Change my pitch up, Smack my bitch up — dobiega z głośników. — Panie Chryste, mój tyłek! — zupełnie niemęsko użalam się nad sobą, ale twardo cisnę dalej.  — Jedziemy, nie zwalniamy! — drze się instruktorka.  Jest wspaniale!

Ile razy o tym pomyślę, dosłownie nie mogę wyjść z podziwu. Jakiegoż kopa dałem swojemu życiu dwa lata temu. W innym scenariuszu pewnie nadal kursowałbym na trasie biuro-dom-biedronka, marząc czasem o rzeczach, które teraz przytrafiają mi się na co dzień. Właściwie to nie. Większość mojej dzisiejszej rzeczywistości pozostawała wtedy daleko nawet poza sferą wyobrażeń, a co dopiero mówić o marzeniach. Weźmy ostatnią sobotę.

Wyczerpany, ale i pozytywnie nakręcony po pierwszym dniu konferencji z Grzesiakiem, zamarzyłem o wieczornym relaksie na plaży. Prysznic, kawał steka, przebiórka w mniej formalne ciuchy i już byłem w drodze do Brzeźna. Swoją drogą mam do tego miejsca spory sentyment, ale o tym to może innym razem. O czym to ja..? Aaa, plaża!

Wstępny plan brzmiał zakładał krótki spacer i ewentualne dołączenie do konferencyjnej ekipy, która ogłosiła, że integruje się na plaży w okolicach Jelitkowa. I pewnie, biorąc pod uwagę moje rezerwy energetyczne, dokładnie na tym by się skończyło, gdybym nie nabrał nagle ochoty na piwo, konkretnie mój ulubiony Bałtycki Porter.

Rozumiem, że już chcesz wiedzieć jak spalić te 800 kcal? Spokojnie, dojdziemy i do tego. Wracając do wycieczki na plażę.

To zabawne w jaki sposób działa na mnie alkohol – jego głównym skutkiem wcale nie jest dobry humor, ani pozbycie się hamulców. Przysłowiowe małe piwo powoduje u mnie przede wszystkim przypływ energii i chęci. Coś jak poranna kawa. Tak zareagowałem i tym razem.

Kiedy odpowiednio pokrzepiony dotarłem plażą do Jelitkowa, nie mogłem za bardzo rozeznać w ciemnościach, która z rozbawionych grupek jest tą konferencyjną. Stwierdziłem więc, że idę dalej. Jest miło, pomysł przechadzki mi się podoba, a nie będę przecież podchodził do ludzi i pytał “Eee sorry, jesteście od Grzesiaka”. Jeszcze mnie ktoś pobije.

800 kcal? No dobrze, z resztą opowieści nieco przyspieszę.

Krótka przechadzka skończyła się na tym, że doszedłem aż do Sopotu. A tam, w sobotni wieczór na Monciaku, miałem możliwość obserwowania wielkiej ilości sztucznych piersi, wieczorowych wakacyjnych zachowań godowych oraz poznałem Milkę. Nie, nie krowę – samicę człowieka, która jak się okazało, od kilku lat rozkręca w Polsce Fit and Jump. Zajęcia fitness na trampolinach! A, że jej opowieść bardzo mnie zaciekawiła, żaden fitness mi nie straszny, a w Trójmieście znalazło się autoryzowane studio akceptujące karty MultiSport, postanowiłem spróbować i w trzy dni później stawiłem się w gdyńskim klubie Energy.

17 spoconych kobiet i ja, spocony jeszcze bardziej.

Jak przed każdym, nawet drobnym poszerzeniem mojej strefy komfortu, odczuwałem delikatne obawy. Dokuczało to delikatne ukłucie w jelitach, które staram się polubić, ponieważ oznacza “znakomicie, właśnie próbujesz czegoś nowego”. Czego dotyczyły moje stresy? Czy dotrę na czas, czy nie zaczadzę sali koszulką zbrukaną podczas joggingu dnia poprzedniego, czy się jakoś nie zbłaźnię – np. nie zlecę z trampoliny, takietam bzdury. Ulica Wendy 15, to tutaj, 3…2…1, wchodzę!

Na sali oczywiście same kobiety. Obejmuje w posiadanie ostatnią wolną trampolinę – mam szczęście, bo chociaż pani na recepcji kilka godzin wcześniej twierdziła, że zapisy są niepotrzebne, to dziewczyna która wpadła do sali tuż po mnie odchodzi z kwitkiem. Prowadząca – Wiki, objaśnia technikę (przede wszystkim uderzać całymi stopami, a nie palcami i pochylić się do przodu) i jedziemy!

fit and jump trampolina

Pierwszy kawałek, drugi kawałek, kiedy rozpoczyna się trzeci uśmiecham się szeroko – Smack My Bitch Up The Prodigy. Znów czuję się jak licealista! Radość jednak szybko zamienia się w niedowierzanie. Utwór ma zdecydowanie szybsze tempo niż poprzednie, minęło może dziesięć minut treningu, a ja – silny i sprawny Igor – zaczynam odczuwać poważne braki kondycyjne.

Change my pitch up, Smack my bitch up — dobiega z głośników.
Panie Chryste, mój tyłek! — zupełnie niemęsko użalam się nad sobą, twardo jednak uśmiecham się i cisnę dalej.
Jedziemy, nie zwalniamy — drze się, to znaczy dodaje nam otuchy, Wiki.

I tak już do końca czterdziestopięciominutowej, odbywanej z drobnymi przerwami na złapanie oddechu i łyk wody, sesji, na koniec której autentycznie nie została w mojej koszulce i spodenkach ani jedna sucha nitka.

fit and jump po treningu

W jaki sposób wytrwałem? Bo Fit and Jump to przede wszystkim kupa zabawy! Szeroko, wąsko, nożyce, na raz, na dwa w połączeniu z rytmiczną muzyką daje wiele radochy i pozwala zapomnieć o upływającym czasie i narastającym zmęczeniu. A ci, co już naprawdę nie mogli (no oczywiście, że nie ja!) mogli po prostu skakać nieco wolniej lub niżej, regulując w ten sposób obciążenie. W trakcie zajęć ujawniła się też kolejna, niebagatelna zaleta fitnessu na trampolinach…

Milka wspominała mi, że pomysł na podskoki wziął się m.in. stąd, że jako tancerka złapała poważną kontuzję, która wykluczyła ją z bardzo wielu rodzajów fizycznej aktywności. Okazuje się, że trampoliny są dla takich osób idealne, co jako szczęśliwy posiadacz dysplazji stawu biodrowego (na zawsze), naciągniętego dwugłowego uda i łokcia tenisisty (chwilowo), mogę z całą odpowiedzialnością potwierdzić. Przez całe zajęcia nic a nic mnie nie zabolało. A uwierzcie, że w mojej obecnej sytuacji to coś naprawdę wyjątkowego.

O spalaniu 800 kcal w czasie jednych zajęć przeczytałem zaś z niejakim sceptycyzmem na stronie Fit and Jump, a przypomniałem sobie, kiedy zapacając i usiłując utrzymać w dłoniach wyślizgujący się telefon (patrz jakość zdjęć w tym tekście), usiłowałem po zajęciach zrobić sobie z Wiki godne selfie. Wierzę w 800 kcal, o ile tylko wytrzymasz tempo i będziesz wysoko podnosić nogi. Ja wykręciłem najwyżej 500, ale i tak jestem z siebie diablo dumny.

selfie po treningu fit and jump

Otagowane jako: