Niecałe dwa miesiące temu opublikowałem pierwszą w historii bloga ankietę. Gdybym tylko spodziewał się, co tam nawypisujecie i wiedział ile zabawy będę miał podczas czytania – pewnie zdecydowałbym się na takie badanie dużo wcześniej.

Wróć – nie, nie zdecydowałbym się.

Jedną z moich obsesji jest szanowanie czasu – zarówno własnego, jak i cudzego. Między innymi dlatego alergicznie reaguję na ankiety i badania o niesprecyzowanym celu. Znacie takie? Kilkadziesiąt pytań bez ładu i składu – na pierwszy rzut oka widać, że ktoś nie zadał sobie nawet odrobiny trudu przemyślenia, do czego mu właściwie dana informacja jest potrzebna.

Moje badanie nie było dla zabawy albo „bo wszyscy tak robią” (swoją drogą dzisiaj rano zauważyłem, że Michał Szafrański też właśnie ogłosił ankietę – w najbliższych tygodniach spodziewajcie się więc WIELU naśladowców). Ankieta wynikała z licznych przemyśleń i planów, których stawanie się ciałem zobaczycie w ciągu najbliższych kilkunastu tygodni. Pokłosiem zaś wspomnianego ubawu, jaki miałem podczas czytania waszych odpowiedzi, będzie miniformularz, który planuję umieścić na stronie. W ten sposób będziecie mogli łatwo, szybko i w każdej chwili napisać mi, co tylko wam ślina na język przyniesie.

A co przyniosła ostatnio? Zapraszam do podsumowania. Zero nudzenia, wykresów i demografii – samo mięso.

Czym was wkurzam?
  • Najlepsza odpowiedź: „szczucie bicem”.
  • Mój komentarz: cóż, mam niejasne wrażenie, że kiedyś szczułem bardziej, ale skoro nadal ci przeszkadza – weź metanabol i też szczuj!

Specjalnie dla Ciebie drogi czytelniku zdjęcie, które 10 lat temu uświadomiło mi, że jest czym szczuć.

A poza szczuciem? Najczęściej skarżyliście się na to, że piszę za rzadko. Jedyne co mogę na to odpowiedzieć to to, że mam realistyczne plany jak pisać trochę częściej, a poza tym spójrzmy prawdzie w oczy – są trzy główne kategorie ludzi, którzy mogą pisać z naprawdę dużą częstotliwością:

  1. Dziennikarze, pisarze (pozdrowienia dla Kasi) i osoby, którym teksty same wyfruwają spod palców.
  2. Ludzie, którzy z bloga żyją. Niezależnie od jego tematyki.
  3. Ludzie bez życia. Zaoczni studenci na utrzymaniu mamy itd. Sam przeżyłem taki okres zaraz po odejściu z pracy na etacie. Zajmowałem się jeżdżeniem na rowerze, jedzeniem owsianki i pisaniem tekstów o niczym.

A ja stety-niestety do żadnej z w/w kategorii nie należę.

Pojawiały się głosy, że wkurzam was kawalerskim życiem – zachęcam gorąco do podsyłania CV młodszych sióstr. Wtedy – zgodnie z życzeniem któregoś z czytelników – mógłbym dodać wątki parentingowe w „moim stylu”.

Co mógłbym zacząć robić, żeby blog był lepszy i ciekawszy?
  • Najmniej konkretna odpowiedź: „Więcej informacji biznesowych różnych.”
  • Mój złośliwy komentarz: mam komentować kursy walut?
  • Mój szczery komentarz: To nie tak, że się wyśmiewam. No dobra – trochę tak, ale takie przykłady są cenne by pokazać, jak często wydaje nam się, że nasz przekaz jest jasny, a on – dla nieznającego, np. kontekstu, odbiorcy – wcale taki nie jest. Dlatego współpracując z kimś zdalnie wolę Skype od e-maili.

A poza tym, prócz wielu naprawdę ciekawych pomysłów na teksty, które postaram się wykorzystać, najczęściej powtarzały się dwa wątki. W obu przypadkach posłużę się cytatem:

  1. Książki: „… gdybyś poszerzył opisy książek, które czytasz. Rubryka z podsumowaniami czytelniczymi miesiąca jest super, ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby rekomendacje książek były dłuższe i głębsze. Ponieważ mam zawsze mega długą listę książek do przeczytania (wielokrotnie dłuższą niż przewidywana długość życia), to bardzo przydałaby mi się możliwość zasięgnięcia opinii kogoś, komu udaje się przeczytać więcej niż mi i kto „siedzi” w temacie samorozwoju już od dłuższego czasu. I takich treści bardzo mi brak w necie.”
  2. Zarządzanie: „… ucieszyłabym się, gdybyś skupił się na pisaniu o tym, na czym znasz się najlepiej. Skoro można produkować teksty o oszczędzaniu (jakoszczedzacpieniadze.pl) i zrobić z tego niezły biznes, to dlaczego nie o zarządzaniu? Konkretna dawna specjalistycznej wiedzy dla ludzi „z branży” i coś dla tych, którzy dopiero zaczynają? (chyba że coś takiego już jest) Poszłabym w kierunku bloga profesjonalisty, a nie bloga blogera :)”

Obie grupy postulatów zdecydowanie doczekają się spełnienia. I nie, to nie znaczy że nie będzie mniej lub bardziej regularnych i smakowitych tematów z innej beczki. Będą, ale ogólny kierunek pozostanie jasny.

Czego mam zdecydowanie nie robić, o czym nie pisać?
  • Najlepsza odpowiedź: „Gdybyś zaczął pisać shity o polityce albo robić fotki z dziubkiem w windzie”
  • Mój komentarz: o to jedno możecie być spokojni. Nie zacznę – nie mam windy.

W tym pytaniu chyba najmocniej widać było to, jak ogromny jest rozrzut gustów, preferencji i tego jakie wrażenie wywołuje na was to, co piszę. Dla jednych mam nie pisać o lifestyle’u, innym tego bardzo brakuje. Jedni są zafascynowani, dla innych piszę na siłę i moje „coś” się wyczerpuje.

I wiecie co? Mimo ogromnego chaosu, który można mieć w głowie po przeczytaniu tego typu rozstrzelonej listy skarg i wniosków, płynie stąd bardzo cenna nauka. A może nie tyle nauka, co potwierdzenie wniosku, do którego doszedłem, kiedy zająłem się szkoleniami: nie da się dogodzić wszystkim.

Każdy jest inny, ma inne oczekiwania, preferencje, charakter, co innego go wkurza. Dlatego niezależnie od tego, co robisz – nie sposób dogodzić wszystkim. Taka oczywistość, którą człowiek niby wie, a jednak naprawdę „siadła” mi dopiero wtedy, kiedy zacząłem szkolić ludzi. Kiedy kilka razy w miesiącu (szczęśliwie owe czasy niewolnika-podwykonawcy realizującego szkolenia taśmowo mam już za sobą) przychodzi ci stanąć przed grupą zupełnie obcych osób – to przestają być już przelewki. Musisz prawdę o niemożności dogodzenia wszystkim zinternalizować, uczynić częścią swojego podejścia albo najdalej w ciągu kilku miesięcy wypalisz się zupełnie.

Teraz przed wejściem na salę powtarzam sobie:

Igor: 20% cię od razu polubi, dla 60% będziesz obojętny, a pozostałym 20% się nie spodobasz – będziesz ich nudził lub irytował; będziesz zbyt zasadniczy albo zbyt wyluzowany; będziesz mówił za wolno albo za szybko. I najgłupsze, co możesz w tej sytuacji zrobić, to skupić się na tych 20% i próbować im za wszelką cenę dogodzić. Szanse powodzenia marne, za to z dużym prawdopodobieństwem zantagonizujesz w ten sposób całą resztę. A poza tym… jesteś tu by kogoś czegoś nauczyć, a nie rozkochać w sobie.

Polecam taką „mantrę”. Nie tylko kiedy macie kogoś szkolić.

Ulubione pytanie: „Może chcesz dodać na koniec coś od siebie?”

I tak przeskakujemy do ostatniego pytania ankiety. Raz, że nie mogę się doczekać, bo odpowiedzi wgniatały w ziemię, a dwa – obiecałem was nie zanudzać. Analiza reszty odpowiedzi, o ile cenna dla mnie, dla was byłaby pewnie zwyczajnie nieciekawa. Z jednym wyjątkiem – rekomendacji stron, serwisów i blogów, w które dla własnej inspiracji powinienem zajrzeć w sieci. Za wszystkie bardzo dziękuję i zdradzę, że właśnie powstaje tekst, w którym zostaną przeze mnie wykorzystane.

Tymczasem – the best of „Może chcesz dodać coś od siebie”:

  • Ciekawscy: „napisz ile czytelniczek mimo wszystko podało Ci rozmiar miseczki. Jestem pewna, że się nie powstrzymały”. Gwoli wyjaśnienia – we wstępie do ankiety zażartowałem, aby się nie obawiać, bo nie będę pytał o takie rzeczy jak rozmiar stanika. No i cóż – czytelniczka miała racje – dokładnie pięć osób podało rozmiary. Na dłuższą chwilę zamyśliłem się przy odpowiedzi 70F…
  • Zwierzenia: „zabrakło mi dwóch punktów, żeby dostać się do Mensy”. Nie uwierzysz, ale ostatnio robiłem drugie podejście po tym jak zmienili skalę i zabrakło mi dokładnie tyle samo!
  • Pozytywne kopanie: „pisemko Machina miało kiedyś takie hasło ‚Jesteśmy subiektywni’. I o to chyba w idei blogowania chodzi. W zasadzie to mógłbyś pisać o wszystkim (z zakupami w Biedronce włącznie), dla mnie najważniejsze jest by były to rzeczy brzydko mówiąc ‚z trzewi’”. Będzie! Będę jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”!

(c.d. po powrocie z Biedry)

  • „Jestem zapisana na twój newsletter i nie dostałam powiadomienia o nowym tekście”: słuszna uwaga. Ostatnio dopisałem więc stosowne wyjaśnienie w stopce newslettera oraz do komunikatów wyświetlanych podczas zapisu. W skrócie: newsletter wysyłany jest nieregularnie co kilka (3-4 teksty) – piszę go (nomen-omen) „z trzewi” i kieruję do ludzi, którzy wolą dostać coś więcej oraz konsumować rzadziej, a po kilka tekstów na raz.
  • „Kurcze, chciałbym Cie kiedyś poznać. Czuje że mógłbym sie od Ciebie wiele nauczyć (…) Jakbyś kiedyś wrzucił jakieś info, że gdzieś się tam wybierasz na jakąś konferencje czy cokolwiek, że można Cię gdzieś tam spotkać – niewykluczone, że się pofatyguję”: bardzo wkrótce na IgorMroz.Com pojawi się info o konferencjach i spotkaniach, na których będę się udzielał jako prelegent.
  • „W dużej mierze dzięki Twojemu blogowi udało mi się spełnić jedno z największych moich marzeń – podróż po USA”: było jeszcze wiele innych, naprawdę niesamowicie miłych słów. Za wszystkie bardzo dziękuję. Szczerzyłem się tak, że mało mi zęby nie wypadły.

Na koniec dwie odpowiedzi z innych pytań, które świetnie wpisują się tutaj i nie wymagają specjalnego komentarza:

  • (o polecaniu znajomym) Czytam na głos mężowi i dzieciom”.
  • (o tym skąd ktoś trafił) Poleciła mi twoja mama”.
Quo Vadis Antifragile?

Nie planuję przestać pisać. Nie zamierzam pisywać na siłę. Nigdy nie będzie to banalny blog lifestyle’owy ani pole do tekstów odpowiadających na pytania, na które odpowiedź można za pomocą dwóch kliknięć znaleźć w Google (np. czym różni się robienie masy od rzeźby). Nie będzie nachalnej sprzedaży ani popupów – ostatnie, jedno jedyne wyskakujące okno wyłączyłem dwa miesiące temu. Nie chcę – nawet jeśli marketingowi guru tak każą – na moich stronach nic, z czym sam się nie zgadzam i czego sam nie cenię. A atakujących mnie okienek i nachalnej sprzedaży nienawidzę jak psów. A jeśli będą relacje z konferencji, to jeszcze bardziej ukierunkowane na to, czego taki wyjazd może kogoś z was nauczyć (kurde, serio nie było tego widać?). 

A co będzie? Zobaczycie.

Otagowane jako: