Dziesięciotygodniówki | antifragile.pl https://antifragile.pl antykruchość w życiu i w biznesie Sun, 03 Jan 2021 08:43:31 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.4.7 https://antifragile.pl/wp-content/uploads/2018/05/cropped-samahydra_3glowy-32x32.png Dziesięciotygodniówki | antifragile.pl https://antifragile.pl 32 32 Dobry bat nie jest zły https://antifragile.pl/2019/04/skad-wziac-motywacje/ Wed, 24 Apr 2019 06:34:20 +0000 https://antifragile.pl/?p=8174 Antykruche aktualności 05/2018: jakie konsekwencje miały opisywane ostatnio sukcesy? Jak czciłem stulecie odzyskania niepodległości? Czego nauczyła mnie lektura kilku kiepskich książek? Co czułem odbierając pierwszy raz w życiu nagrodę na scenie? Jaki horror przeżyłem korzystając z airbnb Warszawie? Ostatnio o tym nie wspomniałem, ale niespodziewany, nagły sukces miał swoje konsekwencje. Przygoda z Jackiem Santorskim nie […]

The post Dobry bat nie jest zły first appeared on antifragile.pl.]]>
Antykruche aktualności 05/2018: jakie konsekwencje miały opisywane ostatnio sukcesy? Jak czciłem stulecie odzyskania niepodległości? Czego nauczyła mnie lektura kilku kiepskich książek? Co czułem odbierając pierwszy raz w życiu nagrodę na scenie? Jaki horror przeżyłem korzystając z airbnb Warszawie?

Rozwiń jeśli nie wiesz o co chodzi z 'anktykruchymi aktualnościami'
To publikowana co dziesięć tygodni relacja z tego, co mnie w danym okresie spotkało.

Trochę tu luźnego lifestyle’u – anegdot, zdjęć, czy mini-recenzji przeczytanych książek. Sednem jednak zawsze jest to, czego mnie dane tygodnie nauczyły – refleksje, odkrycia i olśnienia. Co testowałem i zadziałało, a gdzie poniosłem bolesną porażkę oraz jaka z tego wszystkiego może płynąć dla mnie oraz dla Ciebie nauka.

Więcej o genezie tych podsumowań przeczytasz we wstępie do tego odcinka, a wszystkie teksty z tej serii znajdziesz tutaj.

Ostatnio o tym nie wspomniałem, ale niespodziewany, nagły sukces miał swoje konsekwencje. Przygoda z Jackiem Santorskim nie skończyła się na uścisku dłoni i gratulacjach. W 24 godziny po moim wystąpieniu dostałem zaproszenie na spotkanie w siedzibie firmy Values

Październik 2018, Warszawa, Centrum

Krucza 24/26, Google Maps pokazuje lokalizację jakby nieco dalej od ulicy.

Chyba od podwórka – myślę sobie.

Docieram na miejsce i nie, to nie jest od podwórka.

wejscie do biurowca

Imponujący budynek Kulczyk Investment. W środku czarny, marmurowy kontuar, a za nim dwójka obrzydliwie atrakcyjnych i przemiłych recepcjonistów. Uroczy pan ochroniarz wiezie mnie na piąte piętro i chwilę później wkraczam do najładniejszego biura, jakie widziałem w życiu, gdzie wita mnie Jacek Santorski, proponuje przejście na „ty” i siada do konkretnej rozmowy na temat możliwości współpracy. W tej chwili jestem święcie przekonany, że nic mnie już dzisiaj nie zaskoczy.

Ale jednak…

Po omówieniu biznesów Jacek proponuje mi (jako młodemu i obiecującemu specjaliście z dziedziny zarządzania) stypendium. Możliwość uczestniczenia zupełnie za darmo w Akademii Psychologii Przywództwa. Czy jestem zainteresowany? Czy będę miał czas oraz środki by sfinansować podróże i noclegi w Stolicy? 

Jestem! Będę miał! – wypalam po dwóch nanosekundach namysłu.

Pół godziny później, wciąż nieco oszołomiony siedzę w UKI UKI po przeciwnej stronie ulicy i nad miską wegańskiego ramen kontempluje otwierającą się przede mną szansę.

Akademia Psychologii Przywództwa

Jedyne studia podyplomowe, jakie kiedykolwiek rozważałem! Program polegający na metodycznym grzebaniu w światopoglądzie, sposobie patrzenia na siebie i otoczenie oraz komunikacji z innymi i samym sobą. Wszystko celem zrobienia z uczestnika lepszego, skuteczniejszego i bardziej autentycznego lidera.

Masz tendencje do bycia zbyt miękkim i zgodliwym? Dajesz wchodzić sobie głowę? Zdiagnozują i podpowiedzą co z tym robić. Bywasz zbyt twardy i wymagający, tłamsząc w ten sposób inicjatywę, kreatywność i motywację otoczenia – to samo. Boisz się i unikasz koniecznych konfrontacji? Popracujemy i nad tym.

Mógłbym pisać dalej, ale już zdecydowałem że niedługo po czerwcowym rozdaniu dyplomów napiszę obszerniejszą relację z APP. Dość powiedzieć, że to właśnie te studia winne są w dużej mierze poważnym opóźnieniom w powstawaniu tekstów na antifragile. Pojawiło się dzięki nim na moim radarze tyle ważnych spraw do przepracowania, opracowania i zgłębienia, że po prostu trzeba było odłożyć pewne rzeczy na plan.

Odłożyć, odżałować i dać się porwać rozwojowej fali wykorzystując ją w maksymalnym stopniu. Najważniejsza nauka z ostatnich dziesięciu tygodni 2018 brzmi bowiem:

Dobry rozwojowy bat nie jest zły

W archiwalnym tekście, w którym odradzałem czytelnikom studia podyplomowe, szydziłem radośnie z faktu, że ktoś może chcieć zapisać się na nie, aby zmotywować się do pracy. Uważałem, że motywacji i determinacji każdy powinien szukać tylko i wyłącznie w sobie. Pisałem tak, a teraz radośnie (bo wierzę, że oznacza to nabycie szerszego i dojrzalszego spojrzenia) odszczekuje.

Mało wiedziałem wtedy o życiu. A może po prostu za mało się wtedy u mnie działo?

Gdy człowiek cierpi na przepełnienie kalendarza, skrzynki pocztowej oraz nadmiar pomysłów do realizacji, miewa tendencje do wskakiwania w kołowrotek.

kręcenie się w kółko

Odbierasz pocztę, ogarniasz bieżączkę, „rozwijasz biznes”, a potem nie starcza już sił i chęci na te ważne (ale przecież nie tak pilne jak 59 wiadomości w skrzynce) sprawy rozwojowe. I jasne, że teoretycznie powinno się ten czas znaleźć. Każdy, kto zna koncepcje Macierzy Eisenhowera dobrze o tym wie. Gorzej bywa z praktyką. Nawet u mnie, choć w dziedzinie determinacji mam się za nieprzeciętnego kozaka.

Praca, do której zmotywowała (czytaj: zmusiła) mnie Akademia Psychologii Przywództwa, pozwoliła mi zrozumieć ludzi wynajmujących trenerów personalnych i chodzących do coachów głównie dla wsparcia motywacyjnego. W życiu nie przepracowałbym tylu tematów, gdyby nie APP!

Każdemu z nas może przydać się od czasu do czasu umiejętne pacnięcie w ramię. Delikatne przymuszenie do wykonania tych kilku kroków, których tak strasznie nam wykonać się nie chce, a których wykonanie tak bardzo nam pomoże. Między innymi dlatego (i o tym też przypomniała mi APP) dobry lider potrafi umiejętnie i z wyczuciem docisnąć swoich ludzi, aby rozwijali się i osiągali lepsze wyniki.

Okres ten zamknąłem więc z solennym postanowieniem, by nie bać się czasem mocniej docisnąć współpracowników, a samemu częściej szukać zewnętrznego wsparcia. Wymieniać pieniądze na czas i motywację.

Tyle refleksji i nauk, czas na:

Subiektywny przegląd książkowy

Przeczytałem (mimo naprawdę gorącego okresu zawodowego) trzynaście książek i jedną odpuściłem. Co ciekawe największą wartość wyniosłem chyba właśnie z tej jednej porzuconej oraz dwóch innych, podczas lektury których miejscami bardzo bolało mnie szkliwo.

Odpuszczona

Daniel Goleman „Inteligencja emocjonalna”. Doszedłem do odkrywczego wniosku, że jak dobra beletrystyka się nie starzeje, tak książki biznesowe, rozwojowe i popularnonaukowe jak najbardziej. Kiedy po pierwszych kilkudziesięciu stronach, nie dowiedziałem się niczego nowego, przejrzałem resztę i stwierdziłem, że chyba szkoda czasu. Takie książki są odkrywcze w momencie wydania, ale dwadzieścia lat później wiedza z nich bywa już tak powszechna, że po oryginał sięga się chyba głównie z ciekawości.

Co ciekawe odpuszczenie i odłożenie napoczętej książki wcale nie było takie łatwe. Mam się za osobę konsekwentną, no i jak to…. odpuszczę? Ja? Niniejszym postanawiam przyjrzeć się temu wewnętrznemu oporowi i częściej odpuszczać. Szkoda życia na kończenie nietrafionych lektur tylko dlatego, że przeczytało się pierwszy rozdział.

Dwie kiepskie

Jan Baszkiewicz „Robespierre” oraz Zbigniew Załuski „Siedem polskich grzechów głównych”. Obie kiepskie ze względu na skręcający boleśnie okrężnicę w trakcie lektury komuno-propagandyzm. Bohaterska Armia Ludowa, zbrodnicze Powstanie Warszawskie, Robespierre największy przyjaciel ludu et cetera, et cetera. Na domiar złego Pan Baszkiewicz miejscami potrafił jeszcze straszliwie nudzić.

No to co właściwie takiego wartościowego tam znalazłem?

Ano pozwoliły mi z sukcesem spróbować sztuki trudnej w naszym spolaryzowanym i nawykłym do kultury obrazkowej społeczeństwie – wyciągnąć dla siebie wartościową treść pomimo tego, że nie zgadzam się z poglądami autora albo jest ona podana mało atrakcyjnie.

W końcu to, że ktoś wyznaje jakiś pogląd, z którym nam nie po drodze, nie oznacza, że nie może mieć do powiedzenia nic ciekawego. Nie każdy też musi być mistrzem atrakcyjnej kompozycji. Grzech nudy wybaczyłem Baszkiewiczowi tym chętniej, że powołuje się i cytuje wprost w treści bardzo wiele oryginalnych źródeł. We współczesnych lekkich, łatwych i przyjemnych książkach historycznych (z resztą nie tylko w historycznych) podstawą całych rozdziałów bywa nie raz zasłyszana gdzieś anegdota albo wręcz śmiałe (i niczym nie udokumentowane) przypuszczenie autora. Lekko się to czyta, ale gdy się tak zastanowić – niewiele różni się to oparciem w faktach od Kryminałów Remigiusza M.

A czego się nauczyłem?

Załuski ukazał z innej strony szereg znanych z naszej historii wydarzeń (Somosierra, Reduta Ordona itp.) oraz zaproponował wcale trzeźwy i zrównoważony (jak na wstrętnego, brudnego, obmierzłego, żrącego na śniadanie robaki komucha) model patrzenia na naszą historię oraz czerpania z niej dumy i nauki na przyszłość. Książka Baszkiewicza uświadomiła mi z kolei, jak wielką dziurę mam w swojej wiedzy historycznej. Chodzi o Rewolucję Francuską i jej znaczenie. Mógłbym rozpisać się teraz na kolejnych kilka ekranów, ale powstrzymam się i napiszę tylko, że ta relatywnie krótka (jak na objętość tematu) lektura wsparta przestudiowaniem powiązanych haseł z Wikipedii oraz seansem „Dantona” Wajdy, pozwoliła mi lepiej zrozumieć… Stalina.

Szereg lat pochłaniałem książki o nim i jego czasach i za każdym razem powracało uporczywe pytanie: dlaczego AŻ TAK wyrzynał zwykłych ludzi oraz swoich współpracowników? Czy był szaleńcem? Ale przecież wariat nie wspiąłby się tak sprytnie i sprawnie do władzy! Brakującym elementem układanki okazała się być dla mnie właśnie historia Rewolucji Francuskiej. Josif D. znał ją bardzo dobrze i bardzo nie chciał podzielić losu Dantona, Robespierre’a i Termidorian. Nie wspominając już o tym, w jakim świetle stawia to Marksa i Engelsa – oni nie wymyślili komunizmu od zera. Oni teoretyzując, chcieli pewnie rozwikłać zagadkę czemu we Francji nie wyszło i jak zrobić to lepiej…

Dobra, miałem się nie rozkręcać.

Pozostałe lektury
  • James Fadiman „The Psychedelic Explorer’s Guide„: lektura obowiązkowa dla każdego zainteresowanego tematem.
  • Sam Harris „Waking Up„: książka, którą natychmiast po przesłuchaniu (audiobook), zacząłem słuchać po raz drugi. Podobno polskie tłumaczenie jest dramatyczne, więc nie polecam, jednak (podobnie jak w przypadku Fadimana) uważam, że dla każdego zainteresowanego tematem lektura obowiązkowa. A o samym Samie Harrisie (i innych współczesnych filozofach) na pewno napiszę kiedyś trochę więcej.
  • Ken Wilber „Niepodzielone”: dla kogoś, kto jest otwarty oraz trochę zna się i interesuję psychologią, psychoterapią i ich rozmaitymi modelami – może być bardzo ciekawa. W przeciwnym wypadku uznasz ją za bełkot.
  • Frank Herbert „Diuna”: nadrabiam klasykę. Zdecydowanie warto. Nie tyle nawet ze względu na intrygę (boleśnie przewidywalną), co na cały fascynujący zbudowany przez autora świat.
  • Bill George „Prawdziwa Północ” (lektura z APP): Nie odkrywa Ameryki, ale planuję brać ją raz na kilka lat na bezludną wyspę, aby odświeżyć i wyregulować swój wewnętrzny liderski kompas.
  • Oldham, Morris „Twój psychologiczny autoportret”: i kolejny test osobowości (i kolejna lektura z APP…) oraz wyjaśnienie związanego z nim modelu. Jeden z lepszych i bardziej przydatnych spośród tych, z którymi się spotkałem. Swoją drogą o rozmaitych badaniach i modelach także planuje napisać.
  • Hans Helmut Kirst „08/15 w koszarach”, „08/15 na wojnie”, „08/15 walczy do końca”: antywojenny klasyk od byłego żołnierza Wehrmahtu. Lekkie, miejscami mocno rozrywkowe, ale dające do myślenia.
  • Sławomir Koper „Alkohol i Muzy. Wódka w życiu polskich artystów”: Taki „Pudelek” na temat Młodej Polski, 20-lecia międzywojennego i PRL. Nic specjalnie ambitnego, ale jako relaksująca lektura na święta książka sprawdziła się znakomicie. Refleksja po przeczytaniu: chciałbym choć raz zabalować, jak Przybyszewski! Niestety strasznie boję się kaca…
  • Last, but not least – Kelly Starrett „Bądź sprawny jak lampart”: wreszcie przeczytałem od deski do deski (czyli uważnie, dokładnie i robiąc notatki) książkę, której zalety opiewam już od bardzo dawna. I mimo, że niby ją znałem, to mam wrażenie, że dopiero porządne, kompleksowe wgryzienie się w całość, pozwoliło mi zrozumieć kilka kluczowych koncepcji. Teraz wdrażam wszystko w życie i tylko patrzeć, a będę gibki jak Dominika.

Ukulturalnianie się

Niestety znów tylko raz (ale za to naprawdę udanie) udało mi się w tym czasie dotrzeć do teatru – na „Emigrantów” Mrożka w Teatrze Szczęście. Jesień upłynęła mi bowiem głównie pod znakiem kulturalnego świętowania setnej rocznicy odzyskania niepodległości – powolnych spacerach po Błoniach i odwiedzaniu rozmaitych okolicznościowych wystaw. Na przykład świetnej „Niepodległość. Wokół myśli historycznej Józefa Piłsudskiego.”

Albo: „Krakowski Hejnał Wolności: Wolność przyszła z Podgórza”, w otwartym niedawno (i mającym sporo uroku) Muzeum Podgórza.

Po powrocie z którejś z nich, zupełnie spontanicznie odszukałem w internecie i obejrzałem „Wesele” Wajdy. To z kolei zaowocowało wizytą (pozdrowienia dla Pani Baś) na wystawie „Pan wiecznie Młody. Lucjan Rydel w 100-lecie śmierci” w absolutnie niszowym oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, czyli Domu pod Krzyżem na Szpitalnej.

Wreszcie – na kilka dni przed Wigilią, z obwarzankiem w dłoni i (nieco mokrym, wątłym i brudnym, ale jednak) śniegiem na butach, udało mi się dotrzeć na pokonkursową wystawę szopek krakowskich. Odlot!

Rozmaitości

Jak wspominałem, było sporo rozjazdów…

mapka polski z trasami

… ale poza jeżdżeniem pociągami między innymi:

Zdobyłem nagrodę publiczności za swoje przemówienie podczas PMPiady w Poznaniu. Spory sukces przy tak mocnej konkurencji (pozdrowienia dla Szymona) i temacie, który sobie wybrałem. Mówienie menedżerom, że nie zawsze mają rację (mimo głębokiego przekonania, że jest przeciwnie) to coś, co trzeba robić z wyczuciem. Najwyraźniej mi się udało.

Ciekawie było odbierać statuetkę wśród oklasków na scenie. Mimo oczywistej radości i dumy, czułem się autentycznie zakłopotany i miałem ochotę na jak najszybszą ewakuację z podium. Hm…

Rozpocząłem współpracę z asystentką. Kiedy pod koniec lata rozpoczynałem rekrutację, miałem to raczej za działanie profilaktyczne, rozwojowe i na wszelki wypadek. Teraz doprawdy nie wiem, jak przeżyłbym jesień bez wsparcia Igi. Tradycyjnie sporo mnie to nauczyło i tradycyjnie sądzę, że kiedyś o tym napiszę…

Przejechałem się pierwszą klasą Pendolino. Jadąc szkolić do Gdyni, dorwałem promocyjne bilety – pierwsza klasa kosztowała tyle, co druga. Kiedy zasiadałem w wygodnym fotelu czułem się, jak Warren Buffet, jak Książe Karol, jak prawdziwy krezus.

selfie w pociagu

Dobrze, że mam pamiątkowe zdjęcie, bo raczej tej imprezy już nie powtórzę. Nie warto – jedyna zaleta to wygodniejsze fotele i więcej miejsca na nogi. Okazuje się, że reklamowany jako zaleta dodatkowy poczęstunek składa się głównie z cukru (batony, ciasteczka, a jedyne wegetariańskie danie śniadaniowe to croissant z dżemem), ale głównym czynnikiem dyskwalifikującym jedynkę jest towarzystwo – głównie posłowie i biznesmeni. Tacy, którzy BARDZO GŁOŚNO muszą rozmawiać przez telefon. Aby wszyscy na pewno słyszeli jacy są ważni, bogaci i wpływowi.

Wolę skromną dwójeczkę w strefie ciszy.

Przeżyłem horror korzystając z airbnb i booking. Ostrzeżenie dla wszystkich korzystających z tych serwisów w Warszawie i szukających lokum w centrum – czytajcie uważnie opisy i nie bójcie się dopytywać właścicieli, nim wynajmiecie kwaterę! Dwa razy z rzędu miałem nieprzyjemność skończyć w „kołchozie” to jest dużym mieszkaniu z 5-6 pokojami wynajmowanymi jednocześnie przyjezdnym. Kilkanaście osób do jednej kuchni i łazienki, nie wspominając już o zachowywaniu ciszy nocnej. Brrrrr.

Po dłuższej przerwie odwiedziłem krakowskie Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa.

Otrzymane czekolady przydały się na charytatywną akcję, którą współorganizuję co święta. Swoją drogą bardzo się cieszę, bo zaraz po ostatniej edycji (czyli na świeżo) udało się spotkać i podsumować różne pomysły i wnioski, których wdrożenie rozplanowaliśmy następnie rozsądnie w czasie. Żadna fizyka kwantowa – po prostu zrobiliśmy to, co robi się w wielu projektach komercyjnych. Jednak każdy, kto miał kiedykolwiek do czynienia z jakąś (szczególnie większą) akcją wolontariacką wie, że dobrych praktyk ze świata biznesu, wcale nie przeszczepia się do działalności pro-bono tak łatwo.

Przeżyłem cudowny pierwszy raz z grupą szkoleniową. Podczas otwartego szkolenia w Warszawie zostałem brutalnie i bezwzględnie przetrzymany prawie do 18:00 (a koniec tego dnia miał być maksymalnie o 17:00) przez zaangażowaną grupę. Byłem wzruszony. Podczas moich szkoleń jest naprawdę intensywnie – ludzie po trzech dniach muszą sprawdzać w dowodzie osobistym, jak się nazywają. Dlatego to dla mnie autentyczny sukces, jeśli mimo stanu w jakim się znajdują, chcą zostawać na sali dłużej.

Mimo tak intensywnego czasu było też miejsce na dbanie o tężyznę fizyczną i relaks. Po kilkunastu miesiącach przerwy zacząłem stopniowo wracać do treningów z większymi ciężarami i od razu stwierdziłem, że było to to, czego mi trzeba. Duże ciężary to zwiększone wydzielanie testosteronu – masz lepszy nastrój i czujesz jak rosną włosy na przedramionach. Czujesz się jak FACET.

W ramach relaksu gapiłem się w gwiazdy w Warce, odwiedzałem krakowskie kopce i przeżywałem wieczory takie, jak ten, kiedy podczas urodzinowego ramen z Paulą mieliśmy okazje zapoznać zwierzęcą część krakowskiego Tao Garden.

Usmiechnieta Dziewczyna w Towarzystwie Krolikow

Tym uśmiechniętym akcentem kończę moją tradycyjnie eklektyczną relację.

The post Dobry bat nie jest zły first appeared on antifragile.pl.]]>
Niespodziewany, nagły sukces https://antifragile.pl/2018/12/jak-nauczyc-sie-odpoczywac-pracoholik/ Sun, 30 Dec 2018 08:57:33 +0000 https://antifragile.pl/?p=8036 Antykruche aktualności: Jak podstępem wyrwać się z pętli pracoholizmu? Co poprzedza zwykle nagły sukces? Gdzie pędziłem po Warszawie z Saszą z Ubera? Czego nie znoszę u wzorowanego na mnie bohatera pewnego kryminału? Wszystko to w najnowszym odcinku! W ostatnim podsumowaniu pisałem: Tak oto wybrałem zaciśnięcie zębów i intensywną pracę z perspektywą nadrobienia relaksacyjnych zaległości jesienią.  […]

The post Niespodziewany, nagły sukces first appeared on antifragile.pl.]]>
Antykruche aktualności: Jak podstępem wyrwać się z pętli pracoholizmu? Co poprzedza zwykle nagły sukces? Gdzie pędziłem po Warszawie z Saszą z Ubera? Czego nie znoszę u wzorowanego na mnie bohatera pewnego kryminału? Wszystko to w najnowszym odcinku!

Rozwiń jeśli nie wiesz o co chodzi z 'anktykruchymi aktualnościami'
To publikowana co dziesięć tygodni relacja z tego, co mnie w danym okresie spotkało.

Trochę tu luźnego lifestyle’u – anegdot, zdjęć, czy mini-recenzji przeczytanych książek. Sednem jednak zawsze jest to, czego mnie dane tygodnie nauczyły – refleksje, odkrycia i olśnienia. Co testowałem i zadziałało, a gdzie poniosłem bolesną porażkę oraz jaka z tego wszystkiego może płynąć dla mnie oraz dla Ciebie nauka.

Więcej o genezie tych podsumowań przeczytasz we wstępie do tego odcinka, a wszystkie teksty z tej serii znajdziesz tutaj.

W ostatnim podsumowaniu pisałem:

Tak oto wybrałem zaciśnięcie zębów i intensywną pracę z perspektywą nadrobienia relaksacyjnych zaległości jesienią. 

Jeśli jednak kiedykolwiek dotknął Cię pracoholizm, to wiesz dobrze, że coś takiego łatwo jest obiecać, ale niestety nieco trudniej zrealizować. No bo jak tu nadrabiać relaksacyjne zaległości, jak odpuścić, jak iść do parku, jak pogapić się na gwiazdy, kiedy TYLE SPRAW czeka do zrobienia!?! No jak…?

Próbowałem, kombinowałem i wpadłem! Oto najważniejsza nauka z dziesięciotygodniówki 13 VIII – 21 X:

Czasem warto zastawić na siebie pułapkę

Jeśli rzucasz słodycze – pozbywasz się z domu czekolady. Gdy chcesz więcej się ruszać – kupujesz drogi karnet na siłownie. A kiedy chcesz się zmusić do potrzebnego ci odpoczynku – warto postawić się w sytuacji prawie-bez-wyjścia.

Jeszcze w lipcu, w samym środku pracoholicznego szału przyszło mi do głowy, że aby naprawdę trochę odsapnąć, potrzebuję krótkiego wyjazdu. Kiedy jednak zacząłem grzebać po internecie rozważając rozmaite opcje, gdzieś w środku pojawił się początkowo nieśmiały, a potem coraz mocniejszy głos:

A jak nie będzie tam wystarczająco dobrego internetu, by móc w razie czego popracować? A jak coś obsunie się przed wyjazdem i przez to opóźni się TAMTEN projekt? A co z tą biznesowa książką, którą obiecałem sobie przeczytać?

Dość!

Resztki zdrowego rozsądku podpowiedziały mi jedyne właściwe w tej sytuacji rozwiązanie – zebrać całą silną wolę i wszyć esperal zrobić coś, czego najpierw będę żałował, a potem sobie za to podziękuję.

Tak oto nabyłem tani bilet do Marakeszu dobrze wiedząc, że:

  • Internet będzie kiepski = zero pracy.
  • Będzie bardzo gorąco = zero pracy.
  • Lecę tylko z podręcznym = bez laptopa = zero pracy.

Rezultat? Patrz niżej.

Udało mi się wyrwać ze zgubnej pętli i złapać nieco dystansu. Nawet głupie cztery dni zaowocowały tym, że po powrocie miałem o wiele lepsze pomysły i uporałem się z kilkoma pozornie nierozwiązywalnymi problemami. Przypomniałem sobie wtedy, że czytałem gdzieś o pewnej specyficznej własności mózgu.

Jeśli zasiać w głowie jakiś pomysł lub problem, to o ile damy jej szansę na trochę wolnych przebiegów, będzie powoli mieliła sobie te zagadnienia, produkując w rezultacie lepsze rozwiązanie, niż gdybyśmy siedli i koniecznie usiłowali wymyślić coś na poczekaniu.

To skonstatowawszy, postanowiłem zastawić na siebie więcej pułapek.

Raz było to zaproszenie najlepszego kumpla na weekend. Bo trochę głupio (choć – wstyd przyznać – kiedyś tak czyniłem) byłoby zostawić go samemu sobie, by odpisywać na maile:

Innym razem skutecznie podpuściłem się słowami „jesteś w Poznaniu – głupio byłoby nie zajrzeć przy okazji do domku dziadków w Lubuskiem”:

Dwa czy trzy razy… wpisałem sobie wycieczkę jako zadanie w kalendarz i brutalnie zmusiłem do udania o siódmej rano na pobliski przystanek busów. Bywało, że jeszcze w trakcie jazdy nachodziły mnie głupie myśli w rodzaju „może chociaż wieczorem nadgonię robotę”. Szczęśliwie górskie powietrze oraz drogowskaz na szlak szybko przynosiły otrzeźwienie oraz świadomość tego, co jest ważniejsze.

Babia Góra Perć Akademików

Pozytywny auto-sabotaż spodobał mi się tak bardzo, że postanowiłem wspomnieć o nim na najbardziej prestiżowym wystąpieniu, jakie miałem okazję wygłosić w całej swojej dotychczasowej karierze…

To działa, to działa!

Bardzo lubię pewne powiedzenie wyjaśniające okoliczności typowego sukcesu:

Zazwyczaj jest nagły i niespodziewany (i poprzedza go wiele lat ciężkiej pracy).

Czasem myślałem o tym jeszcze hen, podczas mojej korpo-kariery. Już wtedy spędzałem długie godziny nad ambitnymi lekturami, dłubaniem przy blogu, medytacji, snuciem planów podboju świata oraz wykrywaniu i rozpracowywaniu osobistych demonów. Bywało, że oglądając zdjęcia znajomych z kolejnego wypadu czy szalonej imprezy drapałem się w głowię i zastanawiałem:

Igor, ludzie prowadzą wyluzowane, wesołe życie, a ty w kółko coś rzeźbisz, czytasz, kombinujesz. Zacne to, ale co poza (okresową) satysfakcją i (głównie) nadmiarem rozkmin ci to tak właściwie daje? Gdzie ta mądrość, do której twierdzisz, że dążysz? Gdzie jakieś efekty?

No więc wygląda na to, że efekty zaczęły nadchodzić.

Najpierw dostałem się do największego biznesowego podcastu w Polsce.

Potem przyszło zaproszenie od Mariusza, którego podcast to dla mnie absolutne polskie numer jeden pod kątem mądrych menedżerskich treści w formacie audio. Wreszcie Jacek Santorski (!) zaprosił mnie, bym wystąpił na organizowanym przez niego wydarzeniu z cyklu APPendix. I to właśnie tam, opowiadając o autohigienie psychicznej menedżera na pierwszej linii frontu, miałem okazję podzielić się m.in. pomysłem na pozytywne auto-pułapki ratujące pracoholika przed nim samym.

I nie, nie piszę o „sukcesie” w kontekście otrzymania owych zaproszeń (choć było to oczywiście dla mnie sporą nobilitacją i uznaniem). Sukcesem nazywam to, co usłyszałem potem w rozmowach na żywo i co przeczytałem w licznych wiadomościach oraz komentarzach.

Mogło przecież okazać się, że jestem tylko kolejnym niszowym szkoleniowym celebrytą dla ubogich, że wystąpienie zbierze grzecznościowe oklaski, a podcasty kilka łapek w górę od niestrudzonych psychofanów. Ale było tego dużo, dużo więcej, z uściskiem dłoni od Jacka Santorskiego na czele:

Spodziewałem się, że będzie dobrze, ale przekroczyłeś moje oczekiwania.

Przeczytane

Niestety przy tych wszystkich aktywnych relaksach nie zostało za wiele czasu na książki.

Jacek Santorski: „Ludzie przeciwko ludziom” – najlepsza przeczytana w tym okresie książka. O relacjach, konfliktach i zarządzaniu sobą w tym wszystkim. Skłaniająca do mądrej autorefleksji – takiej, która pomaga zachować równowagę, zdrowe zmysły i pogodę ducha podczas najtrudniejszych zawodowych i osobistych wyzwań. Dodatkowo w lekki i przystępny sposób wprowadza do świata rozmaitych gier psychologicznych, w które nieświadomie wszyscy pogrywamy w pracy i życiu prywatnym. A do tego wszystkiego mocno osadzona jest w naszej narodowej kulturze i specyfice. 

santorski_ludzie_przeciwko_ludziom

D. Truszczak, A. Sowa: „Drogi do Niepodległej 1918” – dość późno olśniło mnie w tym roku, że mija okrągły wiek od odzyskania przez Polskę niepodległości, a praca Doroty Truszczak i Andrzeja Sowy okazała się świetnym materiałem by wprowadzić się w klimat tamtych czasów. To nie jest typowa książka historyczna, a złożona z wycinków rozmaitych gazet kronika 1918 roku. Poza tym, że ciekawa i rozrywkowa, pomogła mi zdecydowanie lepiej zrozumieć trudną rzeczywistość, z jaką przyszło zmierzyć się odrodzonej Polsce.

Ben Horowitz: „The Hard Thing About Hard Things” – klasyk w świecie startupów, choć opowiada raczej o późniejszych etapach rozwoju biznesu niż trzech nastolatków w garażu wujka. Naprawdę sporo wartościowych, dających do myślenia rad i refleksji na najróżniejsze tematy związane z zarządzaniem firmą. Mi najbardziej utkwiła w głowie rada odnośnie rekrutacji: „Hire for strenghths, not lack of weaknesses” (zatrudniaj z powodu mocnych stron, a nie z powodu tego, że ktoś nie ma wyraźnych słabości).

Emil Zola: „Nana” – powieść znana głownie jako popularne hasło z krzyżówek. Część większego cyklu Rougon-Macquartowie, z którego czytałem już kiedyś „Germinal”. Dobra, choć ze względu na natłok postaci trudno było z początku się w nią wgryźć. Czuję, że to nie ostatnia książka z tego cyklu, po którą sięgnę.

Piotr Wierzbicki: „Migotliwy ton. Esej o stylu Chopina” – dobrze napisane i inspirujące, choć dla takiego muzycznego laika jak ja, miejscami nużące i niezrozumiałe. Skłoniło mnie, by trochę więcej posłuchać utworów naszego najsłynniejszego kompozytora.

Katarzyna Berenika Miszczuk: „Noc kupały” oraz „Paranoja” – pierwsza to kontynuacja „Szeptuchy”, o którym pisałem poprzednio. Za to druga ma specjalny smaczek. Po pierwsze – jestem (ekhm, ekhm) na okładce.

miszuk_reklama_metro

Po drugie – Marek, jeden z głównych bohaterów, jest po części wzorowany na mojej skromnej osobie. Ciekawie było zobaczyć swoje nazwisko w podziękowaniach, ale naprawdę odpadłem, gdy w pewnym momencie jedna z bohaterek odkryła na plecach Marka tatuaż o dziwnym kształcie.

paranoja_igor_mroz

Jednego Markowi nie mogę wybaczyć – pali. Ble.

Obejrzane

Och Teatr: „Trzeba zabić starszą panią” – w roli głównej Barbara Kraftówna (Honorata od Gustlika z „Czterech Pancernych”) – przyjemne, rozrywkowo spędzone dwie godziny.

och_teatr_trzeba_zabic_starsza_pania

Przeżyte

Spróbowałem floatingu – czyli „kąpieli” w całkowitej ciemności w osolonej wodzie o temperaturze ciała. Całkowite odcięcie od bodźców miało być ciekawym doświadczeniem oraz dobry relaksem. Godzinna sesja minęła zaskakująco szybko (myślałem raczej, że ciężko będzie mi wytrzymać), ale nie mogę zaliczyć jej do specjalne przyjemnych ani relaksujących. Przez większość czasu straszliwie bolał mnie kark. Podobno niektórzy tak mają.

floating

Zaliczyłem niesamowity urbexPodczas sesji zdjęciowej w Warszawie Mariusz zaproponował, aby część zdjęć zrobić na dachu opuszczonego budynku stojącego w samym centrum. Dachowe ujęcia ze względu na zbyt ostre światło wyszły średnio, ale samo myszkowanie tam było niesamowitą przygodą.

Jeszcze bardziej niesamowity był zawał serca, który przeszedłem, kiedy dwie godziny później zorientowałem się, że zostawiłem na owym dachu MacBooka. Szalona jazda z Saszą z Ubera oraz sprint przez dziesięć pięter uwieńczone zostały słyszalnym chyba w całej okolicy okrzykiem ulgi. Mój leciwy przyjaciel leżał grzecznie i czekał za jednym z kominów. Dokładnie tam gdzie dwie godziny wcześniej oparłem go „na chwilę”.

Uruchomiłem nową wersję ZeroBS.pl oraz przeprowadziłem rekrutację na asystentkę. Mimo, że byłem zadowolony z wcześniejszej współpracy z BrandAssist, postanowiłem zatrudnić kogoś bezpośrednio i na w miarę stały wymiar godzin. Zaskoczył mnie sukces ogłoszenia i naprawdę wysoki poziom aplikacji – dostałem prawie pięćdziesiąt CV, a wybór był naprawdę bardzo trudny. Z Igą (nie, imię nie było kryterium wyboru) pracujemy szczęśliwie już od dwóch miesięcy i miała ona duży udział w tym, że przetrwałem ostatnie dwa miesiące 2018 przy w miarę zdrowych zmysłach.

Walczyłem dzielnie acz bezskutecznie o odzyskanie portfela jednej z niszowych kryptowalut. Robiąc jesienny remanent w finansach odkryłem zerowy balans w moim portfelu IOTA. Niby nikt mnie nie okradł, niby to tylko na skutek jakichś technicznych zawirowań i wszystko powinno być do odzyskania. Niby. Bo do dnia dzisiejszego mimo szerokiego researchu i rozległej korespondencji  z fundacją IOTA nic odzyskać mi się nie udało. Wnioski na przyszłość – wciąż w ramach ryzykownej części portfela inwestycyjnego będę czasem eksperymentował, ale jednak daruję sobie te najbardziej egzotyczne wynalazki.

Padła zainicjowana przeze mnie grupa Mastermind. Czyli taki modny w rozmaitych przedsiębiorczych kręgach zespół regularnego wsparcia, gdzie kilka osób cyklicznie zdzwania się konsultując swoje plany i wzajemnie rozliczając się z podjętych zobowiązań. Ruszyłem z taką grupą w połowie lata, ale całość szybko straciła impet i zaczęła się rozłazić. A ja… ja jestem zadowolony. Zadowolony, ponieważ mam ewidentny dowód, że uczę się odpuszczać. Do niedawna jeszcze ciągnąłbym to i uparcie zaganiał wszystkich do regularnych spotkań. A przecież gdyby wszyscy faktycznie widzieli w tym dla siebie dużą wartość, to nie powinno być z tym problemu. Niektórym inicjatywom i pomysłom po prostu trzeba dać umrzeć. Inaczej nigdy nie zrobi się miejsca dla innych, często fajniejszych. Albo dla snu.

Tyle na dziś. Powodzenia w zastawianiu na siebie odpoczynkowych pułapek!

The post Niespodziewany, nagły sukces first appeared on antifragile.pl.]]>
A może czasem musi być ciężko…? https://antifragile.pl/2018/11/czy-work-life-balance-ma-sens/ Mon, 19 Nov 2018 20:43:50 +0000 https://antifragile.pl/?p=7936 Z poślizgiem, ale konsekwentnie przedstawiam następny odcinek antykruchych aktualności. Tym razem podsumowanie okresu od czerwca do początku sierpnia. Dlaczego nie wyszło mi lato w stylu slow-life, jak skutecznie udawałem zakochanego i przede wszystkim czego nauczyły mnie te wyczerpujące tygodnie. Pewnego dnia, kiedy leżałem na stole u Pana Marcina i jęczałem z bólu doświadczając prozdrowotnego masażu, […]

The post A może czasem musi być ciężko…? first appeared on antifragile.pl.]]>
Z poślizgiem, ale konsekwentnie przedstawiam następny odcinek antykruchych aktualności. Tym razem podsumowanie okresu od czerwca do początku sierpnia. Dlaczego nie wyszło mi lato w stylu slow-life, jak skutecznie udawałem zakochanego i przede wszystkim czego nauczyły mnie te wyczerpujące tygodnie.

Rozwiń jeśli nie wiesz o co chodzi z 'anktykruchymi aktualnościami'
To publikowana co dziesięć tygodni relacja z tego, co mnie w danym okresie spotkało.

Trochę tu luźnego lifestyle’u – anegdot, zdjęć, czy mini-recenzji przeczytanych książek. Sednem jednak zawsze jest to, czego mnie dane tygodnie nauczyły – refleksje, odkrycia i olśnienia. Co testowałem i zadziałało, a gdzie poniosłem bolesną porażkę oraz jaka z tego wszystkiego może płynąć dla mnie oraz dla Ciebie nauka.

Więcej o genezie tych podsumowań przeczytasz we wstępie do tego odcinka, a wszystkie teksty z tej serii znajdziesz tutaj.

Pewnego dnia, kiedy leżałem na stole u Pana Marcina i jęczałem z bólu doświadczając prozdrowotnego masażu, umilające nam nasze redez-vous radio zatrzeszczało, a potem nadało piosenkę:

Kiedy obolały przypedałowałem do domu, odnalazłem teledysk na YouTube, obejrzałem i postanowiłem:

Tegoroczne lato spędzę relaksująco, drzewoprzytulająco i małomiasteczkowo!

Zaczęło się wcale obiecująco

Najpierw była pierwsza w życiu wizyta na konferencji z cyklu TEDx (TEDx Kazimierz – Illumination w Centrum Manggha). Całość przerosła moje oczekiwania i wizytę na tego typu wydarzeniu rekomenduje teraz wszystkim.

Nie chodzi wcale o inspirujące mowy. Powiedzmy sobie wprost – to jednak wydarzenie lokalne, gdzie poziom wystąpień bywa, ekhm, zróżnicowany (z lepszych polecam „Czas to nie pieniądz” Piotrka Nabielca). Chodzi przede wszystkim o ludzi, których można poznać w takim miejscu podczas przerw między kolejnymi prezentacjami.

To nie są typowe spotkania przy automacie z kawą. Takie, jak większości firm: 'byle do piątku’, 'projekt się opóźnia’, 'słyszeliście o tej debilnej nowej regulacji?’. Ludzie, których tam spotykasz są otwarci, pozytywni i po prostu im się CHCE. Rozmowa z nimi jest jak powiew świeżego powietrza. Z Mangghi wychodziłem z przekonaniem, że nie wszyscy i wszystko jest na świecie tak beznadziejne, jak można by skonkludować po lekturze dowolnego informacyjnego portalu. 

Wkrótce potem dostałem nieco na wariackich papierach (czytaj: w ostatniej chwili) zaproszenie na meetup w jednej z krakowskich firm. Czy mogę powiedzieć coś o zmianie podejścia z „najważniejszy jest plan i projekt”, na „najważniejszy jest dobry produkt”? Jasne, że mogę!

Przygotowując krótkie wystąpienie postanowiłem skupić się na fundamentach, sprawach naprawdę podstawowych. W pierwszym kroku zasugerowałem słuchaczom, aby w momencie, gdy szefostwo odwiedzi ich z hasłem „zmieniamy podejście na produktowe”, oczekiwali od nich jasnej informacji, co to tak naprawdę znaczy. Jak ów management to rozumie? Co ludzie mają zmienić w codziennych procesach, priorytetach i zachowaniach? Łatwo mówi się górnolotnymi hasłami, trudniej przekuć je na konkrety. Understand what it means – od tego zacząłem swoją prezentację.

Meetup w Sabre

Nie spodziewałem się nawet, jak bardzo wsadziłem kij w mrowisko. Delikatną sugestią co do stanu rzeczy mogła być mina Ważnego Zagranicznego Managera, ale dopiero gdy w przerwie na kawę podeszli do mnie ludzie i stwierdzili:

Stary, skąd wiedziałeś?!? DOKŁADNIE tak było! Powiedzieli, że zmieniamy podejście, ale nie co to właściwie ma znaczyć. Teraz część ludzi interpretuje to tak, jak im wygodniej, a większość zwyczajnie ten nowy, genialny pomysł olewa.

Konstruktywny kij w mrowisko. Po to właśnie zakładałem Zero BS Management!

Wreszcie była też ciekawa trzydniowa robota modelingowa w Poznaniu. O ile pierwszego dnia moją rolą było (standardowo) trzymanie prosto szlifierki, uśmiech i produkcja pięknych iskier, to dwa kolejne były już sporym wyzwaniem. Raz, że przyszło mi grać zakochanego. Dwa, że raz trzeba było stawić się na planie o 3:15, aby nakręcić scenę o wschodzie słońca (udając, że jest zachód). A trzy, że była to reklama sandałów i w związku z tym musiałem przeżyć swoje pierwsze w życiu pedicure. AAAAAAAAA!

pedicure

Pedicure oraz konieczność wstania o 2:45 przeżyłem dzielnie. Za to skuteczne udawanie rozanielonego zaczęło wychodzić mi dopiero po (dość wrednym) instruktażu ze strony partnerującej mi zawodowej aktorki. Nie przytoczę dokładnie, ale sens jej słów był mniej więcej taki:

Nikt cię tu nie podziwia, wszyscy chcą nakręcić kilka dobrych scen i iść do domu. Jasne, że te gesty są przerysowane, ale kamera wszystko spłaszcza. Masz mieć gdzieś, że czujesz się jak idiota. Po prostu się wyszczerz.

Była to jedna z lepszych rad odnośnie wychodzenia na zdjęciach czy filmach, jaką dostałem. Od tego czasu już ładnych kilka razy udawało mi się zignorować (dość chyba powszechną) autoobsesję pt. 'nie lubię swojego uśmiechu’ i efekty były bardzo zacne.

Samo kręcenie zaś było świetną przygodą, a Poznań o świcie – bardzo urokliwy.

Efekt końcowy (z czeskim dubbingiem) poniżej:

A miało być tak pięknie…

Wszystko zaczęło się więc optymistycznie rozwojowo i obiecująco. A potem… potem było równie optymistycznie, rozwojowo i obiecująco, tyle że w ilości, która zaczęła mnie przerastać.

Pod koniec czerwca szkolenie w Warszawie, przed którym zdecydowałem się gruntownie przerobić duży kawałek mojego sztandarowego programu (czytaj: siedzenie po nocach) i od razu potem czterodniowe warsztaty Stowarzyszenia Profesjonalnych Mówców w Łodzi.

Już po ostatnim dniu szkolenia, kiedy siadłem z kumplem na murku pod kolumną Zygmunta, wiedziałem że moje rezerwy energetyczne są na wyczerpaniu. A kiedy wracając z warsztatów wsiadłem na Widzewie do pociągu, byłem w takim stanie, że zrobiłem coś, czego nie robię praktycznie nigdy – udałem się do Warsu i zamówiłem piwo.

Bardzo potrzebowałem odpoczynku, ale niestety nie był mi on dany.

Poza standardową bieżączką pojawiły się nowe szanse – m.in. możliwość wystąpienia w dwóch topowych polskich podcastach (czytaj: dużo przygotowań, by wypadło to składnie) i duże (czytaj: jeszcze więcej przygotowań) szkolenie dla ciekawej firmy. W końcu gdzieś w połowie brzydkiego i deszczowego lipca zorientowałem się, że lato wcale nie wygląda tak, jak wymarzyłem sobie słuchając Dawida Podsiadło. Od siedzenia przed komputerem bolał mnie tyłek i oczy, a jedyną rozrywką było pójście na pobliską siłownie albo do Biedry.

Gdzie podział się mój slow-life ja się pytam?!? Co z work-life balance?

4 VI – 12 VIII: CZEGO SIĘ NAUCZYŁEM?

Tak doszliśmy do najważniejszej nauczki z mojego przepracowanego w trybie 24/7 początku lata.

Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka

Pewnego pięknego (tak naprawdę to obleśnego i szarego) poranka zamiast wzdychać zadałem sobie przełomowe pytanie:

A czy to nie jest tak, że jak się chce coś osiągnąć, to czasem po prostu musi być ciężko? Bardzo ciężko?

Po czym dobiłem kolejnym:

Czy teraz, kiedy to, w co wkładałem przez ostatnich kilkanaście miesięcy tyle serca i pracy zaczyna wypalać, naprawdę chcę odpuścić i zająć się bieganiem po łące i przytulaniem drzew?

Odpowiedzi, której sobie udzieliłem, można się chyba domyślić.

To jaka jest w końcu ta najważniejsza nauka? Że czasem musi być ciężko? Nie. To znaczy to też, ale przede wszystkim to, że nie można mieć wszystkiego. Nie da się (choć każda z tych opcji wygląda kusząco) jednocześnie biegać Iron Manów, spędzać czasu z rodziną, czytać wielu książek, robić kariery, podróżować i prowadzić ożywionego życia towarzyskiego.

Trzeba świadomie wybierać, a potem robić swoje i nie narzekać, bo to kompletnie niczego nie wnosi. Nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka.

Obsesyjne trzymanie się work-life balance kończy się jak obsesyjne trzymanie się czegokolwiek – źle.

Tak oto wybrałem zaciśnięcie zębów i intensywną pracę z perspektywą nadrobienia relaksacyjnych zaległości jesienią. A pisząc te słowa z perspektywy kolejnych trzech miesięcy wiem już, że był to dobry wybór.

ROBIĆ MNIEJ / ROBIĆ WIĘCEJ / PRZESTAĆ / ZACZĄĆ

Na podstawie ostatnich doświadczeń, poza zaprzestaniem narzekania na przemęczenie, postanowiłem:

1. Poważnie przemyśleć moje podejście do przyjmowania krytyki. Szczególnie po pewnej wypitej w Grandzie na Piotrkowskiej kawie, podczas której moja reakcja na pewną uwagę koleżanki zdecydowanie wymknęła się spod kontroli.

Z perspektywy trzech miesięcy: przemyślałem.

2. Jeszcze częściej niż robię to dotychczas wychodzić ze szkoleń, prelekcji, meetupów w momencie, w którym dochodzę do wniosku, że nic tam nie zyskuję. To wniosek po wspomnianych wyżej warsztatach. Sporo modułów wiele mi dało, ale z kilku trzeba było po prostu cicho się ewakuować, zamiast nudzić się zmęczony i głodny na widowni.

3. Nie łamać głupio przepisów ruchu drogowego narażając własne życie, bo nie chce mi się czekać albo straszliwie się spieszy. Dostałem drugi w tym roku mandat karny (przejazd rowerem na czerwonym) i tak jak poprzedni, ten też zdecydowanie mi się należał. Pozdrowienia dla wspólniczki zbrodni!

 

4. Zacząć najpierw włączać rozsądek, a dopiero potem podniecać się rozmaitymi imprezami. W lipcu mocno nakręciłem się na festiwal Goa Dupa, a potem miałem zdrowy dylemat. Z jednymi znajomymi umówiłem się na wspólny dojazd, innym naopowiadałem, że jadę i będzie super, a dopiero potem zacząłem całą sprawę rozważać na zimno. Między innymi to, czy przy swoim wygodnictwie 36-latka naprawdę mam ochotę skończyć na polu namiotowym w błocie pośrodku niczego. Z dylematu wybawiło mnie odwołanie imprezy, ale wiem już, że następnym razem będę podejmował decyzję rozważniej.

No, chyba że będzie to Burning Man.

KSIĄŻKI

W poprzednim podsumowaniu narzekałem, że więcej książek udało mi się ostatnio zacząć, niż skończyć. Dlatego postanowieniem na ten okres było m.in. domknięcie kilku rozgrzebanych wcześniej lektur. Najbardziej zadowolony jestem z dwóch.

Herodot -„Dzieje”

Pierwsza książka historyczna świata! Trochę to trwało, ale w końcu udało mi się przebrnąć przez oba tomy.

Trwało, bo nie było lekko. Herodot to człowiek-wyliczanka i człowiek-dygresja. Niejednokrotnie np. w połowie opisu jakiejś wojny potrafi wspomnieć o jakimś pomniejszym wodzu, by kompletnie bez ostrzeżenia zacząć snuć genealogie jego rodziny z przyległościami na osiem pokoleń wstecz. Ale jako pionierowi historiografii można mu to wybaczyć.

Szczególnie, że ujął mnie tym, czego ze świecą szukać u większości współczesnych autorów – próbą przedstawiania perspektyw i wersji wszystkich uczestników opisywanych wydarzeń. Jeśli słyszał trzy wersje danej historii – przytaczał wszystkie mówiąc, że nie był naocznym świadkiem, więc nie wie jak było naprawdę i opcjonalnie wtrącając własne przypuszczenie na temat tego, która z nich wydaje się najbardziej prawdopodobna. Niestety współcześni historycy i publicyści przedstawiają zazwyczaj jedyną, prawdziwą i obiektywną wersję wydarzeń. To znaczy własną.

Jeśli masz czas i samozaparcie oraz interesuje cię historia – zdecydowanie warto. W przeciwnym wypadku szybko odpadniesz.

Václav Havel -„Zmieniać świat. Eseje polityczne”

Podobnie jak w przypadku „Dziejów” lektura nie należała do łatwych. Nie tyle jednak ze względu na styl autora (Havel pisze naprawdę świetnie), co na układ całego zbioru esejów. Wszystko ułożone jest tematycznie, co nieuchronnie prowadzi do powtarzalności rozmaitych wątków i przemyśleń. Czytanie trzeciego z rzędu przemówienia, w którym autor w podobny sposób przedstawia podobne tezy bywało czasem nieco nużące.

Ale zdecydowanie było warto.

Poza rozmaitymi ciekawymi i skłaniającymi do refleksji przemyśleniami zwróciłem uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze to, jak dobrym i zręcznym dyplomatą był Havel. Żadnego ewangelizowania i wpychania się na siłę ze swoją opinią i zdaniem. Wyłącznie mądra i finezyjna perswazja. Treść jego przeciętnego przemówienia można sprowadzić do:

  • Pokaż, że odrobiłeś zadanie domowe – wiesz coś o kraju, uczelni czy mieście, w którym przemawiasz.
  • Powiedz gospodarzom kilka miłych rzeczy, pochwal ich za coś, z czego sami na pewno są dumni.
  • Tak zmiękczonym zabij ćwieka swoją tezą. Jedną i najważniejszą. Przedstawioną jasno i zwięźle.
  • Następnie kończ, do brzegu, żadnego rozwodzenia się i ględzenia.

Aż się człowiek uśmiecha z podziwem.

Drugą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę było to, jak ciekawą kronikę czasów upadku bloku komunistycznego i transformacji stanowią pisane i wygłaszane WTEDY eseje i przemówienia. Świetnie czytało mi się coś pisanego na gorąco, bez wiedzy o tym, co stanie się za kilka tygodni miesięcy czy lat. Na przykład prowadzone z nadzieją i niepokojem dywagacje czy kiedykolwiek zostaniemy dopuszczeni do Unii Europejskiej i NATO.

Smutne jest jedynie to (podobna myśl dopadła mnie po obejrzeniu „Niebieskiego” Kieślowskiego), jak wiele w tamtych czasach wisiało w powietrzu idealizmu – upadła komuna, jednoczymy się, jest ciężko, ale będzie super. Smutne, bo mam wrażenie, że po tamtym idealizmie niestety za wiele nie pozostało.

Poza tym przeczytałem jeszcze

Arthur Schopenhauer: „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów” – od dawna była na mojej liście i cieszę się, że w końcu po nią sięgnąłem. Łatwiej mi teraz nazwać i rozpoznać nieuczciwe chwyty w rozmaitych dyskusjach, co nawet wykorzystałem już w jednej „polemice” na LinkedIn.

Neil Gaiman: „The Graveyard Book” – wielokrotnie polecana przez Tima Ferrisa książka dla dzieci. Świetna! Gdybym takowe miał, to bym im poczytał.

Katarzyna Miszczuk:„Szeptucha” – z autorką zakumplowałem się na planie trailera jednego z jej kryminałów. Sięgając po opatrzony autografem egzemplarz „Szeptuchy” byłem dość sceptyczny. W końcu niezbyt ambitne czytadło i to przeznaczone raczej dla osób płci żeńskiej. Całość weszła jednak gładko i przyjemnie. Od pierwszych stron ujął mnie pomysł pt. „Polska dokładnie taka, jak dziś, tylko że pogańska”. I te imiona: Gosława, Radomir, Mszczuj.

Irek Tomczyk: „Tylko ty decydujesz” – otrzymana od autora, który także brał udział w warsztatach z przemówień publicznych. Ja już jestem na to za stary, ale myślę że dla kogoś w wieku dwudziestu lat mogłaby być sensowną, uświadamiającą kilka kluczowych spraw lekturą. Z jednym zastrzeżeniem – należy pamiętać, że Irek jest wysoko postawioną osobą w branży pośrednictwa ubezpieczeniowego.

Chociaż czasem korzystam z takich usług, to KOMPLETNIE nie trawię całej nachalno-sprzedażowej otoczki tego świata, więc dwa razy zastanowiłbym się czy dałbym tę książkę młodszemu kuzynowi. Zwyczajnie obawiałbym się, że może zacząć brać udział w tajnych spotkaniach rekinów finansjery.

Norman Davies: „Smok wawelski nad Tamizą. Eseje, polemiki, wykłady” – nudy i pretensjonalność.

Józef Kuropieska: „Od października do marca” – nudy.

WYSTAWY / FILMY / KULTURA

POLIN, Muzeum Historii Żydów Polskich – genialne. Spędziłem tam ponad trzy godziny, a udało mi się obejrzeć jedynie połowę wystawy stałej. Obok gdańskiego ECS zdecydowanie jedno z najlepszych muzeów w Polsce.

Kiedy przebiegałem przez drugą część ekspozycji, moją uwagę przykuł, a po przeczytaniu wrył mnie w ziemię, zmiażdżył i przeżuł wiersz Władysława Szlegnela. On tam był! On tam zginął! Dlaczego nie było go w szkolnej czytance? POLIN – I’ll be back.

Ze względu na genialną ścieżkę dźwiękową, zachęcony ocenami na IMDB oraz osobą reżysera (Christopher Nolan), zdecydowałem się dać drugą szansę „Interstellar”. Pierwsze nieudane podejście zrobiłem kiedyś nad Atlantykiem. Wersja o obniżonej jakości i z dźwiękiem, który powodował, że nie rozumiałem 25% dialogów zdecydowanie mnie odrzuciła. Teraz byłem zachwycony.

PEREŁKI Z SIECI

Miedzy innymi dzięki dyskusji na temat determinizmu, wolnej woli oraz kwantowej natury wszechświata prowadzonej z koleżanką podczas długiego spaceru po krakowskich Dębnikach, odkryłem blog naukowy Kwantowo.pl. Spodobał mi się na tyle (nawet mimo nużącego obsesyjnego racjonalizmu autora), że zdecydowałem się nawet na niewielki sponsoring za pośrednictwem Patronite.pl

Tak, jak nie do końca podchodzą mi jej produkty oraz styl ich sprzedaży (co jest normalne – podobnie jest zapewne ze mną, moim blogiem i szkoleniami), tak bardzo przypadły mi do gustu podcasty Oli Budzyńskiej – Pani Swojego Czasu na temat kulisów rozwoju jej biznesu. Świeże, konkretne i często dość nieoczekiwane rady, cenne dla każdego kto chce w jakikolwiek sposób (komercyjnie lub niekoniecznie) działać w sieci.

Z przejęciem wchłonąłem cykl o Elonie Musku na Wait but Why.

Last, but not least – wykupiłem i ukończyłem swój pierwszy w życiu kurs online. Był to (ekhm) 15 dniowy kurs inteligencji emocjonalnej. Im jestem starszy, tym większą czuję potrzebę regularnego pogrzebania w emocjonalno-uczuciowej części mojego jestestwa. Do całości podszedłem jak do eksperymentu – byłem gotowy, że mogę srogo się zawieść. Jednak zarówno autor (Tomek Kwieciński), jak i platforma (Lifearcadia) bardzo przypadły mi do gustu. Teraz rekomenduję ów kurs tym osobom z moich szkoleń, które czują, że rozmaite negatywne uczucia zbyt mocno i zbyt często miotają nimi w pracy. Czyli większości.

WYDARZENIA I PRZYGODY RÓŻNE

Czyli wszystko, o czym jeszcze chciałbym wspomnieć, a już naprawdę nie ma czasu, miejsca albo sensu, by specjalnie się nad tym rozwodzić.

Konferencyjne koty za płoty

Podczas UnConf miałem okazję pierwszy raz poprowadzić warsztat dla naprawdę sporej grupy osób. 

UnConf, Igor Mroz

Niestety wyszło trochę za wiele gadania, a za mało warsztatu. Ale nie było tragedii, a następnym razem po prostu zrobię to lepiej – grunt wyciągać wnioski i nie powtarzać tych samych błędów. W końcu dokładnie o tym traktuje cały ten blog.

Domowy warsztat naprawy komputerów

Moje stacjonarne Centrum Dowodzenia Światem zapewniło mi podróż w czasy, kiedy nowy komputer oznaczał pomykanie po Wrocławiu z plecakiem i odwiedziny w (głównie już nieistniejących) sklepach: Age Computer, Arest, Popland i Proline. Chodziło oczywiście o to, by zaoszczędzić. W jednym miejscu tańszy o parę złotych był RAM, gdzie indziej dysk albo procesor. Następnie wracało się do domu i z bijącym sercem składało całość, modląc się żarliwie pod nosem by wszystko gładko odpaliło.

Tamte odległe czasy przypomniałem sobie za sprawą wyczerpanej baterii na płycie głównej. Schowana była tak skrzętnie, że aby dokonać podmiany, trzeba było wykręcić z komputera dosłownie wszystko. Ale nie żałuję. Spędziłem naprawdę fajne, sentymentalne pół dnia, a przy okazji nałykałem się kurzu i udowodniłem, że nadal umiem złożyć komputer!

rozkrecanie_kompa

A Centrum Dowodzenia Światem mimo swoich siedmiu lat szczęśliwie działa dalej. 

Dostrzegajmy dobrą robotę!

Kilka miesięcy temu zmieniła się osoba sprzątająca klatkę w naszej kamienicy. Spotkałem nowego Pana Sprzątającego raz, spotkałem drugi, spotkałem trzeci. Za każdym razem nie mogłem wyjść z podziwu, jak bardzo uwija się i stara. Za czwartym razem nie wytrzymałem i napisałem do zarządu wspólnoty z pytaniem ile zarabia, a po otrzymaniu odpowiedzi zawnioskowałem o podwyżkę w wysokości 100,- PLN. Wniosek przyjęto. Ha!

W 2019 biznes w Rwandzie?

Udało mi się spotkać na kawie i przegadać ładny kawałek czasu z niesamowitym człowiekiem, którego poznałem w styczniu w Dubaju.

Michał wraz z libańskimi wspólnikami poprawia infrastrukturę bezpieczeństwa IT w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Sporo biznesu robi m.in. w Rwandzie, o której opowiadał tak ciekawie, że aż sam zacząłem rozważać czy by się nie wybrać tam ze swoimi projektami. Z kolei w wolnym czasie projektuje urządzenia ostrzegające przed atakiem padaczki, a do tego jest przesympatycznym i ujmującym człowiekiem. To jedno z tych spotkań, na których naprawdę mocno ładuje się swoje inspiracyjne baterie.

I tym optymistycznym akcentem wypada skończyć niniejsze podsumowanie.

Kolejne najwcześniej na święta

Dlaczego?

Bo nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka – czas i energia są ograniczone, a staję ostatnio przed dylematem – blog albo choć trochę odpoczynku od komputera. I dla zachowania równowagi psychicznej wybiorę jednak odpoczynek.

W końcu obiecałem to sobie latem.

The post A może czasem musi być ciężko…? first appeared on antifragile.pl.]]>
Playmate, pomodoro i Malta https://antifragile.pl/2018/06/pomodoro-nikiszowiec-dorota-gawron/ Mon, 18 Jun 2018 17:16:27 +0000 https://antifragile.pl/?p=7929 Mijają prawie dwa lata odkąd porzuciłem zwyczaj umieszczania tu luźnych podsumowań ze wszystkiego, co działo się u mnie w ostatnim czasie. Pora przywrócić tę zacną tradycję! Pora na antykruche aktualności! Więcej „luźniejszych” treści dla tych, którzy licznie domagali się tego w ankiecie. Okazja, aby (także zgodnie z życzeniami) wspomnieć książki, jakie ostatnio czytałem. Wreszcie możliwość […]

The post Playmate, pomodoro i Malta first appeared on antifragile.pl.]]>
Mijają prawie dwa lata odkąd porzuciłem zwyczaj umieszczania tu luźnych podsumowań ze wszystkiego, co działo się u mnie w ostatnim czasie. Pora przywrócić tę zacną tradycję! Pora na antykruche aktualności!

Więcej „luźniejszych” treści dla tych, którzy licznie domagali się tego w ankiecie. Okazja, aby (także zgodnie z życzeniami) wspomnieć książki, jakie ostatnio czytałem. Wreszcie możliwość podzielenia się przemyśleniami, które choć ciekawe, nie są warte, by tworzyć na ich podstawie osobne teksty. Główny powód, dla którego wracam z podsumowaniami jest jednak zdecydowanie bardziej egoistyczny.

Otóż kiedy przy okazji prac nad odświeżeniem wyglądu bloga przejrzałem parę archiwalnych podsumowań, pomyślałem sobie, że to absolutnie genialna kronika mojego życia, którą warto by prowadzić choćby nawet tylko dla samego siebie! Zrozumiałem o co chodzi w popularnym na zachodzie trendzie journallingu – prowadzenia przez dorosłych (bo przecież kojarzy się to raczej z zajęciem dla nastolatków) regularnych pamiętników.

Raz, że pamięć jest ulotna – o połowie z opisywanych przemyśleń i przygód dawno już zapomniałem, a teraz szeroko uśmiecham się czytając tamte relacje. Dwa – przymuszam się w ten sposób do regularnej autorefleksji i przemyślenia ostatnich tygodni. Co wyszło, a co niekoniecznie, czego się nauczyłem i co z tego wynika. Najważniejszą i najcenniejszą rzeczą wydaje się jednak kronika postępów i zmian jakie zachodzą w rozmaitych dziedzinach mojego życia.

W codziennym zabieganiu, dopinaniu kolejnych celów, punktów z kalendarza i listy zadań do zrobienia, cholernie łatwo, szczególnie gdy człowiek zacznie porównywać się do innych, wpaść w pętle wiecznego delikatnego niedosytu i niezadowolenia ze swoich osiągnięć i postępów. Brakuje czasem takiego momentu:

Spojrzenia wstecz na pokonaną już drogę i stwierdzenia „kurde, nieźle”. Czytam sobie teraz taką „Spłukaną wersję września” – jesienne podsumowanie sprzed trzech lat i myślę:

Igor – nie miałeś wtedy na płatki owsiane. Na płatki! A w dodatku nie bardzo wiedziałeś co masz zrobić ze swoim życiem (poza tym, że nie chcesz zostać panem dyrektorem w krakowskiej wersji Mordoru).

 

Regularnie zamartwiasz się, że Zero Bullshit Management mogłoby rozwijać się szybciej, a przecież jego premiera i pierwsze szkolenie pod tą marką miały miejsce ROK temu. Tylko rok! Wszyscy, do których się porównujesz działają 5-10-15 lat, a ty w dodatku bawisz się w bycie pionierem z nietypową marką, podejściem i ofertą.

 

Chill the f**k down!

 

Wystąpienia, podcast, warsztaty, otwarte szkolenie w Warszawie pod koniec czerwca, zaawansowane negocjacje kilku kontraktów, a przede wszystkim świetne reakcje i laurki od odbiorców. Idzie ci świetnie!

Tym optymistycznym akcentem zachęcam każdego do podobnego eksperymentu i zapraszam na właściwą część podsumowania.

26 III – 3 VI 2018: CZEGO SIĘ NAUCZYŁEM?

O tym dlaczego relacjonuję w dziesięciotygodniowych cyklach opowiem w kolejnym odcinku.

NajważniejszA NAUKA: JEDŹ W BIESZCZADY (ALBO NA MALTĘ)!

Kiedy chcesz wyrwać się z bagna przewlekłego stresu, doła, marazmu i szarości, jedną z najpoważniejszych barier jest stan, w jakim znajduje się twój własny organizm. Determinuje to nastrój, poziom energii mentalnej, siły fizycznej, cierpliwości, siły woli i wszystkiego innego, co jest niezbędne, by podjąć skuteczne działania służące wykaraskaniu się ze stanu, w jakim się znajdujesz.

Często mamy tu do czynienia z taką negatywną pętlą bez wyjścia. Zdajemy sobie przykładowo sprawę, że potrzebujemy więcej snu, aby zregenerować się fizycznie, mieć więcej cierpliwości i myśleć bardziej racjonalnie. To się jednak nie udaje, bo człowiek jest fizycznie obolały, ma niską cierpliwość do sąsiedzkich hałasów zza ściany oraz nie myśli do końca racjonalnie przesiadując (mimo solennych porannych obietnic, że będzie inaczej) do późna przed kompem, a już pod kołdrą wkręca sobie różne pierdoły. Efekt? Bezsenność i niedospanie, które jeszcze bardziej potęgują swoje własne przyczyny. Piękne błędne koło.

Mój odkrywczy wniosek z ostatnich tygodni brzmi:

W takim wypadku najlepiej spróbować na choćby krótki czas zmienić tryb życia, otoczenie, środowisko, wprowadzając jednocześnie chociaż 1-2 pozytywne, służące zdrowiu psychicznemu i fizycznemu zmiany.

Zmiana wyrywa nas z codziennej rutyny i automatyzmu pozwalając łatwiej wprowadzić korzystne optymalizacje. Te z kolei, przy odrobinie szczęścia i pielęgnacji, mają szanse spowodować efekt domina. Każdą kolejną pozytywną zmianę wprowadzić jest coraz prościej.

U mnie wyglądało to tak, że podczas tygodniowej wizyty na Malcie w pierwszym tygodniu kwietnia oderwałem się od pracy w trybie 24/7, dostałem dużą dawkę promieni słonecznych, ruchu, nowych wrażeń i widoków oraz… zupełnie przypadkiem przestałem jeść mięso.

Szczęśliwie zaraz po powrocie nadeszła w Polsce wiosna (słońce!) i reszta poszła jakoś tak sama:

  • przeszedłem na wegetarianizm i schudłem właściwie bez wysiłku kilka kilogramów;
  • praktycznie odstawiłem alkohol;
  • wróciłem do regularnej medytacji;
  • zacząłem znów więcej czytać, lepiej spać i częściej spotykać się z pozytywnymi ludźmi.

Słowem – stało się wszystko to, co chociaż wiedziałem że zrobić warto (może poza niejedzeniem mięsa, co było prawdziwą niespodzianką), to znajdowało się poza zasięgiem ze względu na słabą silną wolę, kiepski humor etc.

Solennie obiecuję sobie, że kiedy następnym razem będę mieć trwający dłużej trudny okres – rzucę wszystko, pojadę w Bieszczady i zacznę hodować kalarepę. Chociaż na kilka dni.

MNIEj /  WIĘCEj / PRZESTAĆ / ZACZĄĆ

Na podstawie ostatnich doświadczeń postanawiam:

ROBIĆ MNIEJ: zaglądać do poczty albo „czy ktoś nie napisał na komunikatorze”. Zwykle wygląda to tak, że niedługo po zbawiennym ograniczeniu takich zachowań, zaczynam jednak stopniowo i niepostrzeżenie wracać do starych nawyków. Trwa to do chwili, w której się opamiętam i przywołam do porządku. Właśnie nadeszła pora na takie przywołanie.

ROBIĆ WIĘCEJ: czytać w ciągu dnia, a nie tylko wieczorami.

PRZESTAĆ: wmawiać sobie, że „koniecznie muszę skończyć to teraz” w sytuacjach, kiedy sprawa jest szczególnie ważna, a przy tym delikatna – wymaga sporo zdrowego rozsądku, taktu i kreatywności. Większość zadań z tej kategorii spokojnie może poczekać jeden albo dwa dni, a dzięki temu, że pozostają w tym czasie „z tyłu głowy”, najczęściej wpadam w rezultacie na lepsze, skuteczniejsze i mniej czasochłonne rozwiązanie.

ZACZĄĆ: efektywniej rozpoznawać wyżej opisane przypadki i zarządzać nimi tak, aby to faktycznie zmieniało się w „odłożenie sprawy na chwilę i danie szansy na wymyślenie lepszego rozwiązania”, a nie tylko znane i lubiane odkładanie trudnych kwestii w nieskończoność.

poza tym: ważne usprawnienie mojej mutacji techniki pomodoro

Odkryłem pewien krytyczny dla mnie niuans w technice Pomodoro (pisze o niej wyczerpująco Piotrek). Sam stosuję ją nieortodoksyjnie – nie reguluję interwałów praca/odpoczynek pod zegarek, bo kompletnie się to u mnie nie sprawdza. Po prostu pracować w trybie:

  • praca bez rozproszeń, skupiona na konkretnym zadaniu (np. pisanie tekstu na blog);
  • chwila na relaks i oderwanie;
  • całość powtórzyć.

Moje ostatnie usprawnienie dotyczy relaksu. Piotr wspomina, że najlepiej aby polegał on na jakiejś aktywności fizycznej. O ile jednak pamiętam, w materiałach z których sam dowiadywałem się o Pomodoro, taka rada się nie pojawiła. Zresztą nawet gdyby się pojawiła, pewnie radośnie bym ją zignorował. Bo jak odmierzyć dziesięć minut przerwy, kiedy wstajesz od komputera i zaczynasz robić co innego?

Odejście od dokładnego mierzenia czasu pozwoliło mi (poza pozbyciem się wrażenia, że pracuję na linii w fabryce azbestu) na zamianę relaksu przed komputerem np. na… zrobienie jakiejś domowej pracy. Okazuje się, że nawet głupie rozwieszenie prania, zrobienie sobie herbaty i popatrzenie przez okno potrafi być wspaniałym relaksem.

Nie dość, że pcham tak do przodu rozmaite domowe prace, daję wytchnąć oczom oraz zmęczonemu siedzeniem ciału, to nie rozpraszam skupionych na realizowanym zadaniu myśli. Kiedy dla odprężenia zaglądałem do poczty (ZŁO!), czytałem Wikipedię albo artykuł na zaprzyjaźnionym blogu, w naturalny sposób zaczynałem myśleć o czymś kompletnie innym i powrót do zadania, nad którym siedziałem był trudny, a przy tym wydawał się karą. Wstając i robiąc coś innego, nie związanego z wysiłkiem umysłowym, cały czas mam swoje główne zadanie z tyłu głowy i powrót do efektywnej pracy idzie mi błyskawiczne.

Czemu nikt nie powiedział o tym dziesięć lat temu?

Książki, FILMY, SPEKTAKLE, MUZYKA

Pranie wstawione, kubki umyte, można wracać do pisania. Ostatnio dość skutecznie udawało mi się rozpoczynać rozmaite książki. Nieco gorzej było z kończeniem. Udało się to w przypadku:

NASSIM NICHOLAS TALEB „SKIN IN THE GAME”

Najnowsza publikacja człowieka, którego zdjęcie wisi nad moim biurkiem i którego poprzednia książka dała tytuł temu blogowi. Niestety nie szykuje się kolejna zmiana nazwy. Nie było olśnień, nie było nawet niczego świeżego. Nowe dziecko Taleba jest wg mnie… straszliwym gniotem.

Stali czytelnicy nie znajdą tam praktycznie nic nowego. Z kolei dla tych, którzy poprzednich książek nie czytali, koncepcje autora okażą się pewnie zbyt mętnie i powierzchownie wyjaśnione, aby zrozumieć co tak właściwie ma na myśli. Zresztą nie tylko dla nowych. Sam nadal nie bardzo rozumiem co właściwie Taleb ma do Stevena Pinkera.

No i jeszcze ten styl. „Antifragile” nieźle balansuje na granicy pomiędzy przebojowością i nonkonformizmem a nadmierną arogancją i bucowatością (choć ponoć polskie tłumaczenie nie do końca oddaje ten klimat i jest ciężkostrawne). W „Skin in the Game” autor zdecydowanie przekracza tę granicę. Nie polecam. Niestety. 

Norman Davies „Powstanie ’44”

Po raz kolejny Davies urzekł mnie świeżym spojrzeniem człowieka z zewnątrz na sprawy polskiej historii. Dzięki lekturze „Powstania” w końcu wyrobiłem sobie jako-taką (czytaj mającą jakieś podstawy) opinię na temat jednej z naszych narodowych traum. Sądzę, że choć efekty okazały się praktycznie wyłącznie tragiczne, decyzja o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego miała sens.

To była sytuacja bez wyjścia. Całkiem jak z greckiego dramatu. Łatwo piętnować podjęte decyzje ex-post, kiedy dysponujemy już pełnymi danymi oraz obrazem sytuacji. Pisałem o tym opisując efekt błędu pewności wstecznej. A może w takim razie powinni się szybciej poddać? Naprawdę nie wiem czy po tym, co stało się na Woli w pierwszym tygodniu Powstania zdecydowałbym się na taką decyzję.

Przy okazji lektury dowiedziałem się też m.in., że w przedwojennej Warszawie mieszkało prawie 300 tys. Żydów (kosmos!), że węgierscy żołnierze odmawiali tłumienia powstania, że Ukraińców zginęło w II Wojnie Światowej więcej niż Polaków oraz że Anglicy dokonywali jednak jakichś (choć oczywiście w skali potrzeb niewystarczających) zrzutów zaopatrzenia ponosząc przy tym niebywale ciężkie straty.

Fanom historii (i nie tylko) – polecam.

davies_powstanie44

Kazimierz Moczarski „Rozmowy z Katem”

Jak można się domyślić, przeczytane na fali „Powstania”. Mimo, że figurowała na liście licealnych lektur obowiązkowych, to chyba skończyło się wtedy na przejrzeniu „bryku”.

Krótko: mocne, dające do myślenia, warto znać, polecam. A przy okazji kolejnej wizyty w Warszawie wybiorę się do Polin.

Jocko Willink „Extreme Ownership”

Autor i jego książki pojawiały się już od dłuższego czasu a to w jednym słuchanym przeze mnie podcaście, a to w innym. Próbowałem kiedyś obejrzeć jego mowę TEDx, ale wyłączyłem po kilkudziesięciu sekundach. Nie mogłem znieść bombastycznego stylu amerykańskiego Navy Seal.

Nazwisko Jocko i reklamowana jako podręcznik nowoczesnego lidera książka „Extreme Ownerhsip„, powracały jednak z różnych kierunków niczym bumerang. Cóż – pomyślałem – tak bardzo to polecają, temat mocno leży w sferze moich zawodowych zainteresowań, będzie chyba trzeba spróbować.

Co znalazłem w środku? Wspomniany już bombastyczny styl ocierający się wielokrotnie o – pardon my french – masturbację swoją cudownością, amerykańskością i bohaterstwem podczas misji w Iraku. Postanowiłem jednak się nie zrażać – w końcu staram się powtarzać sobie, że jeśli nawet ktoś wydaje mi się pretensjonalny, nie oznacza że nie może mieć do powiedzenia czegoś mądrego. Czy było warto? I tak i nie.

Nie dowiedziałem się niczego, co zmieniłoby mój światopogląd. Wyciągnąłem jednak kilka smaczków i przykładów, które wykorzystałem prowadząc warsztaty z zaprzyjaźnioną firmą i prawdopodobnie włączę do swoich szkoleń.

Jeśli nie czytałeś dotychczas za wiele w temacie przywództwa, a do tego kręci cię wojskowość – możesz spróbować. W innym przypadku bym sobie odpuścił.

Ken Wilber „Integralna Teoria Wszystkiego”

Zdecydowanie najbardziej odjechana pozycja na liście.

O autorze usłyszałem czytając wstęp do „Reinventing Organizations” (PL:„Pracować inaczej”) Frederica Laloux. Pisarz, filozof – to brzmi jeszcze dość zwyczajnie, ale „współtwórca psychologii transpersonalnej” powoli daje pojęcie o tym, czego można się spodziewać. 

Dlaczego sięgnąłem po tę książkę? Wilber od dłuższego czasu pojawiał się na moim radarze i uznałem że warto wreszcie zapoznać się z tym co robi trochę bliżej. Szczególnie, że idealnie wpisywał się w nurt moich „rozsądnych eksploracji”, tj. zapoznawania się z koncepcjami leżącymi kompletnie poza moją codzienną sferą poglądów i zainteresowań. A rozsądnych dlatego, że chociaż zgłębiane tak tematy i autorzy często uchodzą za mocno kontrowersyjnych, wciąż daleko im do opinii totalnych oszołomów. Czyli Grzesiak, Kabat-Zinn, Tolle – tak. Jerzy Zięba – nie bardzo.

Wracając do książki – jestem NIESAMOWICIE zadowolony z tego, że po nią sięgnąłem. Fakt – lektura była miejscami ciężka, a część koncepcji i przemyśleń okazywała się powierzchowna, mętna i nie dostarczała nawet w połowie tego, co autor obiecywał w związku z nimi kilka stron wcześniej. Całość jednak bardzo pomogła mi ułożyć sobie w głowie wiele kwestii związanych z moimi przemyśleniami na temat ludzi i ich postępowania oraz sposobu w jaki „myślą” organizacje, stowarzyszenia, klany i całe organizmy państwowe. Pomogła mi wreszcie spojrzeć na mnie i cały mój rozwój z zupełnie innej strony.

Czy polecam? Raczej… nie.

To jedna z tych książek, o których uważam, że jeśli jest się gotowym i zainteresowanym – sama trafi prędzej czy później w twoje ręce. W innym przypadku raczej nie warto. Pięć lat temu (i wynika to nie tyle z wieku, co zainteresowań, światopoglądu czy momentu w życiu) odłożyłbym pewnie „Integralną teorię” po kilku stronach konstatując: „bełkot”.

Jedynym wyjątkiem od tego anty-polecenia są osoby, które fascynują się koncepcją tzw. turkusowych organizacji. Warto, by dowiedziały się u źródła, o co w tym całym turkusie może chodzić. Po lekturze Wilbera mam bowiem wrażenie, że to co reklamuje się jako turkus, bardzo często jest zielenią i do turkusu wiele jeszcze takiemu podejściu brakuje.

(tak, ostatnie dwa zdania zrozumieją tylko wtajemniczeni).

Teatr, kino, muzyka

Jako, że tekst robi się już przeraźliwie długi – reszta działu kulturalnego w większym skrócie. Po jednej pozycji z każdej kategorii. Wszystkie serdecznie polecam.

  • Teatr Stary Kraków: „Kwestia Techniki”. Spojrzenie na teatr oczami techników obsługujących spektakle. Teraz żadne przedstawienie nie jest już takie samo. Zastanawiam się intensywnie gdzie i którędy oni tam w tych czarnych strojach przemykają za kulisami.
  • W ramach Netia OFF Camera: „Monogamish” (2014, Tao Ruspoli). Ciekawy i dający do myślenia dokument. Pesymistyczno-optymistyczne spojrzenie na problem związków, małżeństw i monogamii. Przypomniał mi o pewnym smutnym paradoksie związanym z naszym wykreowanym przez romantyczne książki, opowieści i filmy ideałem związku. Chcemy być z kimś, kto nas i „kręci” i czujemy się przy nim bezpiecznie. A przecież „bezpiecznie” to antyteza „kręcenia”, które z definicji oznacza wyzwania, niepewność i dreszczyk emocji… Jak żyć?
  • Muzyka: nieustająco podczas pracy i relaksu towarzyszą mi składanki Cocolino Deep.

Przygody, doświadczenia i INNE

Kolejność całkowicie losowa

  • Odwiedziłem w końcu, figurujące długo na mojej liście do zaliczenia katowicki Nikiszowiec oraz Pustynie Błędowską.

  • Umówiłem się na kawę i odbyłem bardzo ciekawą rozmowę z Rafałem Rubą – blogerem rozwojowym, który rozmaite życiowe sprawy wykłada w sposób zdecydowanie bardziej ułożony i mniej rozemocjonowany ode mnie, co sprawia że czasem podrzucam jego teksty uczestnikom swoich szkoleń.
  • Zrobiłem kilka alternatywnych spacerów po moim mieście włażąc w takie miejsca, które zawsze mnie ciekawiły, ale jakoś dotychczas nie złożyło się, żeby tam wdepnąć. Na przykład okolice tajemniczej przystani za Akademią Frycza.

przystan_za_akademia_frycza

  • Dostosowałem na poziomie minimalne-minimum wszystkie moje serwisy i bazy do RODO.
  • Odświeżyłem wygląd bloga. Porządkowanie tagów, kategorii i starych tekstów jest w trakcie i będzie sukcesywnie realizowane w ciągu kolejnych miesięcy.
  • Odwiedziłem na krótko Kubę
  • …a podczas pobytu na Malcie (wspominałem wyżej) – pierwszy raz od kilku lat dałem nura. Rozważam większy nurkowy come-back. O ile tylko ogarnę fanaberie moich zatok.

Malta, Nurkowanie, HMS Maori

  • Pomalowałem jedną ze ścian w sypialni farbą tablicową. Oczywiście trzeba było położyć dwa razy więcej warstw, niż zapewniał producent, ale udało się. Całość wygląda bardzo dobrze, a ja mogę notować tam sobie rozmaite, dające do myślenia rzeczy. Takie w sam raz, aby spojrzeć na nie zaraz po przebudzeniu.

Malowanie Farba Tablicowa

Talent Management in Tech Meetup

  • Miałem też naprawdę dużą przyjemność pójścia, podczas Cracow Fashion Square, w utrzymanym w stylistyce Matrixa pokazie Claudius Scissor (film backstage, film z pokazu).

Ach, no i ku uciesze Babć wziąłem wraz z Dorotą – Vice-Miss Polonia 2006 i Playmate Listopada 2007 (swoją drogą normalną, mądrą i pozytywną dziewczyną) udział we wcale-nie-tak-obciachowej-jak-się-bałem reklamie:

NA zakończenie

Miało być refleksyjnie, retrospektywnie i autoterapeutycznie – że niby jednak coś poza długimi sesjami rozciągania naprężacza powięzi szerokiej oraz rzeźbienia szkoleniowych slajdów, dzieje się w moim życiu. Ale… cholera -nie przypuszczałem, że będzie, że było tego AŻ TYLE!

Polecam podobne ćwiczenie każdemu. Prawdopodobnie szybko zapominasz o większości dobrych rzeczy, które cię spotykają. Zanim jednak rzucisz się na przeglądanie archiwum swoich zdjęć, maili i kalendarza (pomoce, którymi posiłkowałem się pisząc ten tekst) napisz, proszę, co sądzisz o moim powrocie do tradycji regularnych podsumowań. Udało się dobrnąć do końca? Było ciekawie, inspirująco? Czego było za mało, a czego za wiele?

A teraz pora ściągnąć pranie, które wstawiłem kilka akapitów wyżej. Zdążyło już wyschnąć.

The post Playmate, pomodoro i Malta first appeared on antifragile.pl.]]>