Po terminatorskim początku, przejechaliśmy z Bartkiem przez Beverly Hills i Santa Monica. Malowniczo, ale nic spektakularnego. Wrażenia z kilkunastu godzin w L.A. mam bardzo pozytywne. Z jednym, gigantycznym minusem – miasto kompletnie nie nadaje się do zamieszkania dla kogoś takiego jak ja. Bez prawa jazdy i z organiczną niechęcią do dojeżdżania do pracy, sklepu, szkoły. Ciągnąca się bez końca niska, rzadka zabudowa, szczątkowo rozwinięte metro i gigantyczne korki składają się na komunikacyjny koszmar.
Jogging przez Venice Beach, czyli mówię jak jest w Beverly Hills
J


