Przeczytaj ambitnemu koledze, prześlij zmotywowanej koleżance. Niech wybiorą dyscyplinę, gdzie znajdzie się miejsce na zdrowie, przyjemność i… jakąś grację.

Dubaj, Jumeirah Lakes Towers Park, późne popołudnie. Wygrzewam się na ławce celebrując półmetek pięciodniowej ucieczki przed zimą i pracą w trybie 24/7.

Książka w dłoni, ale jakoś nie mogę skupić się na czytaniu – o wiele ciekawiej jest obserwować tubylców. Filipińska gosposia spieszy z dziećmi w kierunku jednego z apartamentowców – pewnie by zdążyły przywitać w progu wracającą z pracy białą mamę. Grupa Hindusów żartuje i przekomarza się – wyglądają na gości z IT, którzy właśnie wyszli z pracy. Kolejna filipińska gosposia z dziećmi. Trzech starszych Brytyjczyków (poznaję po akcencie) dumnie kroczy chodnikiem. Brrr – wyglądają jak smutne klony, których każdy dzień (na odpowiedzialnym i dobrze płatnym stanowisku) przypomina wszystkie poprzednie. I następna gosposia z Filipin… Ooo, a to co? Zapowiada się ciekawie.

Na trawnik sprężystym krokiem wbiega wielki Murzyn i zaczyna wyciągać z torby jakieś sprzęty. Za nim, nieco mniej sprężyście, wkraczają na murawę cztery kolejne osoby. Wyglądająca na wysportowaną para po trzydziestce, nieco starszy żylasty Hindus oraz Gianfranco. Tak od razu ochrzciłem wyglądającego na Włocha gościa w średnim wieku z widoczną nadwagą. Patrząc na stroje całej czwórki, oraz to, co wyciągał z torby nasz sprężysty Murzyn, wiedziałem już co się święci. Za chwilę będę świadkiem prawdziwego dubajskiego treningu fitness!

Prosta, kilkuminutowa rozgrzewka idzie im w miarę sprawnie, jednak podczas sesji dynamicznego jogopodobnego rozciągania pojawiają się pierwsze zgrzyty. Najlepiej radzi sobie (oczywiście – joga!) Hindus. Wysportowana para trochę oszukuje, ale mieści się w granicach tolerancji. Gianfranco zdecydowanie ma problemy. Tego, co prezentuje nawet przy największej dozie tolerancji nie sposób nazwać psem z głową w dół. Prawdziwy dramat zaczyna się jednak w momencie, kiedy hebanowy dręczyciel zarządza władczym głosem serię pełnych burpees – przysiad, wyrzut nóg w tył, pompka, powrót skokiem do przysiadu i powrót do pionu połączony z wyskokiem i wyrzutem rąk.

Hindus, szczególnie na tle pozostałych, jakoś-nawet-daje-radę. Wysportowana para okazuje się być wysportowana tylko z wyglądu. A Gianfranco? Cóż… przedstawiając sobą obraz nędzy i rozpaczy próbuje i nie odpuszcza. I to jest właśnie najgorsze.

morderczy_trening

Bo powinien.

Mamy początek roku i aby natknąć się na Gianfranco nie trzeba wcale lecieć do Dubaju. Wystarczy pójść na dowolne zajęcia fitness. Będą tam na pewno. Dziewczyny dyszące jak zepsuta klimatyzacja już w trzy minuty po rozlegnięciu się gromkiego “zaczynamy – maaaarsz” i chłopaki, których przerasta wykonanie pięciu pompek. Przerasta, ale trwają i nie rezygnują. Pewnie przed wyjściem naoglądali się motywacyjnych wideo. Nie odpuszczają, a powinni. Powinni tak, jak i ja odpuściłem. Oburzonych faktem, że natrząsam się z bliźnich, informuję bowiem niniejszym, że w przypadku burpees radzę sobie niewiele lepiej niż Gianfranco.

Moja gibkość, a raczej jej brak, który wciąż doskwiera mi po operacji sprzed roku, eliminuje mnie z udziału w większości zajęć wytrzymałościowych. To znaczy mogę iść na dowolne i jakoś tam dam radę. Tyle, że “dając radę” robiłbym sobie w ten sposób krzywdę. Dokładnie tak, jak robił ją sobie nasz włoski anty-przykład. I tak, jak być może robisz ją sobie ty albo twoja koleżanka, która w nowym roku postanowiła wziąć się za siebie.

Pompki? Łokcie maksymalnie na zewnątrz, plecy w pałąk i walka o każde powtórzenie – korzyści dla klatki piersiowej minimalne, za to stawy łokciowe, barkowe oraz kręgosłup cichutko kwilą. Pozycja deski? Tyłek niepostrzeżenie opada i zamiast ćwiczenia mięśni głębokich zajmujesz się właśnie robieniem krzywdy krzyżowemu odcinkowi kręgosłupa.

Co na to trener? Może czasem krzyknie “pupa wyżej”, ale rzadko który zaproponuje prostszą wersję albo przerwie i dokładnie wyjaśni o co chodzi we wcale nie aż tak trywialnej technice tego ćwiczenia. Nie widzi? Nie chce mu się? Nie potrafi wyobrazić sobie jak to jest nie wygrać na loterii genowej i nie spędzać 18 godzin tygodniowo na siłowni, a w związku z tym być nieco mniej sprawnym? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że większość z nich nie zrobi nic z tym, że połowa grupy właśnie robi sobie krzywdę. Szczególnie widać to podczas kończącej niejedne zajęcia grupowe “dłuższej serii ćwiczeń na brzuch”. To dopiero jest festiwal samookaleczenia!

Stawiam dolary przeciw orzechom, że najwyżej kilka procent odwiedzających statystyczną siłownię jest w stanie wykonać kilkunastominutową serię ćwiczeń na brzuch zachowując przez cały czas prawidłową technikę. Cała reszta po najdalej 550 sekundach pracuje już wyłącznie nad nadwyrężeniem sobie karku i pleców. W czasie kolejnych zajęć przerwij na chwile walkę o życie i podczas serii spięć brzucha rozejrzyj się wokoło. Policz ilu spośród towarzyszy niedoli zamiast “podpierać delikatnie głowę na dłoniach” ciągnie ją do przodu niczym worek kartofli. Przy okazji zwróć też uwagę na trenera – oni najczęściej też nie ćwiczą cały czas, tylko robią regularne przerwy na obchód sali. Z którego najczęściej niewiele wynika.

Dlaczego piszę o tym tutaj? Dlaczego nie wstałem i nie podszedłem do Gianfranco i nie powiedziałem mu co o tym myślę. Dlaczego milczę podczas zajęć na siłowni? Odpowiedź jest krótka, trzyliterowa – ego. Kilka razy próbowałem i wiem już dobrze, że nikt nie chce, aby podszedł do niego obcy facet i, nawet najdyplomatycznej na świecie, powiedział “daj sobie spokój”. Sam przecież bym nie chciał. Piszę więc te słowa tutaj w nadziei, że może mimo wszystko uda się uratować czyiś kręgosłup, a przy okazji motywację do ćwiczeń. No bo w końcu na ile może wystarczyć wytrwałości do takiego umartwiania się?

A jak było ze mną? Pomogło mi lustro.

Pewnego pięknego dnia zerknąłem w nie kątem oka podczas wykonywania zadanych przez trenera wygibasów. Zerknąłem i srodze się zawiodłem, bo zamiast szczującego bicem fit-adonisa, ujrzałem znajomą walkę o życie. Wstrząśnięty, powziąłem w drodze do domu postanowienie, że nie wracam na zajęcia póki nie ukończę rehabilitacji, a potem jeszcze nie doprowadzę się samodzielnie do jako-takiej kondycji. Bo ćwiczenia to ma być zdrowa przyjemność, a nie walka o życie.

Pokaż ten tekst ambitnemu koledze, prześlij zmotywowanej koleżance. Nie po to, aby porzucili aktywność fizyczną. Jestem ostatnią osobą na planecie, która będzie do tego namawiać. Po prostu nich wybiorą dyscyplinę, gdzie oprócz wysiłku będzie w tym wszystkim jeszcze zdrowie, przyjemność i… jakaś gracja. Propozycje:

  • Niegłupim, dającym dużo radochy i pozwalającym spalić sporo kalorii pomysłem są trampoliny. Szansa na zrobienie sobie krzywdy jest dość mała pod warunkiem, że przestrzegasz kilku banalnych zasad: spięty brzuch i tyłek, skakanie nisko, na całych stopach i wyłącznie “nogami” (a nie całym ciałem). Zwróć uwagę na to na tym krótkim filmie. Niezależnie od tego jak szybko skika trenerka, utrzymuj takie tempo, żeby przede wszystkim skikać technicznie!
  • Innym mało ryzykownym pomysłem (choć chyba już tylko dla pań) jest aqua aerobic.
  • Można też specjalnie nie kombinować. Siedząc z Gianfranco przy kieliszku chianti, poradziłbym mu, aby co drugi dzień założył słuchawki z jakimś ciekawym audiobookiem i wybrał się na trzydziestominutowy spacer szybkim krokiem, a kiedy pogoda nie dopisze (np. w Dubaju stanie się zbyt gorąco) spędził ten czas na orbitreku.

A co robię ja? Priorytet ma rehabilitacja, ale poza tym staram się od czasu do czasu odwiedzić trampoliny, regularnie robię też (mocno zwracając uwagę na prawidłową formę) pompki na ilość (kilka serii z przerwami), albo organizuję sobie sesję machania kettlem. Stosunkowo lekkim, spokojnie, technicznie, w swoim tempie.