Stoimy w zakręconej kolejce, w końcu dostajemy się do okienka. Mocno już starszy Customs and Border Protection Officer bez mrugnięcia okiem przepuszcza Bartka, a mnie oczywiście kieruje prosto na further inspection.
7,5 godziny w samolocie do Bostonu…
…mija całkiem przyjemnie. Miejsca, mimo że teoretycznie najgorsze w całym samolocie (ostatni rząd, 2 środkowe w środkowym poczwórnym rzędzie, za plecami ściana i toalety) nie są wcale takie złe. Obsługa bardzo miła, w podręcznych telewizorach duży wybór całkiem nowych filmów (chyba, w ramach wakacyjnej rozrywki, skuszę się na „The Hangover 3”).
Bliskie spotkania z amerykańskimi tajnymi służbami.
Przemierzam lotnisko we Frankfurcie, podziwiając sekcję non-EU, w której dotychczas byłem chyba tylko raz w drodze do Dubaju. Podobnie, jak przy każdej wizycie, bardzo mi się tu wszystko podoba. Takie czyste, poukładane i działające jak w zegarku.
Nie spieszę się. podśpiewuję do sączącej się ze słuchawek muzyki i końcu, po około pół godziny – port lotniczy Frankfurt jest naprawdę duży – docieram pod Gate Z19. Dostrzegam Bartka. Witamy się radośnie, ale nie dane jest mi nawet usiąść, bo nagle słyszę z głośnika niewyraźne:
Bleblebleble… Igor Mroz… bleblebleble.
Jesteśmy, żyjemy!
Leżę w łóżku w lofcie na Williamsburgu. Wstałem 24h temu. To był bardzo długi dzień. Dobranoc! No ew. dorzucę dzisiaj jedną notkę dla zaostrzenia apetytu.

