Czego mnie nauczyła? Pół żartem, pół serio. Ze specjalną dedykacją dla wszystkich, którzy obawiali się, że będzie tu już tylko szkoleniowo, biznesowo i śmiertelnie poważnie.

Śledzący Fanpage bloga kojarzą pewnie pozdrowienia ze szpitala, okraszone kilkoma dość, hmm… realistycznymi zdjęciami.

oddzial ortopedyczny

Tak, kilka tygodni temu przeszedłem artroskopię biodra. Wiązało się to z pierwszą w życiu całkowitą narkozą a także: strachem, bólem i niezliczoną ilością rozmaitych doświadczeń, których zebrało się tyle, że postanowiłem napisać na ten temat osobny tekst. Opowieść, zgodnie z nauką Alfreda Hitchcocka, zaczyna się strzałem z grubej rury, a później napięcie zaczyna stopniowo rosnąć.

Pielęgniarki.

Zadziwiające, ale naprawdę istnieją takie, które zwracają się do pacjentów w formie bezosobowej! „Ubierze się”, „schowa rękę” i tak dalej! Znakomita większość jest jednak miła, pomocna i anielsko cierpliwa. Wystarczy tylko potraktować je jak ludzi, a te ‚bezosobowe’ delikatnie przywołać do porządku. Od razu nabierają szacunku i stają się grzeczniejsze.

Odpowiadając też na liczne zapytania, czy zapoznałem jakąś atrakcyjną przedstawicielkę szpitalnego personelu, odpowiadam: tak, dwie. Pierwsza podawała mi maskę ze środkiem usypiającym przed operacją, więc nasza znajomość trwała około dwunastu sekund. Pierwszymi słowami, z jakimi zwróciłem się do drugiej, było zaś:

Przepraszam. Może pani, ten tego, wylać z kaczki?

Słowa mało sprzyjające zawarciu bliższej znajomości.

Upuszczanie krwi, lewatywa i morowe powietrze.

Ktokolwiek czytał coś na temat historii medycyny, pewnie nieraz złapał się za głowę, jakie to bzdety relatywnie niedawno były tam na porządku dziennym. Jeszcze w XIX wieku lekarze nie myli rąk przed operacją, czy odebraniem porodu, a uniwersalnym środkiem na wszystko była lewatywa i pijawki. Śmiejemy się i z politowaniem pukamy w czoło, zapominając, że tak naprawdę nie posunęliśmy się od tego czasu specjalnie daleko. Antybiotyki dopiero czekają na setną rocznicę wynalezienia, a ci z was, którzy mieli przyjemność oglądać „Bogów” wiedzą, że pierwszej polskiej transplantacji serca dopiero niedawno stuknęła trzydziestka.

Tak.

Mamy „Na dobre i na złe”, apteki pełne pomagających na wszystko suplementów oraz serwis Znany Lekarz, ale jeśli przytrafi ci się coś nieco bardziej skomplikowanego od kataru, albo uciętego palca – medycyna zaczyna się gubić. I to poważnie. Mam zdiagnozowaną wadę wrodzoną stawu biodrowego (dla ciekawych: zespół zakleszczania panewkowo-udowy) i żyłem sobie z nią całkiem spokojnie aż do momentu, gdy kilka miesięcy temu zaczęły się uciążliwe dolegliwości bólowe. Zacząłem też stopniowo tracić i tak niewielki (chętnie pojeździłbym na męskim rowerze, ale nie podniosę tak wysoko nogi) zakres ruchu jaki miałem w tym stawie. Co robić? Iść do lekarza – on na pewno poradzi!

Wizyta u pięciu różnych uznanych i polecanych ortopedów wsparta diagnostyką obrazową (prześwietlenia, rezonansy itd.) zaowocowała… dwiema skrajnie różnymi diagnozami oraz trzema rodzajami zaleceń odnośnie dalszego postępowania. Kiedy pomyślę sobie, że podobne sytuacje były udziałem moich znajomych zmagających się z rakiem i boreliozą – włosy stają mi dęba na głowie.

Nie.

To głupia i mało empatyczna metafora. Z trudem wyobrażam sobie dramat osoby zmagającej się z ciężką, śmiertelną i wyniszczającą powoli ciało chorobą, która zostaje postawiona w sytuacji, gdy kilku lekarzy diagnozuje i zaleca coś zupełnie innego. Skonfrontowani zaś z inną diagnozą, są śmiertelnie oburzeni, że w ogóle śmieliśmy zakwestionować ich autorytet udając się po poradę do kogoś innego.

Jak rozpoznać kiepskiego ortopedę?

Szczęśliwie mój przypadek był o wiele lżejszy, a lata doświadczeń i bliskich spotkań ze służbą zdrowia pozwoliły mi zidentyfikować kilka sygnałów, po których niezawodnie rozpoznaję niekompetencję, bagatelizowanie problemu, a także dowolne kombinacje i mutacje obu powyższych.

Zastosowana przeze mnie w tym przypadku zasada brzmi: jeśli badający cię ortopeda ledwo cię dotknie, a następnie na tej podstawie zabroni jakichkolwiek ćwiczeń fizycznych i każe „przyjść za parę miesięcy” – uśmiechnij się, przytaknij, a potem opuść gabinet i nigdy tam nie wracaj.

Ten trick pozwolił mi wyeliminować jedną z diagnoz, ale nie był to bynajmniej koniec moich dylematów.

Jak podjąć decyzję w momencie, kiedy nie bardzo wiadomo co zrobić?

Nawet po zignorowaniu lekarzy nie będących fanami kultury fizycznej, mojej sytuacji daleko było do stuprocentowej jasności. Wyglądało to mniej więcej tak:

  • Mogę mocno ograniczyć zakres wykonywanych ćwiczeń fizycznych, próbować fizjoterapii i mieć nadzieję, że objawy ustąpią.
  • Mogę spróbować zoperować biodro. To z kolei będzie wiązało się z czekaniem kilkanaście miesięcy (NFZ) albo pięciocyfrowym wydatkiem. A dodatkowe atrakcje obejmą ból i wyłączenie z życia na spory kawałek czasu. Wszystko przy następującym rozkładzie szans: 50% będzie dużo lepiej, 40% będzie lepiej i 10% będzie gorzej.

Decyzję podjąłem siadając i przeprowadzając na głos rozmowę sam za sobą. Tak, dobrze czytasz –  zrobiłem wywiad z samym sobą. Wyłączyłem wszelkie rozpraszacze, usiadłem w ciszy i popijając zieloną herbatę zadałem sobie serię pytań, z których dwa najważniejsze brzmiały:

  1. Co oznacza owo ‚gorzej’, na które mam dziesięć procent szans, jeśli zdecyduję się na operację? Czyli wzorem Richarda Bransona – świetnie, że mogę zyskać, ale co może pójść źle w tym przedsięwzięciu i na ile to będzie poważne i nieodwracalne? Odpowiedź: będę mógł chodzić, ale towarzyszący rotacji w stawie ból powiększy się albo zacznie mi towarzyszyć przez cały czas. To zaś skończy się w trybie przyspieszonym kolejną artroskopią, a nawet wymianą biodra. Nie zostanę jednak inwalidą, a endoproteza czeka mnie kiedyś tak czy inaczej.
  2. Co będzie jeśli nie zrobię tej operacji? Odpowiedź: odpuszczając większość aktywności fizycznej, wydając majątek na masaże i fizjoterapię oraz katując się (prawdopodobnie codziennie) rozciąganiami, elongacjami i innymi atrakcjami, będę miał w głowie cały czas: „pewnie zda się to psu na budę, a co by było jakbym się jednak zoperował?”.

Zoperowałem się. Nie żałuję. Poza znalezieniem się wśród 40% przypadków (jest lepiej, ale nie powalająco)…

… dużo lepiej rozumiem teraz staruszki w autobusach.

Tradycyjnie już nowe doświadczenie dało mi zupełnie nową perspektywę na pewne sprawy. Przyznaję, że dotychczas patrzyłem czasem krzywo na rozpychające się w komunikacji miejskiej starsze panie. Teraz jednak, kiedy na własnej skórze doświadczyłem jak to jest, gdy nogi przestają być pewnym oparciem, wybaczam im hurtowo wszystkie przeszłe i przyszłe kuksańce rozdane celem przedostania się do jakiejś poręczy i przytrzymania nim pojazd ruszy z miejsca. Jest im naprawdę ciężko!

Jeszcze bardziej nienawidzę smartphone zombies.

Tych wszystkich wpatrzonych non-stop w telefon i nie widzących poza nim świata. Szczególnie zaś odmiany zastawiającej przy tym drzwi wejściowe do pojazdu. Raz musiałem autentycznie stuknąć (niczym przysłowiowa staruszka) swoją gustowną, aluminiową kulą chłopaka, który uniemożliwiał mi wydostanie się z autobusu, a na trzykrotne „przepraszam” nie reagował, bo wpatrzony w Facebooka, odsłuchiwał jednocześnie na pełen regulator jakieś (wcale niezłe) techno.

Generalnie muszę przyznać jednak, że:

Ludzie to jednak życzliwi są.

Przywiozą ze szpitala (wielkie dzięki Michał!), ustąpią miejsca w autobusie, przytrzymają drzwi, przepuszczą, odwiedzą rekonwalescenta w mieszkaniu. Wielki plus i szeroki uśmiech dla całej lokalnej populacji!

No nie, nie całej. Z pochwalnych piań wyłączam trzy grupy. Wspomnianych wyżej smartphone zombies. Taksówkarzy, którzy widząc mnie kuśtykającego przez pasy, po prostu nie mogli poczekać i przyspieszając moją akcję serca, przejeżdżali mi tuż przed nosem. I na koniec – zatrważająco, przerażająco, dramatycznie licznej grupy: empatycznych inaczej.

Zastanów się trzy razy, nim coś palniesz.

Pisałem już o składaniu absolutnie nieempatycznych życzeń. Wypadałoby teraz dodać do tego przyczynek o denerwujących i sprawiających przykrość, choć pozornie życzliwych i współczujących tekstach, których adresatami stają się ludzie w podobnej do mojej sytuacji. Wiem, że ich autorzy mają zazwyczaj niewinne i całkowicie przyjazne intencje. Pamiętałem o tym słysząc to pierwsze dziesięć razy, zacząłem zapominać przy kolejnej dziesiątce, ale kiedy po raz pięćdziesiąty, usiłując otworzyć drzwi i jednocześnie pokonać znajdujący się tuż przed nimi schodek (pozdrowienia dla wszystkich architektów przestrzeni publicznej), usłyszałem:

Co to się stało? Żeby kózka nie skakała…

Ledwo powstrzymałem się przed wypaleniem:

To by ci przywaliła z bańki! Urodziłem się z takimi biodrami głupi bucu! Tak, jak ty urodziłeś się bez mózgu i empatii!

Zanim więc powitasz kogoś jakimiś ‚współczującymi’ słowami, zastanów się proszę trzy razy. Albo lepiej czternaście. A swoją drogą, a propos wad wrodzonych, to warto pamiętać, że:

Przeciętny człowiek występuje wyłącznie w atlasie anatomicznym.

Każdemu z nas coś jest. Urodził się z jakąś mniejszą lub większą wadą, albo jest nosicielem czegoś, czym przypadkiem zarażono go na szkolnej stołówce. Ja, poza nieładnymi biodrami, mam np. Zespół Gilberta, a w moim sercu dzieje się straszliwie brzmiąca, ale w rezultacie naprawdę niegroźna rzecz pt. ‚ wypadanie płatka zastawki mitralnej’. Wszystko to są drobnostki, ale warto być ich świadomym, by to, co się da i ma sens (czy ryzyko jest warte nagrody?) naprawić, a do reszty dostosować swój styl życia.

Dlatego warto wszechstronnie zbadać siebie i (chyba przede wszystkim) swoje dzieci.

To, że zawsze miałem kiepskie wyniki w bieganiu i pływaniu oraz nie mogłem normalnie wsiąść na rower z ramą (biodro), a także to, że po wypiciu trzech piw, nazajutrz czuję się jakbym spożył litr spirytusu lubelskiego (Zespół Gilberta), jest stosunkowo niegroźne. Może tylko czasem zastanawiałem się, czy nie ulegam złudzeniu, że innym pewne rzeczy przychodzą łatwiej niż mnie, ale ta nieświadomość specjalnie mi nie szkodziła. Tego samego nie można powiedzieć o dostrzeganych przeze mnie na ulicy dosłownie dziesiątkach ludzi stawiających swoje stopy na najdziwniejsze możliwe sposoby. Dzisiaj pomogłyby im zwykłe wkładki, ale za kilkadziesiąt lat skończą o lasce i w ortopedycznych butach.

A jeśli jakiś twój znajomy po przeczytaniu niniejszego tekstu (do którego link mu udostępnisz), zdiagnozuje u siebie coś, co zdecyduje się usunąć operacyjnie – proszę nie opowiadaj mu co złego może mu się w takiej sytuacji przytrafić. Proszę, zaklinam:

Nie strasz niepotrzebnie bliźniego swego.

W ramach wsparcia moralnego i szeroko pojętych dobrych rad usłyszałem przed zabiegiem o: tym, jak ciężko znosi się narkozę – na pewno będę wymiotował; wszystkich możliwych komplikacjach, krwotokach, zatorach i innych potencjalnie czekających mnie atrakcjach; tym, że kolegę kolegi później tak bolało, że musiał codziennie wzywać karetkę; tym, że po zabiegu na pewno nie dam sobie rady samemu – ubrać się, przygotować jedzenia, a przede wszystkim skorzystać z toalety. Na, związane z tymi ostatnimi obawami, moje zapewnienia o tym, że mam zapasy jedzenia, luźne ciuchy, e-zakupy TESCO oraz życzliwych sąsiadów, dowiadywałem się, że nie wiem co mówię i że z pewnością będzie o wiele, wiele gorzej, niż sobie wyobrażam.

Złote te myśli i porady (podobnie zresztą jak: ‚żeby kózka’) sprawiały, że kilkukrotnie bliski byłem reakcji w typie Jurka Owsiaka:

Tylko, że ja krzyczałbym:

Oszaleliście. Zwariowaliście. Co chcecie osiągnąć? Myślicie, że się nie martwię, nie obawiam, nie stresuję? Gówno pomagacie, tylko pogarszacie całą sprawę! Większość z tego pewnie mi się nie przytrafi, a jak coś – odpukać – się ziści, to zajmę się tym wtedy, przy pomocy inteligencji, sprytu, dobrych ludzi i zawartości bankowego konta. Wtedy się pomartwię!

Jak kania dżdżu potrzebowałem wtedy słów, które usłyszałem od pewnego fizjoterapeuty:

Stary, wybrałeś świetnego gościa – 4500 artroskopii na koncie. Jesteś młody, masz konkretny gorset mięśniowy, będziesz zabiegiem referencyjnym, będziesz dla niego jak cudna dziewica. Głowa do góry!

Dokładnie tego było mi potrzeba. Dokładnie to powiedz znajomemu, który kładzie się do szpitala.

Swoją drogą: nie wymiotowałem, nie miałem problemów z samodzielnym ogarnięciem życia, o kulach pachowych wdrapywałem się na swoje piąte piętro z prędkością statystycznego 60-latka, ale bez większych problemów. Choć tak, muszę przyznać, twarzą w twarz stanąłem z trzema poważnymi, zakrawającymi na życiowe dramaty, wyzwaniami: absolutną niemożnością samodzielnego założenia skarpetek (każdą inną cześć garderoby jakoś się udawało), śmiertelną nuda podczas wykonywanych pięć razy dziennie ćwiczeń rehabilitacyjnych oraz trudnością z powstrzymywaniem się przed hurtową konsumpcją znoszonych mi przez znajomych smakołyków.

Tyle. Podsumowując: nie dość, że mam załatane biodro, to jeszcze zdobyłem tyle cennych doświadczeń. Antykruchość jak się patrzy.

Otagowane jako: