Robienie mi prezentów od zawsze było koszmarem, a już zupełnie odkąd dryfuję w kierunku minimalizmu. Szczególnie – o ile nie dadzą się zjeść – nie znoszę wszelkiej maści drobiazgów i suwenirów. Czasami zdarzają się jednak wyjątki, i to jakie!

W poniedziałek na korytarzu podszedł do mnie Jonathan. Wrócił właśnie z wakacji u rodziny w Nowej Zelandii. Wyciągnał przed siebie mały drobiazg i nieco przepraszającym tonem wyjaśnił:

Chciałem ci coś kupić, ale nie wiedziałem co. Pomyślałem, że jesteś pro-ekologiczny i lubisz wspierać różne dziwne akcje. Wsparłem więc w twoim imieniu jedną typowo nowozelandzką, a w zamian dostałem tę bransoletkę. Proszę.

Save the Kiwi band

Super! Nie mam kolejnej zalegającej w szufladzie rzeczy, a poza tym „wsparłem” ochronę kiwi. Przy okazji nowa informacja: spustoszenie wśród kiwi i innych słodkich niezgrabków sieją dzikie koty, psy, łasice przywiezione z innych kontynentów. Okazuje się, że przed przybyciem kolonizatorów w Nowej Zelandii nie było żadnych (poza nietoperzami) rodzimych ssaków. Wcześniej te biedaki nie musiały więc przed nikim spierdzielać.

Kiwi bird

Ach, no i bransoletka prezentuje się lansiarsko, komponuje się z tą z „9/11 Memorial”.

P1030734

Zdjęcia:

Otagowane jako: