Przygody | antifragile.pl https://antifragile.pl antykruchość w życiu i w biznesie Sun, 10 Mar 2019 18:49:59 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.4.7 https://antifragile.pl/wp-content/uploads/2018/05/cropped-samahydra_3glowy-32x32.png Przygody | antifragile.pl https://antifragile.pl 32 32 Wokoło sami złodzieje, gbury i krętacze? https://antifragile.pl/2016/09/czemu-otaczaja-nas-kretacze-i-zlodzieje/ Sat, 03 Sep 2016 16:45:20 +0000 https://antifragile.pl/?p=6279 Szukam w swoim stylowym worku, szukam w kieszeniach i w sakwach rowerowych. Nie ma. Zginął mi portfel! Ciekawe, jak pojadę nazajutrz do Łodzi bez kart, bez gotówki, bez dokumentów… (kilka minut wcześniej) Rozwiany, świeżo przystrzyżony przez Panią Dorotkę włos, uśmiech na twarzy i wiatr w plecy. Trochę dokucza głód, ale do domu już na szczęście […]

The post Wokoło sami złodzieje, gbury i krętacze? first appeared on antifragile.pl.]]>
Szukam w swoim stylowym worku, szukam w kieszeniach i w sakwach rowerowych. Nie ma. Zginął mi portfel! Ciekawe, jak pojadę nazajutrz do Łodzi bez kart, bez gotówki, bez dokumentów…

(kilka minut wcześniej)

Rozwiany, świeżo przystrzyżony przez Panią Dorotkę włos, uśmiech na twarzy i wiatr w plecy. Trochę dokucza głód, ale do domu już na szczęście niedaleko – wjeżdżam już na Karmelicką. Nienawidzę tego odcinka powrotu do domu. Kocie łby, wąski pas z torowiskiem i uczestnicy ruchu składający się głównie z tramwajów, taksówek i dostawczaków – największej zmory każdego rowerzysty. Instynktownie przyspieszam.

Łubudu stuk-stuk.

„Łubudu” to jedna z kolein w okolicach Kościoła Karmelitów. Ale to „stuk-stuk”? Jakby coś wyleciało mi z sakwy… E, niemożliwe. Oglądam się niedbale, nic nie dostrzegam i kontynuuje ucieczkę nieprzyjazną trasą. Kilka chwil później z ulgą zjeżdżam z głównej, ruchliwej ulicy i parkuje rower pod domem. Nim wdrapie się na piąte piętro i dokonam skoku na lodówkę, zaglądam na chwilę do miejscowego spożywczaka. Uśmiecham się, pogwizduję, ale kiedy przychodzi do zapłaty za awokado, 5 śliwek, cebulę i pomidora rzednie mi mina – nie mam portfela!

W pierwszej chwili bagatelizuję sprawę – pewnie zaplątał się gdzieś w sakwie rowerowej albo tylnej kieszeni. W końcu jestem mistrzem świata w panicznym szukaniu kluczy i portfeli. W szczególności tych leżących w widocznym miejscu. Na przykład na środku stołu.

Niestety nie tym razem – kolejne, coraz dokładniejsze autorewizje nie przynoszą rezultatu. Musiał mi wypaść tam pod kościołem, albo jeszcze wcześniej po drodze z Nowej Huty.

Wzdycham, wskakuję na rower i z prędkością warpową dopedałowywuję na skrzyżowanie Karmelickiej i Rajskiej. Parkuję, rozglądam się. Nie ma.

Cholera!

Tymczasem coraz mocniej zaczynam czuć w nogach przepedałowane tego dnia kilkadziesiąt kilometrów, a ssanie w żołądku jest już naprawdę uciążliwe. Przede mną zaś perspektywa raczej bezowocnej (ale spróbować trzeba) wyprawy poszukiwawczo-ratunkowej do Huty, a potem pewnie wizyta na komisariacie, telefony do banku i inne atrakcje.

Zdaje się, że powinienem właśnie pogrążać się w rozpaczy, a jednak moje Zen ewidentnie jest silne –  postanawiam pomartwić się dopiero jeśli wyprawa faktycznie nie odniesie skutku. Świta mi też szalona myśl, że nawet taki obrót wypadków będzie miał swoją dobrą stronę – zaliczę całkiem niezły dodatkowy trening cardio. I to na czczo! Absurdalność wniosku powoduje niekontrolowanych wybuch śmiechu, muszę wyglądać z boku na najszczęśliwszego gościa na ulicy. I właśnie w tym momencie odzywa się tkwiący w lewej kieszeni telefon.

Zatrzymuję rower i zerkam na wyświetlacz – nieznany numer. Czyżby…

Dzień dobry, komisariat Kraków Rynek Główny, czy rozmawiam z Panem Igorem?

Yes, yes, yes — bezwiednie cytuje Kazimierza Marcinkiewicza i na tym samym wydechu dodaję — MAJĄ PAŃSTWO MÓJ PORTFEL?!?

Owszem. Czeka na odbiór w komisariacie.

Odkrzykuję, że będę za dwie minuty z taką mocą, że sądząc po odległości, mogli to chyba usłyszeć bez pośrednictwa sieci Orange. Już chcę jechać dalej, kiedy zauważam jak w moim kierunku zmierza jakiś sympatycznie wyglądający pan.

Przepraszam, usłyszałem fragment z rozmowy o portfelu, a ja… właśnie znalazłem taki czarny w kropki kolo kościoła na Karmelickiej i odniosłem na komisariat. To Pański? Nie wiem czy nic nie zginęło, ale naprawdę nie zaglądałem do środka.

Zaraz… znalazł i oddał mój portfel i jeszcze próbuje mi się z tego tłumaczyć? Zginęło? A niech wezmą sobie te kilkadziesiąt złotych! Grunt to dokumenty, karty, pendrive i inne rzeczy, o których zastąpienie nie będę musiał się teraz martwić! Pogrążony w ekstazie o mało nie urywam dłoni uczciwego znalazcy. Bardzo chętnie odpaliłbym mu jakieś znaleźne, ale raz, że wygląda na takiego, którego taka propozycja by obraziła, a po drugie… no nie mam portfela.

Ten dostaję kilka minut później od miłych państwa na komisariacie w Rynku. Zaglądam do środka – nie brak absolutnie niczego. Nawet 20 eurocentów, których wciąż zapominam wyjąć od ostatniej wizyty w Holandii. Wylewnie dziękuję, piszę odręczne oświadczenie, na którym domalowuje okolicznościowy, koślawy kwiatek, a potem wychodzę, wsiadam na rower i jadę zapłacić za zakupy. Uwijam się szybko, bo nie muszę szukać produktów po półkach. Uczynna pani ekspedientka z własnej inicjatywy odłożyła mi je na bok na wypadek gdybym jednak wrócił z wyprawy z tarczą.

zgubiony_portfel

The post Wokoło sami złodzieje, gbury i krętacze? first appeared on antifragile.pl.]]>
Jak uciec z Krakowa? https://antifragile.pl/2016/06/preppers-jak-uciec-z-krakowa/ Fri, 24 Jun 2016 06:55:10 +0000 https://antifragile.pl/?p=5993 Plan był prosty – zero przygotowań. Po prostu zabrać swoje zapasy, sprzęt i spróbować dotrzeć jak najdalej od miasta. Jeśli zajrzysz na listę polecanych przeze mnie blogów, może zastanowić cię znajdujące się przy jednej z pozycji wyznanie: “bo ja preppersem jestem”. A kim właściwie są ci preppersi? Dla pewności dodam, że wcale nie zrobiłem literówki […]

The post Jak uciec z Krakowa? first appeared on antifragile.pl.]]>
Plan był prosty – zero przygotowań. Po prostu zabrać swoje zapasy, sprzęt i spróbować dotrzeć jak najdalej od miasta.

Jeśli zajrzysz na listę polecanych przeze mnie blogów, może zastanowić cię znajdujące się przy jednej z pozycji wyznanie: “bo ja preppersem jestem”. A kim właściwie są ci preppersi? Dla pewności dodam, że wcale nie zrobiłem literówki i nie chodzi mi o fanów pewnego miłego dla ucha zespołu.

Termin pochodzi (a jakże) z angielskiego i gdyby spróbować go przetłumaczyć, wyszłoby coś w rodzaju “przygotowcy”. Przygotowcy, czyli przygotowani na wszelkie najgorsze ewentualności: katastrofę, klęskę żywiołową, wojnę. Wychodzą z założenia, że to nie kwestia tego, czy coś takiego w ogóle się wydarzy, a jedynie tego kiedy (“it is not IF but WHEN”). Bycie przygotowanym polega m.in. na nabywaniu rozmaitych umiejętności, gromadzeniu zapasów oraz – co każdego samca kręci najbardziej – rozmaitego survivalowego sprzętu.

Skąd wzięło się u mnie tak absurdalne dla niektórych (z moją babcią na czele) hobby? Z charakteru i… gry komputerowej. Najpierw o tym pierwszym.

Jestem typem defensywno-zachowawczym. Owszem próbuję, doświadczam, eksploruję i wyskakuję ze strefy komfortu, ale jednocześnie zawsze staram się mieć jakąś bezpieczną bazę i przystań. Oszczędności, umiejętności, dobre CV, własne mieszkanie i tak dalej. Jestem z tych, co nim podczas strategicznej rozgrywki wyprowadzą atak, sprawdzają najpierw stan swoich umocnień. W naturalny sposób przemawia więc do mnie idea bycia przygotowanym na niespodziewane trudności.

A gra? Trzy tytuły mojego życia to: Starcraft, z którego symbol zdobi moje plecy; Diablo II, przez które rzucała mnie pierwsza dziewczyna oraz Fallout, który nauczył mnie angielskiego, zaraził miłością do vintage oraz zasiał coś, co kilka lat później wykiełkowało właśnie preppersostwo. To zdaje się żaden zbieg okoliczności, bo z tego co mi wiadomo wielu preppersów, z prowadzącymi Domowy Survival na czele, też jest fanami Fallouta oraz szeroko pojętej post-apokalipsy.

Dlaczego wcześniej nie poruszałem tu takich tematów? Raz, że nie bardzo pasowały do poprzedniej formuły bloga, a dwa że to tylko jedno z wielu moich małych hobby. Jestem z tych umiarkowanych i stroniących od ekstremów i ekstremistów. W takim nurkowaniu najbardziej przeszkadzało mi wcale nie kończące się przedwcześnie powietrze w mojej butli, a rozbuchane ego i przesada „samców alfa” z baz nurkowych. Zwykle prześcigali się w głośnych (czy dziewczyny za barem słyszą wyraźnie?) deklaracjach, który z nich zszedł najdalej, najgłębiej, najniebezpieczniej. A ja po prostu chciałem oglądać sobie na dwunastu metrach kolorowe rybki. Tak samo jest i tutaj. Wszystko to dla mnie ma głęboki sens, ale jednocześnie nie drążę pod swoją kamienicą schronu i nie gromadzę zapasów żywności na pół roku naprzód. Mam na szafie jedzenia, wody i leków jedynie na tydzień.

Wracając jednak do relacji z mojej przygody. Historia, którą chcę dzisiaj opowiedzieć zaczyna się na wiosnę 2014, kiedy to zadałem sobie pewne zasadnicze pytanie.

Co będzie jak wejdą Rosjanie?

Może inaczej, bo tego co będzie, to łatwo można się domyślić. Prawidłowo postawione pytanie brzmi: jak i gdzie uciekać? Po przemyśleniu i przedyskutowaniu sprawy stwierdziłem: na południe. Wschód i północ odpadają, zostaje jeszcze zachód, ale po pierwsze daleko, a po drugie nasi aryjscy sąsiedzi raczej nie będą czekać na nas z otwartymi ramionami. Z kolei słowacka granica nie tak daleko, a dalej już Węgry i inne przyjemne kraje. To stwierdziwszy, nabyłem mapę południowej małopolski i dołożyłem ją do swojego przygotowanego naprędce (lepszy taki niż żaden) zestawu przetrwania, a na liście rzeczy do zrobienia zapisałem “przetestować wydostawanie się Krakowa”.

Na realizacje misji przeznaczyłem dość szczególny dzień: 16 czerwca 2016, moje 34te urodziny.

Stan wyjątkowy, czyli urodzinowa ewakuacja z Krakowa.

Plan był prosty – po prostu zabrać swoje zapasy, sprzęt i spróbować dotrzeć jak najdalej na południe od miasta.

sprzet preppersa

Bez specjalnych przygotowań, zapraw, studiowań mapy. Jak w zwinnym zarządzaniu projektami – spróbować, a potem wyciągnąć wnioski, nauczyć się na błędach.

Plany oczywiście były przeambitne: dotrę do Rabki, no, może w najskromniejszym wypadku do Dobczyc. Życie szybko zweryfikowało te rojenia, a ja szczęśliwie zareagowałem prawidłowo: zamiast, jak mam w zwyczaju, odpowiedzieć stresem, zaciskaniem zębów i próbą realizacji wyssanych z palca założeń za wszelką cenę, odpuściłem i postanowiłem po prostu dobrze się bawić.

Pierwsze opóźnienie zaliczyłem już rano, kiedy to postanowiłem załatwić po drodze badania w przychodni przy Wadowickiej. Awaria systemu oznaczała dodatkową godzinę czekania, a sama procedura okazała się dużo mniej przyjemna, niż mogłem się tego spodziewać. Potrzebowałem energii i pocieszenia, odwiedziłem więc CH Zakopianka i w ramach urodzinowych słodkości nabyłem naleśniki z serem i rodzynkami, a potem ku zgrozie ochroniarzy spałaszowałem je siedząc na słupku przed wejściem.

nalesniki jako paliwo dla preppersa

Posilony wsiadłem na rower i ruszyłem dalej. Koncepcja, która przyjąłem tamtego ranka, zakładała dojechanie rowerem do Swoszowic, a stamtąd udanie się na południe turystycznym niebieskim szlakiem. Szlakiem, którego po przypięciu roweru w pobliżu Domu Zdrojowego, za Chiny Ludowe nie mogłem odnaleźć. Dwadzieścia minut błądzenia i w końcu z pomocą wyglądającego mi na pracownika warsztatu samochodowego pana, udało mi się odnaleźć właściwą drogę.

zle oznaczone szlaki

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoodaa. Cicho, rześko, zielono i optymistyczne. I tak miało być aż do Świątnik Górnych, do których w międzyczasie skromnie ograniczyłem swój cel na ten dzień. Idylla skończyła się jednak niezwykle szybko.

Najpierw okazało się, że większość trasy zmusza do drałowania poboczami ruchliwych, asfaltowych dróg. Znam przyjemniejsze sposoby na spędzenie upalnego popołudnia. Później szlak zaczął mi co chwilę ginąć, by w końcu na rozwidleniu w Lusinie zagubić się na dobre. Do tego coraz boleśniej przekonywałem się, że mój plecak jest za ciężki na takie eksperymenty.

Twardo jednak postanowiłem się nie poddawać, ale kiedy mijałem pętle autobusową w miejscowości Gaj i pomyślałem, że jeszcze do tego wszystkiego będę musiał po powrocie wydostać jakoś ze Swoszowic swój rower – westchnąłem, zawróciłem i usiadłem w oczekiwaniu na autobus.

powrot autobusem podmiejskim

Porażka? Wcale nie! Poza zwiedzeniem Swoszowic, spaleniem kilku kalorii (naleśniki!), wiele się nauczyłem i po raz kolejny utwierdziłem w przekonaniu, że zamiast planować teoretyzować, najlepiej spróbować samemu. Nawet trochę na żywioł. Byle z zamiarem wyciągnięcia na koniec konstruktywnych wniosków.

Czego nauczyła mnie moja krótka, preppersowa wycieczka?

  • Cały sprzęt i zapasy do zabrania, powinny być popakowane i przygotowane do wzięcia niemal od ręki. Ja w swoich kartonach miałem wszystko wrzucone luzem, co bardzo utrudniło i wydłużyło pakowanie. W razie prawdziwej potrzeby ewakuacji po pierwsze szkoda czasu, a po drugie głupio byłoby się później przekonać, że wrzucony ze wszystkim niezbędnik przebił opakowanie sterylnej gazy, albo paczkę ze sproszkowanym obiadem.
  • Trzeba jak najdalej dostać się  czymś z silnikiem, a jeśli to niemożliwe – użyć na przykład roweru. Maszerowanie z ciężkim plecakiem jest bardzo, bardzo, bardzo, bardzo wyczerpujące.
  • No właśnie. Plecak. Trzeba zapomnieć o tonach wybajerzonego sprzętu. Im mniej, tym lepiej. Woda i racje żywnościowe, bez których się nie obędziesz i tak będą ważyły swoje. Więc zabieranie każdej składanej manierki, niezbędnika, noża Rambo, multitoola, saperki i innych bajerów należy bardzo dokładnie rozważyć.
  • W terenach w miarę zurbanizowanych najlepiej nie tracić czasu na poruszanie się turystycznymi szlakami, tylko za pomocą mapy wyznaczyć trasę samodzielnie. Szlak ma tendencje do meandrowania oraz do znikania w najmniej spodziewanym momencie. Lepiej skupić się na utrzymywaniu odpowiedniego azymutu i monitorowaniu otoczenia, niż ślepieniu na drzewa i latarnie w poszukiwaniu kolejnych oznaczeń.
  • Orientacja w terenie jest jedną z najważniejszych i jednocześnie najtrudniejszych rzeczy. W ramach planu zapasowego trzeba umieć posłużyć się mapą i kompasem, ale standardowo proponuję raczej mieć tablet z GPS i naładowany power bank.
  • W drodze spotkałem wiele chwilowo pustych oraz całkowicie niezamieszkanych domów. To właśnie one, a nie powodujące mokre sny survivalowców leśne ziemianki, wydawały się najlepszym miejscem na ewentualny nocleg i odpoczynek.

Tyle.

A oznaczenie tamtego szlaku zgłosiłem do lokalnego oddziału PTTK – odpisali, przyjęli i pokajali się! Jeszcze tego lata sprawdzę czy wprowadzili poprawki. I tym razem dotrę do Dobczyc, ale już bez 30 kilogramowego (ważyłem) plecaka.

The post Jak uciec z Krakowa? first appeared on antifragile.pl.]]>
Bo bycie aktorem nie jest proste. https://antifragile.pl/2016/04/jak-przetrwac-casting/ Wed, 13 Apr 2016 12:48:57 +0000 https://antifragile.pl/?p=5737 Możesz na przykład zmagać się z myślą: „A może upozorować udanie się do WC, a stamtąd uciec, gdzie pieprz rośnie?” Kiedy robiłem przegląd kalendarza na ten tydzień, wszystko wydało mi się się łatwe i przyjemne: spotkanie z kumplem, casting, trening ze zwinnego zarządzania projektami, a potem podróż do Wrocławia. Jeśli pojawiały się ukłucia niepokoju, to […]

The post Bo bycie aktorem nie jest proste. first appeared on antifragile.pl.]]>
Możesz na przykład zmagać się z myślą: „A może upozorować udanie się do WC, a stamtąd uciec, gdzie pieprz rośnie?”

Kiedy robiłem przegląd kalendarza na ten tydzień, wszystko wydało mi się się łatwe i przyjemne: spotkanie z kumplem, casting, trening ze zwinnego zarządzania projektami, a potem podróż do Wrocławia. Jeśli pojawiały się ukłucia niepokoju, to zdecydowanie dotyczyły one szkolenia. Zapowiadała się mała, złożona z doświadczonych osób grupa, a to zawsze jest dla trenera spore wyzwanie.

O castingu na serio pomyślałem dopiero w drodze na przystanek autobusowy. Moje podbrzusze szybko wypełniły wtedy motylki stresu:

Pierwszy warszawski casting. Jak to będzie wyglądało? Kto tam będzie? Co właściwie każą mi robić? Czy… będę wystarczająco ładny?

Przyjeżdża autobus, wkładam słuchawki i, aby przerwać te jałowe rozważania, kontynuuję słuchanie Trylogii Darth Bane’a. „W razie czego użyję ciemnej strony Mocy” – głupkowato uśmiecham się do siebie, czym powoduję podejrzliwe spojrzenia starszej pani ubranej w czerwony sweterek. Chełmska, mój przystanek.

Gula w żołądku jakby mniejsza, znajduję Czerniakowską 73 i wejście od podwórka. W bramie mijam się z nieziemsko przyst…, nie właściwie to nie przystojnym, z nieziemsko ślicznym facetem. Studio P2 Casting. Zdaje się, że jestem na miejscu.

Znudzona pani za kontuarem każe mi wpisać się na listę i wypełnić formularz. Imię, nazwisko, agencja, czy jestem aktorem. Whoa, to tu są też profesjonalni aktorzy?!? Odkładam formularz i czytam przylepioną niedbale na drzwiach kartkę ze scenariuszem: mam cieszyć się wraz z partnerką z nowego mieszkania, aby następnie gładko przejść do kłótni oraz kolejnej sceny, gdzie już w większym gronie jesteśmy na imprezie.

Ale, gdzie, co jak? O co mamy się pokłócić i skąd wziąć partnerkę? Przynajmniej ten ostatni problem udaje mi się rozwiązać w miarę szybko wstając i zadając w głąb korytarza pytanie: „która z was nie ma jeszcze męża?”. O resztę postanawiam pomartwić się później, tymczasem staram się czerpać siłę ciemnej strony Mocy i biorę za codzienną powtórkę angielskich słówek.

Czekamy, ale dopiero po kilkudziesięciu minutach wołają kolejną turę chętnych. Początkowo wygląda nawet, że będę musiał poczekać na kolejną, ale w końcu dostaje się do środka. Wraz z obrzydliwie ładną Natalią:

A o co się pokłócimy? – Od niechcenia rzucam pytanie, nad którym tak naprawdę zastanawiam się od dobrych kilku minut.

Jestem dziewczyną, mi fochy przychodzą naturalnie. – Z uśmiechem rozwiewa moje rozterki Natalia.

Dokładnie, jakoś damy radę, grunt żeby nie zjadła mnie trema!

Tymczasem uprzejma pani tłumaczy nam nasze role i zaprasza przed kamerę pierwszą parę. Przedstawiają się jako profesjonalni aktorzy, ale wrażenie sprawiają dość niepozorne.

Póki zaczynają grać.

Może nie zasługiwało to na Oskara, ale siedząc tam i otwierając mało inteligentnie szczękę, bez namysłu przyznałbym im przynajmniej Telekamerę. Całość wychodzi im lekko, dowcipnie i przede wszystkim naturalnie. Uśmiecham się i mam ochotę bić brawo. Do momentu, gdy zdaję sobie sprawę, że za chwilę przyjdzie moja kolej. W głowie świta zdradziecka myśl: „A może upozorować udanie się do WC, a stamtąd uciec gdzie pieprz rośnie?”.

Przez około dziewięćdziesiąt sekund całkiem poważnie rozważam tę możliwość, po czym skutecznie auto-pacyfikuję się serią następujących argumentów: skoro zacząłem tę całą zabawę w modeling, to kiedyś i tak muszę przez to przejść; to będzie ciekawe doświadczenie; musiałbym wyjaśnić swoją ewakuację w agencji i w końcu – nie przekonam się, póki nie spróbuje. Biorę trzy głębokie oddechy i szeptem pytam udawaną konkubentkę:

Jesteś aktorką?

Nie. – Odpowiada. Dałbym głowę że przeżywa w tym momencie dokładnie to samo co ja. – A ty? – Pyta spoglądając na mnie sarnimi oczami.

Cóż, przynajmniej nie sknocę roli jakieś profesjonalistce.

Grają kolejni, a ja, obserwując jak powielają pomysły pierwszej pary, próbuję wykoncypować coś, co pozwoliłoby nam wyróżnić się z tłumu. Postanawiam nie wybuchać z początku entuzjazmem jak pozostali, tylko udać, że zgrywam niezadowolonego, a wniebowzięcie okazać dopiero po chwili. Moją inwencję twórczą szybko ukraca pani reżyser.

Nie, stop, powtarzamy. Masz być uśmiechnięty i zadowolony od samego początku, żadnego kombinowania i inwencji własnej.

No tak, a przecież już tłumaczyłem sobie, że w tej pracy jestem bezmózgim mięsem. Mięso – stań tam. Mięso – rusz nogą. Mięso – uśmiechnij się i podskocz.

Powtarzamy, tym razem bez inwencji. Cieszymy się nowym lokum, ale przez skórę czuję, że nie wypada to chyba przekonująco. To może kłótnia? Inicjuję sprzeczkę na temat szczegółów wykończenia mieszkania. Chwyta, ale teraz to Natalia wykazuje się inwencją i uderza w płacz, na co ja staję jak ciele, nie wiedząc zupełnie jak zareagować. Krzyczeć? Bo godzić się w tej scenie kategorycznie nam zabroniono. W końcu szefowa okazuje litość i serdecznie dziękuje nam za wystąpienie. Schodzimy nie patrząc w swoim kierunku.

Dobrze wiemy, że spartoliliśmy to koncertowo, ale może właśnie dlatego zaczyna mi być autentycznie wszystko jedno. Na główną rolę i tak nie mamy szans, więc w kolejnej próbnej scenie całkowicie wyluzowuję i staram się bawić nowym doświadczeniem. Poszło zdecydowanie lepiej, ale raczej nie spodziewam się telefonu z agencji z dobrymi wieściami.

Ale nie uciekłem, nie spanikowałem, przeżyłem. A nawet jeśli byłem najgorszym kołkiem, jakiego widzieli w ciągu całych dwóch dni, to nikt mi tego nie okazał, nie śmiał się i nie wytykał palcami. Jeden z modeli był nawet tak miły, że poczekał po wszystkim i chciał ostrzec mnie przed pewną nieuczciwą agencją.

Nauczyłem się też, że jedzenie makaronu w TV i granie Romea w liceum nie przydało się mi się na zbyt wiele, a prawdziwe aktorstwo wcale nie jest takie proste. Ale następnym razem spróbuję. Nie! Następnym razem na pewno zagram lepiej!

The post Bo bycie aktorem nie jest proste. first appeared on antifragile.pl.]]>
…and I do my little turn on a catwalk. https://antifragile.pl/2015/12/pierwszy-raz-na-wybiegu/ Wed, 02 Dec 2015 21:45:02 +0000 https://antifragile.pl/?p=5325 Podpisując kontrakt z agencją liczyłem, że i mnie przyjdzie pojawić się na wybiegu. Gdy przyszło co do czego bałem się, czy dam radę...

The post …and I do my little turn on a catwalk. first appeared on antifragile.pl.]]>
Ech, to moje świadome życie, rozwój osobisty i opuszczanie strefy komfortu – chciałem, to mam. Znów wylądowałem w sytuacji, gdy stałem i zastanawiałem się – uciekać, czy wybuchnąć głośnym śmiechem. Panie i Panowie – relacja z mojego pierwszego występu w pokazie mody.

Z czym dotychczas kojarzył mi się modowy wybieg? Z polowaniami na pokazy damskiej bielizny na FashionTV, które uskuteczniałem jako nastolatek! No, i może jeszcze z utworem, którego fragment stanowi tytuł tego tekstu.

Podpisując kontrakt z agencją wiedziałem – ba – liczyłem na to, że i mnie przyjdzie pojawić się na wybiegu. Niby żadna filozofia, niby znajomy pokazał mi co i jak, niby obejrzałem na YouTube kilka filmów instruktażowych. Jednak gdy przyszła pierwsza konkretna propozycja – drugą po „ale jaja” myślą było „czy dam sobie radę”?

Dałem! A jak to dokładnie było – już opowiadam!

Połowa listopada A.D. 2015; Kraków; Teatr Bagatela, Scena na Sarego.

Pokaz ekskluzywnych marynarek Claudius Scissor miał odbyć się około 22:30, po zakończeniu uroczystego bankietu.

Przybywam na miejsce o 17:00, mijam salę bankietową śliniąc się na widok zastawionych stołów i znikam za teatralnymi kulisami. Zaczynamy przemową wtajemniczającego nas w klimat i koncepcję całości Klaudiusza oraz drugą rundą (pierwsza była dwa dni wcześniej) przymiarek.

2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Backstage 10 2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Backstage 08 2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Backstage 06Ostateczne dobranie wszystkiego z dokładnością do koloru sznurka, jakim miałem być przepasany, trochę trwało. Wreszcie  jednak wyjaśniono nam szczegóły oczekiwanej od nas ambitnej choreografii…

Masz cztery takty ambitnego kawałka japońskiej muzyki poważnej. Jakieś 25 sekund. W tym czasie z dwoma-trzema zatrzymaniami, kiedy możesz zaprezentować detale marynarki, pokonujesz tam i z powrotem całą teatralną scenę.

…i zapędzono do prób. Swoją drogą – wszyscy wokoło, z Klaudiuszem na czele, są obrzydliwie przystojni. Powoli zastanawiam się co ja tam robię:

2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Proby 01 2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Proby 072015.11 Pokaz Claudius Scissors, Proby 08Aby załapać wystarczyły całe dwa powtórzenia, a do pokazu były jeszcze ponad dwie godziny. Nie namyślając się wiele urwałem się więc miasto. Wolałem przygotowywać w Czajowni na Kazimierzu plan bożonarodzeniowej akcji charytatywnej, niż kisić się na scenicznym zapleczu. Wróciłem przed 22, przebrałem się i… czekamy.

2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Backstage 20 2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Backstage 22Powiem jedno – dobrze, że nie zostałem. Bo chociaż towarzystwo było ciekawe, to w powietrzu coraz wyraźniej wisiała atmosfera zniecierpliwienia i podenerwowania. Apogeum osiągnęła, kiedy staliśmy w kolejce gotowi do wyjścia. Na scenie trwał występ azjatyckiego tancerza, a myśmy stali jak te łosie, przebierali nogami i pocili się dziko na rozgrzanym teatralnymi lampami powietrzu. Dobrze, że (mimo moich protestów) nas wypudrowali.

2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Pokaz 02Koniec. Idziemy! Słyszę jak zbiera brawa bezkonkurencyjny Andrea.

2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Proby 05I w niedługą chwilę potem przychodzi pora na mnie. Eins, zwei, drei…

2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Pokaz 05 2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Pokaz 06Zrobione. Teraz jeszcze tylko coś, co dotychczas też widziałem tylko na zdjęciach lub filmach, czyli brawa dla szefa.

2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Pokaz 07 2015.11 Pokaz Claudius Scissors, Pokaz 08Misja ukończona! Jestem modelem! Teraz pozostało już tylko przebrać się w swoje cywilne baggy dresy i popedałować na rowerze do domu wyspać się. Pedałując usłanymi ostatnimi jesiennymi liśćmi i wymijając pierwszych piątkowych pijanych, zastanawiam się co jeszcze bardziej abstrakcyjnego może mnie spotkać…

No, to jak to jest?

Trochę stresu przed samym wyjściem, ale nic, czego nie można by opanować. Zadziałało podejście do całości z przymrużeniem oka oraz przetłumaczenie sobie, że wszystko to żadna filozofia. Bo i prawda – wychodzisz, mierzysz publikę wzrokiem, a potem robisz obrót na pięcie i znikasz za kulisami. Wymarzona praca. Byle tylko nie potknąć się, jak w innym „modelingowym” teledysku, ukochanego Rammsteina:

The post …and I do my little turn on a catwalk. first appeared on antifragile.pl.]]>