Zdrowie | antifragile.pl https://antifragile.pl antykruchość w życiu i w biznesie Mon, 23 Mar 2020 10:24:54 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.4.7 https://antifragile.pl/wp-content/uploads/2018/05/cropped-samahydra_3glowy-32x32.png Zdrowie | antifragile.pl https://antifragile.pl 32 32 Jak skorzystać na kryzysie? Po pierwsze trzeba go przetrwać! https://antifragile.pl/2020/03/jak-skorzystac-na-kryzysie/ Thu, 19 Mar 2020 11:39:44 +0000 https://antifragile.pl/?p=10271 O błędzie statystycznym oznaczającym pół miliona ofiar, sensie ubezpieczeń od mało prawdopodobnych zdarzeń, Żydach uciekających przed Hitlerem oraz tym, czemu ludzie pokroju Jarka Kuźniara zawsze będą cool (chociaż wcale nie powinni). Zapraszam na prolog nowego cyklu o antykruchości – strategii na zarządzanie ryzykiem w świecie VUCA, pandemii i „czarnych łabędzi”. Zwariowaliście! Odwoływać i tracić kasę […]

The post Jak skorzystać na kryzysie? Po pierwsze trzeba go przetrwać! first appeared on antifragile.pl.]]>
O błędzie statystycznym oznaczającym pół miliona ofiar, sensie ubezpieczeń od mało prawdopodobnych zdarzeń, Żydach uciekających przed Hitlerem oraz tym, czemu ludzie pokroju Jarka Kuźniara zawsze będą cool (chociaż wcale nie powinni). Zapraszam na prolog nowego cyklu o antykruchości – strategii na zarządzanie ryzykiem w świecie VUCA, pandemii i „czarnych łabędzi”.

Zwariowaliście! Odwoływać i tracić kasę z powodu jakiejś grypy?

Był 28 Lutego 2020. Pierwszy potwierdzony przypadek koronawirusa miał zostać potwierdzony w Polsce dopiero za pięć dni. Na Teneryfie, dokąd wybieraliśmy się z moim kumplem na wakacje, stwierdzono dwa przypadki (wiedzieliśmy o jednym). Zdziwiona była też Pani z bazy, w której wcześniej zarezerwowaliśmy sobie nurkowanie:

Na wyspie wszystko funkcjonuje normalnie, karnawał dalej trwa, tysiące osób bawi się na ulicach, wszystkie atrakcje turystyczne działają…

Jarosław Kuźniar dziwi i śmieje się do dziś. A jednak my, po krótkiej rozmowie telefonicznej oraz wymianie wiadomości na Signalu:

rozmowa-o-koronawirusie

 

Zdecydowaliśmy się wtopić 1600 PLN (bilety + fragment rezerwacji nie do odzyskania), a destynację zmienić na Zakopane. Dlaczego?

Bo Nassim Taleb, Richard Nisbet, Daniel Kahneman i inni pomogli nam lepiej rozumieć nowoczesne zarządzanie ryzykiem, statystykę, nasze niedostatki w szacowaniu prawdopodobieństwa nietypowych wydarzeń i naturę „czarnych łabędzi”.

Mały (ale wariat)

Jakie jest prawdopodobieństwo, że Twoje mieszkanie eksploduje? Albo, że na skutek wypadku utracisz zdolność do pracy? Względnie, że zetkniesz się z bakteriami tężca? Tak małe, że prawie pomijalne. Ale to wcale nie znaczy, że warto je pomijać.

W zarządzaniu ryzykiem projektowym najpopularniejszym narzędziem do szybkiej i sensownej oceny ryzyka jest macierz wpływu i prawdopodobieństwa.

macierz-wplyw-prawdopodobienstwo

W pierwszej kolejności powinniśmy zajmować się tym, co ma duży wpływ i duże prawdopodobieństwo (prawy górny kwadrant), a resztą stopniowo i w zależności od dostępnych środków, natury naszego projektu i tak dalej. Dla przeciętnego projektu to sensowne i w zupełności wystarczające podejście.

Dla przeciętnego projektu, ale nie dla rozmaitych projektów specjalnej troski, w tym: naszego życia, kariery oraz losów naszej własnej ukochanej firmy. W takich wypadkach warto ową macierz rozszerzyć następująco:

wydarzenie-o-niskim-prawdopodobienstwie-ale-duzym-wplywie

Istnieją wydarzenia o relatywnie małym prawdopodobieństwie, których wpływ byłby jednak katastrofalny. I jeśli tylko da się relatywnie niedużym kosztem przed nimi jakoś zabezpieczyć albo ułożyć plan awaryjny – zdecydowanie warto. Dlatego:

  • Grzecznie płacę kilkaset złotych rocznie ubezpieczając tzw. 'mury’, bo to niski koszt za niepozostanie bez dachu nad głową w razie np. wybuchu gazu.
  • Grzecznie płacę prawie 2000 złotych rocznie za ubezpieczenie od utraty zdolności do pracy, bo perspektywa bycia sparaliżowanym, ale z sensownie zabezpieczonym bytem (stać mnie na rehabilitanta, profesjonalny wózek etc.) kontra ta sama perspektywa na głodowej rencie, to trochę niebo a ziemia.
  • Szczepię się na tężec i inne świństwa.

Robię to wszystko, choć prawdopodobieństwo, że mi się to na coś kiedykolwiek przyda jest bardzo małe. Mam jednak przynajmniej jaką-taką pewność, że owo prawdopodobieństwo szacowane jest dość dokładnie. Czego niestety nie można powiedzieć o znakomitej większości przypadków tego typu ocen.

Wróżenie z fusów

Z jakim prawdopodobieństwem twój 18-letni brat rozbije w ciągu najbliższego roku otrzymaną od ojca BMKę? Z jakim prawdopodobieństwem dożyjesz swoich kolejnych urodzin? Na te i podobne pytania odpowie Ci każdy ogarnięty agent ubezpieczeniowy m.in. dzięki rejestrom (tzw. tabelom aktuarialnym) prowadzonym przez firmy z tej branży.

Można próbować oszacować te wartości, ponieważ mamy potężny zbiór danych związanych z danym zjawiskiem. Brutalna prawda brzmi jednak: w zdecydowanej większości przypadków nasze dane są żadne.

Jeden ekspert określa prawdopodobieństwo ataku terrorystycznego na 22, a inny przewiduje porażkę projektu na 17 procent. Kiedy słyszysz takie wyliczenia, warto pamiętać o jednym: to jest ZGADYWANIE. Dokonywane przez mądrych, dobrze poinformowanych ludzi, ale wciąż zgadywanie i szacowanie nieróżniące się niczym od wyceniania ile czasu zajmie wasz projekt dla klienta albo budowa nowego domu. Jesteście w stanie to precyzyjnie przewidzieć, dalibyście za takie prognozy rękę? No właśnie.

Niestety nie da się inaczej, bo po prostu mamy za mało danych. Weźmy śmiertelność naszego SARS-CoV-2:

źródło: Wikipedia

Skąd (między innymi) te różnice? Za mało danych! Podobnie do firm ubezpieczeniowych moglibyśmy wnioskować, gdyby każdy człowiek miał wszczepiony chip przekazujący na bieżąco informacje takie jak wiek, narodowość i informację czy jest zarażony.

Inaczej to wciąż są bardzo mocne domniemania i ekstrapolacje. I jeśli takie zgadywanki zaczynamy podstawiać do matematycznych i statystycznych wzorów, w wyniku dostajemy (przydatne i potrzebne) dalsze domniemania i ekstrapolacje, ALE NIE PEWNOŚĆ.

Jeśli zaś masz duszę sceptyka (żółwik!) dostrzegasz też już zapewne, że przecież tysiące wcześniejszych obserwacji to tylko… tysiące wcześniejszych obserwacji i Twój brat za kierownicą BMW może zachować się zupełnie inaczej. Tak samo tysiące dotychczasowych obserwacji wcale nie gwarantuje, że w danym środowisku, czy populacji dany bakcyl nie zachowa się inaczej. Gdyby tysiące wcześniejszych obserwacji gwarantowały przewidywalną przyszłość, każdy analityk giełdowy przepowiedziałby Ci o ile dany papier wzrośnie albo spadnie jutro. Ale coś jakoś im to nie wychodzi…

To nie jest tak, że te dane są kłamliwe albo że ich zbieranie jest bez sensu. To zupełnie nie tak. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynają być traktowane nie jako przydatne i pomocne przybliżenie oraz podstawa do określania rzędów wielkości i ogólnego wnioskowania, tylko jak objawiona prawda. Dlatego jedną z zasad antykruchości jest redundancy – zdrowy margines bezpieczeństwa przyjmowany z pokory. Z założenia, że możemy mylić się w naszych wyliczeniach i to w dodatku zgodnie z Prawem Murphy’ego w tym niekorzystnym dla nas kierunku.

A kiedy (jak w przypadku wszelkich epidemii) mamy do czynienia z tzw. przyrostem wykładniczym, najmniejsza pomyłka może być bardzo kosztowna.

Błąd statystyczny, czyli pół miliona ofiar

Jeśli przyjmiemy, że jedna rodzina ma przeciętnie pięćdziesiąt par skarpet, to w miarę wzrostu ilości gospodarstw domowych rośnie też ilość kupowanych i użytkowanych skarpetek. Taką prognozę można wyrazić prostym wzorem 50x (gdzie x to ilość gospodarstw domowych). Taką zależność nazywamy liniową, ponieważ przedstawiona na wykresie przyjmuje postać linii (na poniższym wykresie czerwonej):

źródło: Wikipedia

Prawdziwa zabawa zaczyna się wtedy, kiedy mamy do czynienia z (oznaczoną wyżej optymistycznym kolorem zielonym) zależnością wykładniczą. Przyjmijmy ostrożne założenie, że każdy pacjent zaraża przeciętnie dwie następne osoby. Ilość zarażonych wyrazić można w takim wypadku wzorem 2ⁿ, gdzie n jest numerem kolejnego zarażanego „rzutu”. 

wzrost-wykladniczy

Niezły wzrost, co? W dziesiątym rzucie nowych zarażonych byłoby już 1024, w kolejnym 2048 i tak dalej.

Ciekawą właściwością takiego przyrostu jest to, że (co widać na wklejonym wyżej wykresie) początkowo zaczyna skromnie, a potem nabiera rozpędu. Świetnie widać to w popularnej grze Plague Inc., w której autorzy symulują zachowanie się globalnej epidemii. Nasza choroba zaczyna powoli.

Ale kiedy już nabierze rozpędu…

Dokładnie tak było we Włoszech. I dlatego właśnie tak ważne jest „duszenie w zarodku”, aby nie dojść do momentu, w którym wszystko wymyka się spod kontroli.

Inną ciekawą właściwością takiego przyrostu jest też fakt, że jest on BARDZO wrażliwy na błędy w danych wejściowych. Załóżmy, że nasza choroba ma współczynnik zarażania 2 oraz śmiertelności 0.1% Zakładając, że jakoś magicznie zatrzyma się po dziesięciu „przerzutach” (nieskrępowany rozwój, zero #zostanwdomu etc., a potem totalny szlaban i izolacja), umrą dokładnie dwie osoby (1 + 2 + 4 + … + 1024 = 2047 x 0.1%). Jednak jeśli MINIMALNIE się pomyliliśmy (te niewystarczające dane…) i współczynnik transmisji wynosi jednak 2.5 zamiast 2, a śmiertelność 0.3% zamiast 0.1%, to liczba ta wzrasta do 47 osób. A jeśli przyjmiemy, że serii nieskrępowanych „przerzutów” będzie nie 10, a 20 (kto by się tam przejmował epidemią!), to wartości te wyniosą odpowiednio 2097 i… 454737.

Czterysta pięćdziesiąt cztery tysiące siedemset trzydzieści siedem ofiar.

Czytać można to też w ten sposób: jeden luzak, który się nie przejmuje i który lekko, prawie całkiem bezobjawowo przejdzie chorobę, może pośrednio odpowiadać za śmierć pół miliona osób. Dlatego właśnie ja jednak klaszczę tym, którzy dmuchają na (wcale nie takie znowu) zimne. No właśnie, tylko że…

Bycie ostrożnym nie jest cool

O wiele fajniej jest być patrzącym na wszystko z góry luzakiem, prawda?

Źródło: chivas.com

Kuźniar i inni wypowiadający się z lekceważeniem o potencjalnym niebezpieczeństwie są tacy fajni, kiedy to z wyżyn swojego dystansu i mądrości patrzą na tłum panikarzy. Niestety tak to działa. Ostrożność nie jest cool. Chad z kwadratową szczęką, który mimo niebezpieczeństwa wyrusza zdobyć szczyt jest dzielny i męski. Zaś gość, który próbuje rozentuzjazmowaną grupę uświadomić co oznacza czwarty stopień zagrożenia lawinowego zawsze będzie tylko panikarzem i przegrywem. 

Co gorsza – brak mu potem nawet ostatecznego argumentu „a nie mówiłem”, bo jeśli jednak przekona innych do rozsądnego zachowania, to…. nic się nie dzieje (bo nie miał kto wywołać lawiny!). Zaraz więc pojawiają się głosy, że to było „frajerstwo” i „wiele hałasu o nic”. Tak już jest, ale nauczyłem się mieć to w dupie. A wszystkim, którzy mają z tym problem podrzucam jeden, ale dający do myślenia przykład:

Kiedy Hitler doszedł do władzy, gdy uchwalano Ustawy norymberskie i gdy szalała Noc Kryształowa, część Żydów decydowała się opuścić kraj, w którym żyli od pokoleń. GWARANTUJĘ WAM, że wielu (jeśli nie większość) spośród ich znajomych też pukała się wtedy w głowę i mówiła „to minie”.

Antykruchość w powszechnym (słusznym) rozumieniu oznacza korzystanie na kryzysach i zawirowaniach. Ale jej pierwsza zasada brzmi: żeby skorzystać, najpierw musisz przetrwać.

Nowy cykl: antykruchość dla opornych

Temat antykruchości – strategii na zarządzanie ryzykiem w świecie VUCA, pandemii i „czarnych łabędzi”, chyba jeszcze nigdy nie był tak bardzo na czasie. To wiedza, która może realnie pomóc, dać pomysły, kierunek i nadzieję w tej trudnej sytuacji o wiele bardziej niż 359-ta lista porad jak pracować zdalnie.

Niestety Nassim Taleb (twórca tej koncepcji) bywa… ekhm trudny w odbiorze i lektura jego wynurzeń dla wielu osób okazuje się zbyt ciężkostrawna. Podobnie jest ze skrótowymi próbami wyjaśniania o co w tym wszystkim chodzi. O ile moja rozmowa w podcaście Michała Kowalczyka była dla wielu osób ciekawa i inspirująca, to tak naprawdę ledwo prześlizgnęliśmy się po temacie. Dlatego właśnie chcę to zmienić.

Masz za sobą prolog, a od następnego odcinka zaczniemy omawiać wszystko w sposób uporządkowany, metodyczny, lekki i przystępny. Pytania?

DISCLAIMER: dla ułatwienia przyjąłem uproszczony model rozprzestrzeniania się wirusa!

Tak naprawdę pandemii nie modeluje się tak prosto jak xⁿ, gdzie x to współczynnik transmisji, a n kolejne 'pokolenie’ zarażanych. Używane do tego modele są o wiele bardziej skomplikowane i biorą pod uwagę szereg innych czynników –  odpowiednim w przypadku naszej pandemii wydaje się być SEIR (zobacz na Wikipedii oraz dobry tekst już konkretnie o SARS-CoV-2 tutaj).

Wciąż jest to jednak wzrost wykładniczy, rządzący się takimi samymi prawami, jak opisałem w tekście. Czytaj: wyjaśnienie byłoby DUŻO bardziej skomplikowane i niezrozumiałe, ale sens i mechanizm ten sam. #staythefuckhome

Dziękuję bardzo Remigiuszowi Kinasowi z grupy Neuca za wskazanie właściwego kierunku dalszych poszukiwań!

The post Jak skorzystać na kryzysie? Po pierwsze trzeba go przetrwać! first appeared on antifragile.pl.]]>
Gianfranco, czyli dlaczego fitness może nie być zdrowy https://antifragile.pl/2018/01/czy-fitness-moze-byc-niezdrowy/ Wed, 31 Jan 2018 12:29:40 +0000 https://antifragile.pl/?p=7458 Przeczytaj ambitnemu koledze, prześlij zmotywowanej koleżance. Niech wybiorą dyscyplinę...

The post Gianfranco, czyli dlaczego fitness może nie być zdrowy first appeared on antifragile.pl.]]>
Przeczytaj ambitnemu koledze, prześlij zmotywowanej koleżance. Niech wybiorą dyscyplinę, gdzie znajdzie się miejsce na zdrowie, przyjemność i jakąś grację. I gdzie po prostu nie będą robić sobie krzywdy.

Dubaj, Jumeirah Lakes Towers Park, późne popołudnie. Wygrzewam się na ławce celebrując półmetek pięciodniowej ucieczki przed zimą i pracą w trybie 24/7.

Książka w dłoni, ale jakoś nie mogę skupić się na czytaniu – o wiele ciekawiej jest obserwować tubylców. Filipińska gosposia spieszy z dziećmi w kierunku jednego z apartamentowców – pewnie by zdążyły przywitać w progu wracającą z pracy białą mamę. Grupa Hindusów żartuje i przekomarza się – wyglądają na gości z IT, którzy właśnie wyszli z pracy. Kolejna filipińska gosposia z dziećmi. Trzech starszych Brytyjczyków (poznaję po akcencie) dumnie kroczy chodnikiem. Brrr – wyglądają jak smutne klony, których każdy dzień (na odpowiedzialnym i dobrze płatnym stanowisku) przypomina wszystkie poprzednie. I następna gosposia z Filipin… Ooo, a to co? Zapowiada się ciekawie.

Na trawnik sprężystym krokiem wbiega wielki Murzyn i zaczyna wyciągać z torby jakieś sprzęty. Za nim, nieco mniej sprężyście, wkraczają na murawę cztery kolejne osoby. Wyglądająca na wysportowaną para po trzydziestce, nieco starszy żylasty Hindus oraz Gianfranco. Tak od razu ochrzciłem wyglądającego na Włocha gościa w średnim wieku z widoczną nadwagą. Patrząc na stroje całej czwórki, oraz to, co wyciągał z torby nasz sprężysty Murzyn, wiedziałem już co się święci. Za chwilę będę świadkiem prawdziwego dubajskiego treningu fitness!

Prosta, kilkuminutowa rozgrzewka idzie im w miarę sprawnie, jednak podczas sesji dynamicznego jogopodobnego rozciągania pojawiają się pierwsze zgrzyty. Najlepiej radzi sobie (oczywiście – joga!) Hindus. Wysportowana para trochę oszukuje, ale mieści się w granicach tolerancji. Gianfranco zdecydowanie ma problemy. Tego, co prezentuje nawet przy największej dozie tolerancji nie sposób nazwać psem z głową w dół. Prawdziwy dramat zaczyna się jednak w momencie, kiedy hebanowy dręczyciel zarządza władczym głosem serię pełnych burpees – przysiad, wyrzut nóg w tył, pompka, powrót skokiem do przysiadu i powrót do pionu połączony z wyskokiem i wyrzutem rąk.

Hindus, szczególnie na tle pozostałych, jakoś-nawet-daje-radę. Wysportowana para okazuje się być wysportowana tylko z wyglądu. A Gianfranco? Cóż… przedstawiając sobą obraz nędzy i rozpaczy próbuje i nie odpuszcza. I to jest właśnie najgorsze.

morderczy_trening

Bo powinien.

Mamy początek roku i aby natknąć się na Gianfranco nie trzeba wcale lecieć do Dubaju. Wystarczy pójść na dowolne zajęcia fitness. Będą tam na pewno. Dziewczyny dyszące jak zepsuta klimatyzacja już w trzy minuty po rozlegnięciu się gromkiego “zaczynamy – maaaarsz” i chłopaki, których przerasta wykonanie pięciu pompek. Przerasta, ale trwają i nie rezygnują. Pewnie przed wyjściem naoglądali się motywacyjnych wideo. Nie odpuszczają, a powinni. Powinni tak, jak i ja odpuściłem. Oburzonych faktem, że natrząsam się z bliźnich, informuję bowiem niniejszym, że w przypadku burpees radzę sobie niewiele lepiej niż Gianfranco.

Moja gibkość, a raczej jej brak, który wciąż doskwiera mi po operacji sprzed roku, eliminuje mnie z udziału w większości zajęć wytrzymałościowych. To znaczy mogę iść na dowolne i jakoś tam dam radę. Tyle, że “dając radę” robiłbym sobie w ten sposób krzywdę. Dokładnie tak, jak robił ją sobie nasz włoski anty-przykład. I tak, jak być może robisz ją sobie ty albo twoja koleżanka, która w nowym roku postanowiła wziąć się za siebie.

Pompki? Łokcie maksymalnie na zewnątrz, plecy w pałąk i walka o każde powtórzenie – korzyści dla klatki piersiowej minimalne, za to stawy łokciowe, barkowe oraz kręgosłup cichutko kwilą. Pozycja deski? Tyłek niepostrzeżenie opada i zamiast ćwiczenia mięśni głębokich zajmujesz się właśnie robieniem krzywdy krzyżowemu odcinkowi kręgosłupa.

Co na to trener? Może czasem krzyknie “pupa wyżej”, ale rzadko który zaproponuje prostszą wersję albo przerwie i dokładnie wyjaśni o co chodzi we wcale nie aż tak trywialnej technice tego ćwiczenia. Nie widzi? Nie chce mu się? Nie potrafi wyobrazić sobie jak to jest nie wygrać na loterii genowej i nie spędzać 18 godzin tygodniowo na siłowni, a w związku z tym być nieco mniej sprawnym? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że większość z nich nie zrobi nic z tym, że połowa grupy właśnie robi sobie krzywdę. Szczególnie widać to podczas kończącej niejedne zajęcia grupowe “dłuższej serii ćwiczeń na brzuch”. To dopiero jest festiwal samookaleczenia!

Stawiam dolary przeciw orzechom, że najwyżej kilka procent odwiedzających statystyczną siłownię jest w stanie wykonać kilkunastominutową serię ćwiczeń na brzuch zachowując przez cały czas prawidłową technikę. Cała reszta po najdalej 550 sekundach pracuje już wyłącznie nad nadwyrężeniem sobie karku i pleców. W czasie kolejnych zajęć przerwij na chwile walkę o życie i podczas serii spięć brzucha rozejrzyj się wokoło. Policz ilu spośród towarzyszy niedoli zamiast “podpierać delikatnie głowę na dłoniach” ciągnie ją do przodu niczym worek kartofli. Przy okazji zwróć też uwagę na trenera – oni najczęściej też nie ćwiczą cały czas, tylko robią regularne przerwy na obchód sali. Z którego najczęściej niewiele wynika.

Dlaczego piszę o tym tutaj? Dlaczego nie wstałem i nie podszedłem do Gianfranco i nie powiedziałem mu co o tym myślę. Dlaczego milczę podczas zajęć na siłowni? Odpowiedź jest krótka, trzyliterowa – ego. Kilka razy próbowałem i wiem już dobrze, że nikt nie chce, aby podszedł do niego obcy facet i, nawet najdyplomatycznej na świecie, powiedział “daj sobie spokój”. Sam przecież bym nie chciał. Piszę więc te słowa tutaj w nadziei, że może mimo wszystko uda się uratować czyiś kręgosłup, a przy okazji motywację do ćwiczeń. No bo w końcu na ile może wystarczyć wytrwałości do takiego umartwiania się?

A jak było ze mną? Pomogło mi lustro.

Pewnego pięknego dnia zerknąłem w nie kątem oka podczas wykonywania zadanych przez trenera wygibasów. Zerknąłem i srodze się zawiodłem, bo zamiast szczującego bicem fit-adonisa, ujrzałem znajomą walkę o życie. Wstrząśnięty, powziąłem w drodze do domu postanowienie, że nie wracam na zajęcia póki nie ukończę rehabilitacji, a potem jeszcze nie doprowadzę się samodzielnie do jako-takiej kondycji. Bo ćwiczenia to ma być zdrowa przyjemność, a nie walka o życie.

Pokaż ten tekst ambitnemu koledze, prześlij zmotywowanej koleżance. Nie po to, aby porzucili aktywność fizyczną. Jestem ostatnią osobą na planecie, która będzie do tego namawiać. Po prostu nich wybiorą dyscyplinę, gdzie oprócz wysiłku będzie w tym wszystkim jeszcze zdrowie, przyjemność i… jakaś gracja. Propozycje:

  • Niegłupim, dającym dużo radochy i pozwalającym spalić sporo kalorii pomysłem są trampoliny. Szansa na zrobienie sobie krzywdy jest dość mała pod warunkiem, że przestrzegasz kilku banalnych zasad: spięty brzuch i tyłek, skakanie nisko, na całych stopach i wyłącznie “nogami” (a nie całym ciałem). Zwróć uwagę na to na tym krótkim filmie. Niezależnie od tego jak szybko skika trenerka, utrzymuj takie tempo, żeby przede wszystkim skikać technicznie!
  • Innym mało ryzykownym pomysłem (choć chyba już tylko dla pań) jest aqua aerobic.
  • Można też specjalnie nie kombinować. Siedząc z Gianfranco przy kieliszku chianti, poradziłbym mu, aby co drugi dzień założył słuchawki z jakimś ciekawym audiobookiem i wybrał się na trzydziestominutowy spacer szybkim krokiem, a kiedy pogoda nie dopisze (np. w Dubaju stanie się zbyt gorąco) spędził ten czas na orbitreku.

A co robię ja? Priorytet ma rehabilitacja, ale poza tym staram się od czasu do czasu odwiedzić trampoliny, regularnie robię też (mocno zwracając uwagę na prawidłową formę) pompki na ilość (kilka serii z przerwami), albo organizuję sobie sesję machania kettlem. Stosunkowo lekkim, spokojnie, technicznie, w swoim tempie.

The post Gianfranco, czyli dlaczego fitness może nie być zdrowy first appeared on antifragile.pl.]]>
Jak wytrwać na rehabilitacji? https://antifragile.pl/2017/07/jak-wytrwac-na-rehabilitacji/ Mon, 10 Jul 2017 21:17:21 +0000 https://antifragile.pl/?p=6864 W trakcie załatwiania porannej potrzeby konstatuję, że niczym modelka z Instagrama opieram cały ciężar ciała na jednej nodze, drugą podpierając się tylko palcami. Niestety nie - jak one modelki - celem lepszego wyeksponowania kształtnych pośladków. Powód jest inny - ból po operacji.

The post Jak wytrwać na rehabilitacji? first appeared on antifragile.pl.]]>
Przeciwności losu hartują i pozwalają się czegoś nauczyć – to jedno z ulubionych stwierdzeń fanatyków rozwoju osobistego. I jedno z niewielu, z którymi się zgadzam.

Wierzę w to tak bardzo, że staram się z premedytacją komponować swoje życie tak, by regularnie mieć do czynienia z nowymi, niekomfortowymi sytuacjami. Najlepszych okazji do nauki nie da się jednak oczywiście wykomponować – przynosi je sam los. Sęk w tym, że wziętym znienacka, diablo ciężko przyjąć i  zaakceptować nową sytuację, starając się wyciągnąć z niej coś pozytywnego 

Z takim właśnie wyzwaniem mierzę się każdego ranka odkąd poddałem się operacji biodra.

Godzina piąta, minut trzydzieści.

Codzienny scenariusz jest z grubsza ten sam. Pobudka i podreptanie do WC, by w trakcie załatwiania porannej potrzeby ze złością skonstatować, że niczym modelka z instagrama opieram cały ciężar ciała na jednej nodze, drugą podpierając się tylko palcami. Niestety nie – jak one modelki – celem lepszego wyeksponowania kształtnych pośladków, a dlatego że zastałe w ciągu nocy okolice zoperowanego biodra po prostu nie dają się wygodnie użytkować bez przykrego, graniczącego z bólem uczucia 'ciągnięcia’.

Po śniadaniu oraz porannej kawie ma zwykle miejsce spacer na pobliską siłownię celem wykonania serii śmiertelnie nudnych ćwiczeń rehabilitacyjnych, poprzeplatanych dla rozrywki kilkoma typowo siłowymi. Niestety także podczas tych ostatnich biodro nie daje o sobie zapomnieć, a dodatkowo odzywają się pozostałe partie odnóży oraz – szczególnie dotkliwie – nadgarstki i przedramiona. Z tymi problemy miewałem zawsze, ale pooperacyjne chodzenie o kulach pogorszyło sprawę na tyle, że zostałem praktycznie pozbawiony radości podciągania na drążku, czy nawet klasycznego robienia bica hantlem.

Co w takiej sytuacji może być pozytywnego?

Ból.

Co jest naczelną zasadą wszelkiej fizycznej aktywności? Do znudzenia powtarzaną w książkach, na forach oraz w filmach i tekstach fitnessowych guru? Prawidłowa technika! Czyli coś, z czym chyba każdy z ćwiczących miewa większe lub mniejsze problemy.

Bo jak tu nałożyć mniej na sztangę i wolno wyciskać, pilnując jednocześnie odpowiedniego ułożenia sylwetki; jak powstrzymać się przed przyspieszeniem, wybrać niższe tempo, ale za to biec lekko i technicznie; jak odpuścić ciężki trening na rzecz nudnej sesji rozciągania i rolowania? Jak zrobić to wszystko, kiedy w żyłach buzuje testosteron aż broda rośnie, a w słuchawkach właśnie zaczyna się ulubiony fragment składanki Epic Music?

Ból pomaga. Ból motywuje. Ból przywołuje do porządku. Tylko najpierw trzeba go zaakceptować.

Jeśli oni mogą…

Warszawa, lobby lotniskowego Marriotta, trzecia godzina spotkania. Fotel na którym siedzę staje się coraz bardziej niewygodny, co szczególnie daje się we znaki mojej mniej sprawnej nodze. Jestem już tylko o krok od kolejnej sesji użalania się nad sobą, kiedy przez obrotowe drzwi zaczynają wchodzić do środka niepełnosprawni sportowcy – najwyraźniej są tu zakwaterowani. Powykrzywiane kończyny albo zupełny ich brak, a na twarzach uśmiechy podekscytowania przed zawodami. Myśl była automatyczna:

Popatrz na nich tylko. A ty? Chyba już dość się nad sobą użaliłeś. Nic w tym złego, ale czas się otrząsnąć, bo do niczego to nie prowadzi.

Bingo

Wróciłem do źródeł, do eksperymentowania. Stłamsiłem ego, które chciałoby podnosić 150 kilo w martwym ciągu. Zacząłem więcej czytać.

powrot do zdrowia po kontuzji

Przeprosiłem się z niektórymi maszynami, poprosiłem nudzącego się trenera o korekty techniki, a kiedy doktor zezwolił poszedłem na BodyArt. Ale nie na wieczorną grupę dla twardzieli. Na poranną, gdzie średnią wieku uczestników przekracza 50tkę.

Wychodząc z zajęć miałem przed oczami fioletowoniebieskie pulsujące kręgi. Niby prosty trening, ale gdy skupisz się na tym, by wszystko wykonywać jak najlepiej, odrzucając przy tym ograniczające przekonania 'na to nie pozwoli mi zakres ruchu’, całość staje się nie byle jakim wyzwaniem. Wcale nie trzeba insanity workout, aby zobaczyć postępy, poczuć satysfakcję i wejść na endorfinowy haj.

Moje poranki nadal zaczynają się tak samo.

Ale powoli przestaje dołować mnie poranne stanie na jednej nodze. Przywołuje na twarz uśmiech, wspominam tamtych sportowców i skupiam na tym, co jest w zakresie moich możliwości i na co mam wpływ. Odnajduję pozytywy. Chociażby taki, że na porannych zajęciach nie uświadczysz spoconych byczków w trykotach z napisem „Żołnierze Wyklęci”.

Dlatego jeśli właśnie krzywisz się, bo dostałeś od losu niechciany prezent – pomyśl o tych, którzy mimo dużo większego zestawu podobnych podarków jednak się nie poddają. Zastanów się i podejmij decyzje. Opcje są dwie: użalać się nad sobą albo spróbować jakoś ów podarek wykorzystać.

The post Jak wytrwać na rehabilitacji? first appeared on antifragile.pl.]]>
Jak przeżyłem moją pierwszą poważną operację? https://antifragile.pl/2017/03/jak-przezyc-operacje-biodra/ Fri, 17 Mar 2017 10:54:12 +0000 https://antifragile.pl/?p=6675 Kilka tygodni temu przeszedłem artroskopię biodra. Wiązało się to z pierwszą w życiu całkowitą narkozą a także: strachem, bólem i niezliczoną ilością rozmaitych doświadczeń, których zebrało się tyle, że postanowiłem napisać na ten temat osobny tekst. Opowieść, zgodnie z nauką Alfreda Hitchcocka, zaczyna się strzałem z grubej rury, a później napięcie zaczyna stopniowo rosnąć… Pielęgniarki […]

The post Jak przeżyłem moją pierwszą poważną operację? first appeared on antifragile.pl.]]>
Kilka tygodni temu przeszedłem artroskopię biodra. Wiązało się to z pierwszą w życiu całkowitą narkozą a także: strachem, bólem i niezliczoną ilością rozmaitych doświadczeń, których zebrało się tyle, że postanowiłem napisać na ten temat osobny tekst.

Opowieść, zgodnie z nauką Alfreda Hitchcocka, zaczyna się strzałem z grubej rury, a później napięcie zaczyna stopniowo rosnąć…

oddzial ortopedyczny

Pielęgniarki

Zadziwiające, ale naprawdę istnieją takie, które zwracają się do pacjentów w formie bezosobowej! „Ubierze się”, „schowa rękę” i tak dalej! Znakomita większość jest jednak miła, pomocna i anielsko cierpliwa. Wystarczy tylko potraktować je jak ludzi, a te 'bezosobowe’ delikatnie przywołać do porządku. Od razu nabierają szacunku i stają się grzeczniejsze.

Odpowiadając też na liczne zapytania, czy zapoznałem jakąś atrakcyjną przedstawicielkę szpitalnego personelu, odpowiadam: tak, dwie. Pierwsza podawała mi maskę ze środkiem usypiającym przed operacją, więc nasza znajomość trwała około dwunastu sekund. Pierwszymi słowami, z jakimi zwróciłem się do drugiej, było zaś:

Przepraszam. Może pani, ten tego, wylać z kaczki?

Słowa mało sprzyjające zawarciu bliższej znajomości.

Upuszczanie krwi, lewatywa i morowe powietrze

Ktokolwiek czytał coś na temat historii medycyny, pewnie nieraz złapał się za głowę, jakie to bzdety relatywnie niedawno były tam na porządku dziennym. Jeszcze w XIX wieku lekarze nie myli rąk przed operacją, czy odebraniem porodu, a uniwersalnym środkiem na wszystko była lewatywa i pijawki. Śmiejemy się i z politowaniem pukamy w czoło, zapominając, że tak naprawdę nie posunęliśmy się od tego czasu specjalnie daleko. Antybiotyki dopiero czekają na setną rocznicę wynalezienia, a ci z was, którzy mieli przyjemność oglądać „Bogów” wiedzą, że pierwszej polskiej transplantacji serca dopiero niedawno stuknęła trzydziestka.

Tak.

Mamy „Na dobre i na złe”, apteki pełne pomagających na wszystko suplementów oraz serwis Znany Lekarz, ale jeśli przytrafi ci się coś nieco bardziej skomplikowanego od kataru, albo uciętego palca – medycyna zaczyna się gubić. I to poważnie.

Mam zdiagnozowaną wadę wrodzoną stawu biodrowego (dla ciekawych: zespół zakleszczania panewkowo-udowy) i żyłem sobie z nią całkiem spokojnie aż do momentu, gdy kilka miesięcy temu zaczęły się uciążliwe dolegliwości bólowe. Zacząłem też stopniowo tracić i tak niewielki (chętnie pojeździłbym na męskim rowerze, ale nie podniosę tak wysoko nogi) zakres ruchu jaki miałem w tym stawie. Co robić? Iść do lekarza – on na pewno poradzi!

Wizyta u pięciu różnych uznanych i polecanych ortopedów wsparta diagnostyką obrazową (prześwietlenia, rezonansy itd.) zaowocowała… dwiema skrajnie różnymi diagnozami oraz trzema rodzajami zaleceń odnośnie dalszego postępowania. Kiedy pomyślę sobie, że podobne sytuacje były udziałem moich znajomych zmagających się z rakiem i boreliozą – włosy stają mi dęba na głowie.

Nie.

To głupia i mało empatyczna metafora. Z trudem wyobrażam sobie dramat osoby zmagającej się z ciężką, śmiertelną i wyniszczającą powoli ciało chorobą, która zostaje postawiona w sytuacji, gdy kilku lekarzy diagnozuje i zaleca coś zupełnie innego. Skonfrontowani zaś z inną diagnozą, są śmiertelnie oburzeni, że w ogóle śmieliśmy zakwestionować ich autorytet udając się po poradę do kogoś innego.

Jak rozpoznać kiepskiego ortopedę?

Szczęśliwie mój przypadek był o wiele lżejszy, a lata doświadczeń i bliskich spotkań ze służbą zdrowia pozwoliły mi zidentyfikować kilka sygnałów, po których niezawodnie rozpoznaję niekompetencję, bagatelizowanie problemu, a także dowolne kombinacje i mutacje obu powyższych.

Zastosowana przeze mnie w tym przypadku zasada brzmi: jeśli badający cię ortopeda ledwo cię dotknie, a następnie na tej podstawie zabroni jakichkolwiek ćwiczeń fizycznych i każe „przyjść za parę miesięcy” – uśmiechnij się, przytaknij, a potem opuść gabinet i nigdy tam nie wracaj.

Ten trick pozwolił mi wyeliminować jedną z diagnoz, ale nie był to bynajmniej koniec moich dylematów.

Jak podjąć decyzję w momencie, kiedy nie bardzo wiadomo co zrobić?

Nawet po zignorowaniu lekarzy nie będących fanami kultury fizycznej, mojej sytuacji daleko było do stuprocentowej jasności. Wyglądało to mniej więcej tak:

  • Mogę mocno ograniczyć zakres wykonywanych ćwiczeń fizycznych, próbować fizjoterapii i mieć nadzieję, że objawy ustąpią.
  • Mogę spróbować zoperować biodro. To z kolei będzie wiązało się z czekaniem kilkanaście miesięcy (NFZ) albo pięciocyfrowym wydatkiem. A dodatkowe atrakcje obejmą ból i wyłączenie z życia na spory kawałek czasu. Wszystko przy następującym rozkładzie szans: 50% będzie dużo lepiej, 40% będzie lepiej i 10% będzie gorzej.

Decyzję podjąłem siadając i przeprowadzając na głos rozmowę sam za sobą. Tak, dobrze czytasz –  zrobiłem wywiad z samym sobą. Wyłączyłem wszelkie rozpraszacze, usiadłem w ciszy i popijając zieloną herbatę zadałem sobie serię pytań, z których dwa najważniejsze brzmiały:

  1. Co oznacza owo 'gorzej’, na które mam dziesięć procent szans, jeśli zdecyduję się na operację? Czyli wzorem Richarda Bransona – świetnie, że mogę zyskać, ale co może pójść źle w tym przedsięwzięciu i na ile to będzie poważne i nieodwracalne? Odpowiedź: będę mógł chodzić, ale towarzyszący rotacji w stawie ból powiększy się albo zacznie mi towarzyszyć przez cały czas. To zaś skończy się w trybie przyspieszonym kolejną artroskopią, a nawet wymianą biodra. Nie zostanę jednak inwalidą, a endoproteza czeka mnie kiedyś tak czy inaczej.
  2. Co będzie jeśli nie zrobię tej operacji? Odpowiedź: odpuszczając większość aktywności fizycznej, wydając majątek na masaże i fizjoterapię oraz katując się (prawdopodobnie codziennie) rozciąganiami, elongacjami i innymi atrakcjami, będę miał w głowie cały czas: „pewnie zda się to psu na budę, a co by było jakbym się jednak zoperował?”.

Zoperowałem się. Nie żałuję. Poza znalezieniem się wśród 40% przypadków (jest lepiej, ale nie powalająco)…

… dużo lepiej rozumiem teraz staruszki w autobusach

Tradycyjnie już nowe doświadczenie dało mi zupełnie nową perspektywę na pewne sprawy. Przyznaję, że dotychczas patrzyłem czasem krzywo na rozpychające się w komunikacji miejskiej starsze panie. Teraz jednak, kiedy na własnej skórze doświadczyłem jak to jest, gdy nogi przestają być pewnym oparciem, wybaczam im hurtowo wszystkie przeszłe i przyszłe kuksańce rozdane celem przedostania się do jakiejś poręczy i przytrzymania nim pojazd ruszy z miejsca. Jest im naprawdę ciężko!

Jeszcze bardziej nienawidzę smartphone zombies

Tych wszystkich wpatrzonych non-stop w telefon i nie widzących poza nim świata. Szczególnie zaś odmiany zastawiającej przy tym drzwi wejściowe do pojazdu. Raz musiałem autentycznie stuknąć (niczym przysłowiowa staruszka) swoją gustowną, aluminiową kulą chłopaka, który uniemożliwiał mi wydostanie się z autobusu, a na trzykrotne „przepraszam” nie reagował, bo wpatrzony w Facebooka, odsłuchiwał jednocześnie na pełen regulator jakieś (wcale niezłe) techno.

Generalnie muszę przyznać jednak, że:

Ludzie to jednak życzliwi są

Przywiozą ze szpitala (wielkie dzięki Michał!), ustąpią miejsca w autobusie, przytrzymają drzwi, przepuszczą, odwiedzą rekonwalescenta w mieszkaniu. Wielki plus i szeroki uśmiech dla całej lokalnej populacji!

No nie, nie całej. Z pochwalnych piań wyłączam trzy grupy. Wspomnianych wyżej smartphone zombies. Taksówkarzy, którzy widząc mnie kuśtykającego przez pasy, po prostu nie mogli poczekać i przyspieszając moją akcję serca, przejeżdżali mi tuż przed nosem. I na koniec – zatrważająco, przerażająco, dramatycznie licznej grupy: empatycznych inaczej.

Zastanów się trzy razy, nim coś palniesz

Pisałem już o składaniu absolutnie nieempatycznych życzeń. Wypadałoby teraz dodać do tego przyczynek o denerwujących i sprawiających przykrość, choć pozornie życzliwych i współczujących tekstach, których adresatami stają się ludzie w podobnej do mojej sytuacji. Wiem, że ich autorzy mają zazwyczaj niewinne i całkowicie przyjazne intencje. Pamiętałem o tym słysząc to pierwsze dziesięć razy, zacząłem zapominać przy kolejnej dziesiątce, ale kiedy po raz pięćdziesiąty, usiłując otworzyć drzwi i jednocześnie pokonać znajdujący się tuż przed nimi schodek (pozdrowienia dla wszystkich architektów przestrzeni publicznej), usłyszałem:

Co to się stało? Żeby kózka nie skakała…

Ledwo powstrzymałem się przed wypaleniem:

To by ci przywaliła z bańki! Urodziłem się z takimi biodrami głupi bucu! Tak, jak ty urodziłeś się bez mózgu i empatii!

Zanim więc powitasz kogoś jakimiś 'współczującymi’ słowami, zastanów się proszę trzy razy. Albo lepiej czternaście. A swoją drogą, a propos wad wrodzonych, to warto pamiętać, że:

Przeciętny człowiek występuje wyłącznie w atlasie anatomicznym

Każdemu z nas coś jest. Urodził się z jakąś mniejszą lub większą wadą, albo jest nosicielem czegoś, czym przypadkiem zarażono go na szkolnej stołówce. Ja, poza nieładnymi biodrami, mam np. Zespół Gilberta, a w moim sercu dzieje się straszliwie brzmiąca, ale w rezultacie naprawdę niegroźna rzecz pt. ’ wypadanie płatka zastawki mitralnej’. Wszystko to są drobnostki, ale warto być ich świadomym, by to, co się da i ma sens (czy ryzyko jest warte nagrody?) naprawić, a do reszty dostosować swój styl życia.

Dlatego warto wszechstronnie zbadać siebie i (chyba przede wszystkim) swoje dzieci.

To, że zawsze miałem kiepskie wyniki w bieganiu i pływaniu oraz nie mogłem normalnie wsiąść na rower z ramą (biodro), a także to, że po wypiciu trzech piw, nazajutrz czuję się jakbym spożył litr spirytusu lubelskiego (Zespół Gilberta), jest stosunkowo niegroźne. Może tylko czasem zastanawiałem się, czy nie ulegam złudzeniu, że innym pewne rzeczy przychodzą łatwiej niż mnie, ale ta nieświadomość specjalnie mi nie szkodziła. Tego samego nie można powiedzieć o dostrzeganych przeze mnie na ulicy dosłownie dziesiątkach ludzi stawiających swoje stopy na najdziwniejsze możliwe sposoby. Dzisiaj pomogłyby im zwykłe wkładki, ale za kilkadziesiąt lat skończą o lasce i w ortopedycznych butach.

NAJWYRAŹNIEJ PODOBA CI SIĘ TO, CO CZYTASZ. W TAKIM RAZIE OBCZAJ TEŻ TE TEKSTY:

A jeśli jakiś twój znajomy po przeczytaniu niniejszego tekstu (do którego link mu udostępnisz), zdiagnozuje u siebie coś, co zdecyduje się usunąć operacyjnie – proszę nie opowiadaj mu co złego może mu się w takiej sytuacji przytrafić. Proszę, zaklinam:

Nie strasz niepotrzebnie bliźniego swego

W ramach wsparcia moralnego i szeroko pojętych dobrych rad usłyszałem przed zabiegiem o: tym, jak ciężko znosi się narkozę – na pewno będę wymiotował; wszystkich możliwych komplikacjach, krwotokach, zatorach i innych potencjalnie czekających mnie atrakcjach; tym, że kolegę kolegi później tak bolało, że musiał codziennie wzywać karetkę; tym, że po zabiegu na pewno nie dam sobie rady samemu – ubrać się, przygotować jedzenia, a przede wszystkim skorzystać z toalety. Na, związane z tymi ostatnimi obawami, moje zapewnienia o tym, że mam zapasy jedzenia, luźne ciuchy, e-zakupy TESCO oraz życzliwych sąsiadów, dowiadywałem się, że nie wiem co mówię i że z pewnością będzie o wiele, wiele gorzej, niż sobie wyobrażam.

Złote te myśli i porady (podobnie zresztą jak: 'żeby kózka’) sprawiały, że kilkukrotnie bliski byłem reakcji w typie Jurka Owsiaka:

Tylko, że ja krzyczałbym:

Oszaleliście. Zwariowaliście. Co chcecie osiągnąć? Myślicie, że się nie martwię, nie obawiam, nie stresuję? Gówno pomagacie, tylko pogarszacie całą sprawę! Większość z tego pewnie mi się nie przytrafi, a jak coś – odpukać – się ziści, to zajmę się tym wtedy, przy pomocy inteligencji, sprytu, dobrych ludzi i zawartości bankowego konta. Wtedy się pomartwię!

Jak kania dżdżu potrzebowałem wtedy słów, które usłyszałem od pewnego fizjoterapeuty:

Stary, wybrałeś świetnego gościa – 4500 artroskopii na koncie. Jesteś młody, masz konkretny gorset mięśniowy, będziesz zabiegiem referencyjnym, będziesz dla niego jak cudna dziewica. Głowa do góry!

Dokładnie tego było mi potrzeba. Dokładnie to powiedz znajomemu, który kładzie się do szpitala.

Swoją drogą: nie wymiotowałem, nie miałem problemów z samodzielnym ogarnięciem życia, o kulach pachowych wdrapywałem się na swoje piąte piętro z prędkością statystycznego 60-latka, ale bez większych problemów. Choć tak, muszę przyznać, twarzą w twarz stanąłem z trzema poważnymi, zakrawającymi na życiowe dramaty, wyzwaniami: absolutną niemożnością samodzielnego założenia skarpetek (każdą inną cześć garderoby jakoś się udawało), śmiertelną nuda podczas wykonywanych pięć razy dziennie ćwiczeń rehabilitacyjnych oraz trudnością z powstrzymywaniem się przed hurtową konsumpcją znoszonych mi przez znajomych smakołyków.

Operacja biodra – najczęstsze pytania

Mijają już prawie dwa lata od opublikowania tego tekstu, a ja coraz cześciej dostaję pytania od osób, które albo rozważają, albo wkrótce mają poddać się operacji. Dlatego postanowiłem dodać suplement z odpowiedziami na najczęściej zadawane mi w mailach pytania:

1. Gdzie byłeś operowany? Szpital Artmedik w Jędrzejowie, doktor Arkadiusz Koniarski.

2. Jaki typ uszkodzenia/dysfunkcji był u Ciebie naprawiany? Konflikt panewkowo-udowy, zespół zakleszczania w prawym biodrze. Uszkodzony obrąbek stawowy. W czasie operacji nie udało się go ponaprawiać, więc uszkodzona część została usunięta.

3. Czy miałeś jakieś powikłania po zabiegu? Nie.

4. Kiedy po operacji zacząłeś rehabilitację? Prawie natychmiast. Pierwsze ćwiczenia to straszliwie nudne, powtarzane kilka razy dziennie zestawy ćwiczeń polegające na „powolnym machaniu nóżką” wręczone mi wraz z papierami przy wpisie ze szpitala. Potem stopniowo oczywiście ćwiczenia się zmienia.

5. Kto był twoim rehabilitantem i ile razy w tygodniu miałeś z nim spotkania? Pan Artur Marszałek współpracujący na co dzień z Doktorem Koniarskim. Z racji tego, że Pan Artur przyjmował w Częstochowie, Jędrzejowie lub Kielcach dokąd z Krakowa miałem jednak dość daleko – byłem tam dosłownie pare razy. Robiłem podejścia do fizjoterapeutów w Krakowie, ale ich rezultaty były kiepskie. Okazuje się, że rehabilitacja po operacji jest dość specyficzna i nie każdy fizjo się na tym zna. Jednak co gorsza – mało który się przyzna, że nie bardzo się zna i najczęściej i tak próbowali. A na ćwiczenia, które mi zalecano Pan Artur z Dr Koniarskim dosłownie łapali się za głowę.

Mi wystarczyło pokazać zestaw ćwiczeń i od czasu do czasu go skonsultować, zmodyfikować. Wszystko z racji dość sporej wiedzy i doświadczenia w zakresie szeroko pojętych ćwiczeń fizycznych. Sądzę, że przeciętny Kowalski nie obędzie się bez DOBREGO fizjo na miejscu.

6. Po jakim czasie mogłeś swobodnie i bez bólu chodzić bez kul, siadać lub kucnąć? Chodzić bez kul mogłem dość szybko (po jakichś trzech tygodniach), ale wynika to z faktu, że nie szyto mi obrąbka stawowego. Po szyciu obrąbka dochodzenie do siebie trwa dłużej. Można powiedzieć, że taką pełną sprawność osiągnąłem po około dwóch miesiącach.

7. Czy odczuwasz różnicę w życiu przed i po zabiegu? Czy ból nie przeszkadza Ci w codziennym życiu, uprawianiu sportu? Odczuwam. Miewam dolegliwości bólowe i przykurcze, ale innej natury niż wcześniej.

Wynikają one głównie z tego, że kości biodra i miednicy już mogą działać w pełnym zakresie (zlikwidowany konflikt), ale tkanki miękkie przez -dzieścia lat życia przyzwyczaiły się do krótszego zakresu ruchu. Są po prostu przykurczone, co oznacza m.in. uczucie „ciągnięcia” w biodrze, które potęgują sytuacje, gdy z powodów zawodowych (szkolenia / doradztwo) muszę przesiedzieć lub przestać kilka godzin dziennie przez kilka dni pod rząd.

Jako pomoc doraźną stosuję stretching i różne „mobilizacje”, a gdy mam więcej czasu to intensyfikuje wszystkie ćwiczenia wydłużające tkanki miękkie. Wszystko z nadzieją, że w końcu całość wydłuży i uelastyczni się na tyle, że biodro przestanie mnie ciągnąć.

Główna różnica przed i po operacji jest taka, że teraz te moje zabawy nie są obowiązkowe i mógłbym pewnie żyć tak, jak jest znosząc te rozmaite dyskomforty. Natomiast przed operacją atakował mnie tępy ból przy rotacji w biodrze (np. zakładanie skarpetek podnosząc stopę do góry i do wewnątrz) i miałem perspektywę, że w tej sytuacji max 10-15 lat i skończę ze sztucznym biodrem. Co do sportu – właściwie jedyne czego nie robię to pływanie żabką (zakaz dożywotni) oraz przysiady (sam nie czuję się pewnie), ale martwe ciągi, machania ketlem, czy bieganie wchodzą bez najmniejszego problemu.

Tyle.

Gwoli ścisłości – wszystkie powyższe przemyślenia dotyczą mnie i mojego organizmu. Nikomu niczego nie doradzam. Nikogo do niczego nie namawiam

W tekście opisuję dlaczego podjąłem takie, a nie inne decyzje i mogę tylko dodać, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem chirurgii kosmetycznej oraz wykonywania ryzykownych zabiegów leczących niewielkie dyskomforty.

The post Jak przeżyłem moją pierwszą poważną operację? first appeared on antifragile.pl.]]>