydziestominutowy spacer szybkim krokiem, a kiedy pogoda nie dopisze (np. w Dubaju stanie się zbyt gorąco) spędził ten czas na orbitreku.

A co robię ja? Priorytet ma rehabilitacja, ale poza tym staram się od czasu do czasu odwiedzić trampoliny, regularnie robię też (mocno zwracając uwagę na prawidłową formę) pompki na ilość (kilka serii z przerwami), albo organizuję sobie sesję machania kettlem. Stosunkowo lekkim, spokojnie, technicznie, w swoim tempie.

The post Gianfranco, czyli dlaczego fitness może nie być zdrowy first appeared on antifragile.pl.]]>
Teoretyzowanie https://antifragile.pl/2017/10/rady-madre-ale-w-teorii/ Wed, 25 Oct 2017 18:45:01 +0000 https://antifragile.pl/?p=7195 Realizujesz program z poradnika, grzecznie słuchasz rad trenera, ale efekty jakoś nie powalają. Dziś o tym czyja to wina (oraz dlaczego raczej nie twoja).

The post Teoretyzowanie first appeared on antifragile.pl.]]>
Realizujesz program z poradnika, grzecznie słuchasz rad trenera, ale efekty jakoś nie powalają. Myślisz, że to twoja wina, że za mało się starasz. Cóż – może masz rację, ale jeszcze bardziej prawdopodobne, że to twój trener jest do niczego.

Ostatnio pastwiłem się nad eksploratorami-hobbystami. Takimi, co to czytają poradniki i uczestniczą w kursach, by potem nie podjąć najmniejszej nawet próby przetestowania nowej wiedzy w praktyce. To niezbyt mądre – zgoda, ale co z tymi wszystkimi dzielnymi i odważnymi, którzy podejmują inicjatywę i próbują – tyle że bezskutecznie?

Raz, drugi, trzeci, ale nie wychodzi, nie działa. W niejednej głowie pojawia się wtedy myśl „jestem głupi i beznadziejny”. Otóż nie: nie jesteś. Winy szukaj raczej u autora porad – możliwe, że masz do czynienia z kimś, kogo w swojej obrazoburczej rozmowie na portalu INN Poland nazywam „niebezpiecznym teoretykiem”.
 
Ale od początku.
 
Stali czytelnicy wiedzą o mojej długoletniej miłości do siłowni. Przez ostatnich kilkanaście lat czytałem, oglądałem na temat ćwiczeń dosłownie wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Pochłaniałem, a potem eksperymentowałem i radziłem się trenerów. Nawet tak przerażających jak osławiona Dorota z krakowskiego Energymu, na głos której nawet najgorsze karki grzecznie odkładają na miejsce wzięte ze stojaka ciężary. Tak na przestrzeni lat nabyłem niemałą wiedzę i doszedłem do przekonania, że niewiele mnie już zaskoczy. Jasne – zawsze można będzie coś poprawić, ale rewolucji spodziewać się nie należało. A jednak…

Początkowo odrzucał mnie tytuł – “Bądź sprawny jak lampart” brzmi jak nazwa dodatku do Men’s Health. Dopiero gorące rekomendacje zaprzyjaźnionych fachowców sprawiły, że zamówiłem, zasiadłem do czytania i… tak – to był jeden z tak zwanych momentów 'ahaaaa’.

Weźmy taką poradę techniczną związaną z kolanami. Całe życie słyszałem, że ćwicząc mam trzymać je prosto, nie wysuwać za linię stóp ani nie pozwolić schodzić się do środka. Ale takie coś prosto jest zalecić – wykonać jednak trochę gorzej. Zwłaszcza gdy mija 45 minuta zajęć, a wbita w obcisłe legginsy ponętna trenerka drze się, że masz cisnąć i nie przestawać.

Kelly Starrett poza udzieleniem standardowej porady, robi jedną małą, dodatkową rzecz – na dwóch fotografiach, za pomocą splecionych palców uświadamia istnienie oraz budowę więzadeł krzyżowych. Przebiegają przez stawy kolanowe w taki sposób, że odgięcie ich na zewnątrz w przysiadzie nie robi wielkiego problemu, za to ruch do środka rodzi ewidentne ryzyko zerwania. W ten sposób nie pomyli mi się już nigdy w którą stronę kolana są „nielegalne”. Będę miał też silną motywację by olać swoje ego i w pierwszej kolejności zadbać jednak o własne kończyny.
 
Inny klasyk – wyciskanie sztangi. Ściągnij łopatki, opuść barki, napnij tułów, prowadź ruch z klatki piersiowej. Wszystko się zgadza. Jednak Starrlett, dodając swoje prawo rotacji kończyn, podpowiada nam dodatkowo: kiedy już ściągniesz łopatki i barki, zablokuj dłonie na gryfie tak, jakbyś chciał złamać sztangę. I już. Jeśli bywasz na siłowni – spróbuj. Jedna, głupia, banalna w zastosowaniu rada, która sprawiła że już nigdy i nigdzie i w żadnej pozycji sztanga nie lata mi na boki wymykając się spod kontroli. Prosty ruch, który zmienia wszystko.
 
Ale co to ma do nauki zarządzania, przemówień publicznych, samoobrony, czy nurkowania? Dużo, bo podziwiając prostotę i celnością tych rad, przypomniałem sobie własne edukacyjne przygody…
 
Kiedy czytałem o tym, jak zachować się na pierwszej randce, dowiedziałem się, że: mam być pewny siebie i zabawny. W efekcie robiłem z siebie bufona i idiotę. Zapomnieli dodać, że kobiety mają znakomity bullshit detector i to, co robisz i mówisz powinno być przede wszystkim naturalne i spójne z tobą.

Kiedy radzono mi jak schudnąć, dowiedziałem się, że najlepsze są regularne, zdrowo skomponowane posiłki. Ale nikt nie powiedział co zrobić, kiedy ma się sporo wyjazdów służbowych, kiedy niekoniecznie można w połowie nasiadówki z zarządem wyciągnąć pudełko z sałatką.

Kiedy uczono mnie jak realizować projekty, dowiedziałem się że powinienem całe przedsięwzięcie dokładnie rozrysować rozbijając je na zadania składowe. Przewidywany czas trwania tych ostatnich uzyskam od zespołu, a sumując całość dowiem się ile potrwa mój projekt. Nikt jednak nie zająknął się nigdy co zrobić, kiedy prezes mówi „to musi potrwać połowę krócej”, względnie kiedy dwa tygodnie po rozpoczęciu projektu misterny harmonogram wali się niczym domek z kart na skutek nieprzewidywalnych wcześniej przetasowań i innych niespodzianek.

I żeby nie było – nikogo (albo mało kogo) nie podejrzewam tu o złą wolę. Nasi eksperci radzą tak najczęściej dlatego, że albo brak im praktycznego doświadczenia albo (co często jest skutkiem pierwszego) nie przychodzi im do głowy, że ktoś może być w zupełnie innej sytuacji niż oni. W rezultacie otrzymujemy szczupłego z natury 21 latka, spędzającego kilka godzin dziennie na siłowni, który doradza zabieganym rodzicom po trzydziestce. Ekstrawertycznego przystojniaka podpowiadającego pryszczatemu nerdowi jak poznawać kobiety. Czterdziestoparolatka z doświadczeniem w projektach inżynieryjnych tłumaczącego coś millennialsowi z agencji reklamowej. 

A przekonanie o własnej racji, szczera chęć pomocy, dobry warsztat trenerski, kilka certyfikatów i schludny sweterek marki Tommy H. dodatkowo podnoszą wiarygodność owych mądrości i czynią ja te tym bardziej niebezpiecznymi. Nie dość, że stracisz czas i niewiele skorzystasz, to jeszcze będziesz czuć się winny – bo nie utrzymałeś diety, nie byłeś wystarczająco macho i nie rozpisałeś przedsięwzięcia na wszystkie możliwe warianty. A może ty się do tego wcale nie nadajesz?

Stop.

Zanim wyciągniesz tak pochopne (i autodestrukcyjne) wnioski, proponuje przetestować serwowany ci materiał. Jeśli podejście do tematu jest rzetelne – powinien zawierać odpowiedzi przynajmniej na kilka z poniższych pytań:

  • Motywacja: czy są jakieś pułapki w tym obszarze? Jak je przemóc? Często dana rada jest bardzo prosta – np. jedz mniej, podejdź do niej, ogranicz social media – a całe clue to garść sztuczek, które pozwolą się zmusić lub wytrwać w nowym postanowieniu. Inaczej taką radę można sobie włożyć w cztery litery. Jak najgłębiej.
  • Typowe wyzwania: jakich problemów możesz spodziewać się w trakcie? Jak sobie z nimi poradzić?
  • Wyjaśnienie przyczyn: jeśli musisz wykonywać coś w ściśle określony, upierdliwy sposób – jaki jest powód? Konkretnie i merytorycznie. Motywacja siada bardzo łatwo, jeśli pakujesz się w coś trudnego, a jedynym uzasadnieniem jest „a bo pan trener tak kazał”.
  • Tips & tricks: czy są jakieś sztuczki i triki pomagające we wdrożeniu? Na przykład: „złam sztangę”; zastosuj technikę pomodoro; zadawaj pytania otwarte.
  • Via negativa: czego na pewno nie robić? Jakie są najczęstsze błędy i jak ich uniknąć?

Na koniec zaś zostawiam moje ulubione: „W jakich okolicznościach porada ta nie ma zastosowania?”. Wszelkie odpowiedzi sugerujące, że masz do czynienia z prawdą objawioną, techniką która znajduje zastosowanie zawsze, wszędzie i bez wyjątkow oznaczają (niezależnie od wyników powyższych testów), że powinieneś dokonać natychmiastowej katapultacji. Szkoda czasu na oderwane od rzeczywistości teoretyzowanie. Lepiej poświęcić go na poszukiwanie odpowiedniego Kelly’ego Starretta.

The post Teoretyzowanie first appeared on antifragile.pl.]]>
Sopot, Porter i spocone kobiety, czyli jak bezkontuzyjnie spalić 800 kcal. https://antifragile.pl/2016/08/jak-fajnie-spalic-800-kcal-fit-and-jump/ Thu, 25 Aug 2016 13:22:19 +0000 https://antifragile.pl/?p=6235 — Change my pitch up, Smack my bitch up — dobiega z głośników. — Panie Chryste, mój tyłek! — zupełnie niemęsko użalam się nad sobą, ale twardo cisnę dalej.  — Jedziemy, nie zwalniamy! — drze się instruktorka.  Jest wspaniale! Ile razy o tym pomyślę, dosłownie nie mogę wyjść z podziwu. Jakiegoż kopa dałem swojemu życiu dwa lata temu. W innym […]

The post Sopot, Porter i spocone kobiety, czyli jak bezkontuzyjnie spalić 800 kcal. first appeared on antifragile.pl.]]>
Change my pitch up, Smack my bitch up — dobiega z głośników. — Panie Chryste, mój tyłek! — zupełnie niemęsko użalam się nad sobą, ale twardo cisnę dalej.  — Jedziemy, nie zwalniamy! — drze się instruktorka.  Jest wspaniale!

Ile razy o tym pomyślę, dosłownie nie mogę wyjść z podziwu. Jakiegoż kopa dałem swojemu życiu dwa lata temu. W innym scenariuszu pewnie nadal kursowałbym na trasie biuro-dom-biedronka, marząc czasem o rzeczach, które teraz przytrafiają mi się na co dzień. Właściwie to nie. Większość mojej dzisiejszej rzeczywistości pozostawała wtedy daleko nawet poza sferą wyobrażeń, a co dopiero mówić o marzeniach. Weźmy ostatnią sobotę.

Wyczerpany, ale i pozytywnie nakręcony po pierwszym dniu konferencji z Grzesiakiem, zamarzyłem o wieczornym relaksie na plaży. Prysznic, kawał steka, przebiórka w mniej formalne ciuchy i już byłem w drodze do Brzeźna. Swoją drogą mam do tego miejsca spory sentyment, ale o tym to może innym razem. O czym to ja..? Aaa, plaża!

Wstępny plan brzmiał zakładał krótki spacer i ewentualne dołączenie do konferencyjnej ekipy, która ogłosiła, że integruje się na plaży w okolicach Jelitkowa. I pewnie, biorąc pod uwagę moje rezerwy energetyczne, dokładnie na tym by się skończyło, gdybym nie nabrał nagle ochoty na piwo, konkretnie mój ulubiony Bałtycki Porter.

Rozumiem, że już chcesz wiedzieć jak spalić te 800 kcal? Spokojnie, dojdziemy i do tego. Wracając do wycieczki na plażę.

To zabawne w jaki sposób działa na mnie alkohol – jego głównym skutkiem wcale nie jest dobry humor, ani pozbycie się hamulców. Przysłowiowe małe piwo powoduje u mnie przede wszystkim przypływ energii i chęci. Coś jak poranna kawa. Tak zareagowałem i tym razem.

Kiedy odpowiednio pokrzepiony dotarłem plażą do Jelitkowa, nie mogłem za bardzo rozeznać w ciemnościach, która z rozbawionych grupek jest tą konferencyjną. Stwierdziłem więc, że idę dalej. Jest miło, pomysł przechadzki mi się podoba, a nie będę przecież podchodził do ludzi i pytał “Eee sorry, jesteście od Grzesiaka”. Jeszcze mnie ktoś pobije.

800 kcal? No dobrze, z resztą opowieści nieco przyspieszę.

Krótka przechadzka skończyła się na tym, że doszedłem aż do Sopotu. A tam, w sobotni wieczór na Monciaku, miałem możliwość obserwowania wielkiej ilości sztucznych piersi, wieczorowych wakacyjnych zachowań godowych oraz poznałem Milkę. Nie, nie krowę – samicę człowieka, która jak się okazało, od kilku lat rozkręca w Polsce Fit and Jump. Zajęcia fitness na trampolinach! A, że jej opowieść bardzo mnie zaciekawiła, żaden fitness mi nie straszny, a w Trójmieście znalazło się autoryzowane studio akceptujące karty MultiSport, postanowiłem spróbować i w trzy dni później stawiłem się w gdyńskim klubie Energy.

17 spoconych kobiet i ja, spocony jeszcze bardziej.

Jak przed każdym, nawet drobnym poszerzeniem mojej strefy komfortu, odczuwałem delikatne obawy. Dokuczało to delikatne ukłucie w jelitach, które staram się polubić, ponieważ oznacza “znakomicie, właśnie próbujesz czegoś nowego”. Czego dotyczyły moje stresy? Czy dotrę na czas, czy nie zaczadzę sali koszulką zbrukaną podczas joggingu dnia poprzedniego, czy się jakoś nie zbłaźnię – np. nie zlecę z trampoliny, takietam bzdury. Ulica Wendy 15, to tutaj, 3…2…1, wchodzę!

Na sali oczywiście same kobiety. Obejmuje w posiadanie ostatnią wolną trampolinę – mam szczęście, bo chociaż pani na recepcji kilka godzin wcześniej twierdziła, że zapisy są niepotrzebne, to dziewczyna która wpadła do sali tuż po mnie odchodzi z kwitkiem. Prowadząca – Wiki, objaśnia technikę (przede wszystkim uderzać całymi stopami, a nie palcami i pochylić się do przodu) i jedziemy!

fit and jump trampolina

Pierwszy kawałek, drugi kawałek, kiedy rozpoczyna się trzeci uśmiecham się szeroko – Smack My Bitch Up The Prodigy. Znów czuję się jak licealista! Radość jednak szybko zamienia się w niedowierzanie. Utwór ma zdecydowanie szybsze tempo niż poprzednie, minęło może dziesięć minut treningu, a ja – silny i sprawny Igor – zaczynam odczuwać poważne braki kondycyjne.

Change my pitch up, Smack my bitch up — dobiega z głośników.
Panie Chryste, mój tyłek! — zupełnie niemęsko użalam się nad sobą, twardo jednak uśmiecham się i cisnę dalej.
Jedziemy, nie zwalniamy — drze się, to znaczy dodaje nam otuchy, Wiki.

I tak już do końca czterdziestopięciominutowej, odbywanej z drobnymi przerwami na złapanie oddechu i łyk wody, sesji, na koniec której autentycznie nie została w mojej koszulce i spodenkach ani jedna sucha nitka.

fit and jump po treningu

W jaki sposób wytrwałem? Bo Fit and Jump to przede wszystkim kupa zabawy! Szeroko, wąsko, nożyce, na raz, na dwa w połączeniu z rytmiczną muzyką daje wiele radochy i pozwala zapomnieć o upływającym czasie i narastającym zmęczeniu. A ci, co już naprawdę nie mogli (no oczywiście, że nie ja!) mogli po prostu skakać nieco wolniej lub niżej, regulując w ten sposób obciążenie. W trakcie zajęć ujawniła się też kolejna, niebagatelna zaleta fitnessu na trampolinach…

Milka wspominała mi, że pomysł na podskoki wziął się m.in. stąd, że jako tancerka złapała poważną kontuzję, która wykluczyła ją z bardzo wielu rodzajów fizycznej aktywności. Okazuje się, że trampoliny są dla takich osób idealne, co jako szczęśliwy posiadacz dysplazji stawu biodrowego (na zawsze), naciągniętego dwugłowego uda i łokcia tenisisty (chwilowo), mogę z całą odpowiedzialnością potwierdzić. Przez całe zajęcia nic a nic mnie nie zabolało. A uwierzcie, że w mojej obecnej sytuacji to coś naprawdę wyjątkowego.

O spalaniu 800 kcal w czasie jednych zajęć przeczytałem zaś z niejakim sceptycyzmem na stronie Fit and Jump, a przypomniałem sobie, kiedy zapacając i usiłując utrzymać w dłoniach wyślizgujący się telefon (patrz jakość zdjęć w tym tekście), usiłowałem po zajęciach zrobić sobie z Wiki godne selfie. Wierzę w 800 kcal, o ile tylko wytrzymasz tempo i będziesz wysoko podnosić nogi. Ja wykręciłem najwyżej 500, ale i tak jestem z siebie diablo dumny.

selfie po treningu fit and jump

The post Sopot, Porter i spocone kobiety, czyli jak bezkontuzyjnie spalić 800 kcal. first appeared on antifragile.pl.]]>
Za co pokochałem damski fitness? https://antifragile.pl/2015/11/body-art-super-fitness-dla-faceta/ Thu, 12 Nov 2015 18:38:11 +0000 https://antifragile.pl/?p=5270 Cały ten gender zajmuje się nie tym, czym powinien. Zamiast dyrdymałów o dziewczynkach bawiących się resorakami, powinien zająć się zajęciami fitness. Odpowiedzieć na pytanie: dlaczego to damskie są najlepsze! Dobrze pamiętam czasy, gdy na siłowni gderałem – „robimy cztery serie, a przecież miały być trzy”. Oburzało mnie, że dla Barta ta rozgrzewkowa się nie liczy. […]

The post Za co pokochałem damski fitness? first appeared on antifragile.pl.]]>
Cały ten gender zajmuje się nie tym, czym powinien. Zamiast dyrdymałów o dziewczynkach bawiących się resorakami, powinien zająć się zajęciami fitness. Odpowiedzieć na pytanie: dlaczego to damskie są najlepsze!

Dobrze pamiętam czasy, gdy na siłowni gderałem – „robimy cztery serie, a przecież miały być trzy”. Oburzało mnie, że dla Barta ta rozgrzewkowa się nie liczy. Czułem, że ktoś robi mnie w balona. Miałem rację. I piszę to z pozycji gościa, który teraz już uwielbia targać kilogramy żelastwa:

Siłownia jest głupia i nudna, a my faceci mamy absolutnie przekichane, bo „pójście na siłkę” uznawane jest za pierwszy, najlepszy i najwłaściwszy sposób, by samiec zaczął się ruszać!

Męczennicy zdrowia fizycznego.

Nie rachityczna sylwetka, nie podciągnięte wysoko skarpetki szarej barwy i wreszcie nie wpatrywanie się co chwilę w smartfona o ekranie wielkim, jak szyby w holenderskich domach. Najpierw zdradza ich wyraz twarzy. Mina wyrażająca bezbrzeżną nudę / pogardę / nienawiść do miejsca, w którym się znaleźli.

Goście, którzy uznali, że pora wziąć się za siebie. Jest oczywiście i gorsza opcja – uznały tak ich kobiety. Niezależnie od przyczyn – nie wróżę im tam świetlanej przyszłości. Przeciętnie obstawiam, że wytrzymają maks miesiąc. Zwykle okazuję się zbytnim optymistą.

I co ty robisz tu, uuu?

Szczególnym i tragicznym podgatunkiem męczenników są ci, co na siłownie przyszli schudnąć. Nie dość, że cierpią katusze, to jeszcze z efektywnością bliską zeru.

Pomachanie ciężarkiem, cztery minuty przerwy, pomachanie innym, znów czekanie. Gdyby w czasie tych samych 45 minut nasz pulpecik wybrał się na spacer, spaliłby ze dwa razy więcej sadła. Ale przede wszystkim – spędziłby ten czas 389 i pół raza przyjemniej.

zajecia fitness dla mezczyzn

W poszukiwaniu straconego ubawu.

Problem w tym, że niewielu próbuje czegoś innego niż siłka. No może poza podobnie znienawidzonym przez „biorących się za siebie” bieganiem. Mało kto decyduje się na eksperymenty. Straumatyzowanym ofiarom WF-istów z łaski bożej nie przyjdzie do głowy, że ruszenie tyłka może być zwyczajnie przyjemne. Może sprawiać radość i pozwolić odpocząć od stresującego dnia za biurkiem.

Wiecie, o co najpierw pytam tych, co chcą, bym ułożył im plan treningowy? Nie o ilość sesji w tygodniu, nie o czas ich trwania, ani dostępny na danej siłowni sprzęt. Zadaje jedno, kluczowe pytanie:

Ależ dlaczego właśnie siłka??? Kręci cię? Lubisz to? Jaka jest szansa, że wytrwasz tam dłużej niż cztery tygodnie?

Nie cierpię sytuacji, kiedy z góry wiem, że ktoś nie zastosuje tego, co mu powiem. Albo wytrwa najwyżej trzy tygodnie.

Odsyłam zatem petentów, polecając spróbować squasha, cross-fitu, albo sztuk walki. Szczególnie tych ostatnich – kupa radochy i wszechstronne, poprawiające siłę i wytrzymałość treningi. A jakie to męskie!

Chyba, że Tobie (drogi czytelniku), albo facetowi, któremu pokażesz ten tekst (jeszcze droższa czytelniczko), specjalnie nie zależy na tym ostatnim. Wtedy, to dopiero otwierają się możliwości!

Moje ciało śpiewa.

Opowiadałem, jak przypadkowo trafiłem na aerobik. Było super! Jeśli miałbym zachęcić jakiegoś faceta, napisałbym: ostry wycisk, poprawa wytrzymałości i koordynacji, dobiegające z głośników elektroniczne hity rodem ze studenckich imprez oraz sala pełna dziewoj w obcisłych legginsach. Szczególnie polecam zajęcia, mające w nazwie pump albo kettlebell.

Jednak największą, konsumowaną średnio dwa razy w tygodniu, miłością darzę system pod zagadkową nazwą „Body Art”. Każdemu, kto zadaje mi pytanie „o co w tym chodzi”, odpowiadam:

Wyobraź sobie przeprowadzane przy dźwiękach relaksującej muzyki zajęcia koordynacyjno-rozciągająco-siłowe. Połączenie dynamicznej jogi oraz ćwiczeń wzmacniających w oparciu o masę własnego ciała. Same naturalne ruchy.

Trafiałem na grupy pełne ciamajd, jak i pełne wymiataczy. Bywałem na zajęciach, gdzie czułem się jak wnuczek, oraz na takich, gdzie sam wyraźnie zawyżałem średnią wieku. Nie zdarzyło mi się tylko jedno – aby na sali było więcej niż czterech panów. Dziwne, szczególnie biorąc pod uwagę, jak często wypełzam z sali półżywy ze zmęczenia. Czyżby bali się wycisku?

Ale nie wycisk jest główną przyczyną gorącej miłości, jaką obdarzyłem Body Art. Nie jest nią też większe rozciągnięcie, lepsza rzeźba (!), ani koordynacja. Uzależniłem się od uczucia, które towarzyszy mi po każdym treningu. Wrażenia niesamowitej harmonii z własnym ciałem. Tego, że właśnie zrobiłem dla niego coś bardzo, bardzo dobrego.

Po siłce, jodze, albo innych zajęciach bywam: napompowany, w endorfinowej euforii, rozciągnięty, albo pełen dumy (wytrzymałem!). Kiedy wracam do domu po Body Art czuję, że (jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało) moje ciało śpiewa. Ze szczęścia.

Niechaj twoje zaśpiewa również!

Wielkimi krokami zbliża się Nowy Rok. Czas postanowień i okres, kiedy z trudnością można wbić się na jakiekolwiek zajęcia. A może właśnie to właśnie teraz, zanim nastąpi ten smutno-śmieszny czas, jest odpowiednia pora na eksperymenty?

Na koniec w ramach inspiracji wizualnej, przedstawiam wam moją ulubioną trenerkę – Ewę Miśkiewicz. Co ja bym dał, żeby w tym wieku być chociaż w połowie tak sprawnym…

The post Za co pokochałem damski fitness? first appeared on antifragile.pl.]]>